Ekstraklasa. Gdzie Białystok, a gdzie Kielce. Spostrzeżenia po meczu Legii z Koroną

Najpierw było miłe pożegnanie Macieja Bartoszka, a potem był mecz. Mecz, który Legia zaczęła spokojnie. Ale spokojnie tylko przy ławce rezerwowych, gdzie dopiero po przerwie szaleć zaczął Aleksandar Vuković - spostrzeżeniami po wygranej Legii z Koroną (1:0) dzieli się Bartłomiej Kubiak ze Sport.pl.

Spokój Vukovicia

- Ten mecz musimy wygrać - krzyczeli kibice Korony po kwadransie spotkania. I w zasadzie trudno było nie przyznać im racji, bo Legia do tego momentu nie istniała. Nie dość, że nie tworzyła żadnych okazji, to jeszcze pozwalała je tworzyć Koronie.

Jedyne, co dziwiło, to spokój Aleksandara Vukovicia. I to naprawdę duży spokój, bo przez pierwsze pół godziny asystent Jacka Magiery nawet nie wstał z ławki (szaleć zaczął dopiero po przerwie). Jakby wierzył w to, że na jego byłym terenie (Vuković w przeszłości był piłkarzem i trenerem Korony), Legii nic złego nie może się stać.

Skołowany Nagy

Był końcówka pierwszej połowy. Piłkę do przodu po raz kolejny dobrze zagrał Vadis Odijdja-Ofoe. Dobiegł do niej Dominik Nagy. Ale Węgier nagle się zatrzymał i spojrzał na sędziego, jakby był pewny tego, że jest na spalonym.

Nagy stanął, zaczął się patrzyć, ale sędzia nie reagował. A nawet nie tyle nie reagował, ile schował chorągiewkę za plecy i opuścił drugą dłoń, dając legioniście dość wyraźny sygnał na kontynuowanie tej akcji.

I Nagy kontynuował. Spojrzał na sędziego jeszcze raz i ruszył do piłki, którą nie tylko dogonił, ale też umieścił w siatce. Dopiero wtedy Marcin Borkowski podniósł chorągiewkę, a Jarosław Przybył odgwizdał spalonego. A Węgier znowu stanął. Tym razem jak wryty, nie móc uwierzyć w to, co się stało. W to, że chyba dał się nabrać i niepotrzebnie się nabiegał.

Biegający Guilherme

W pierwszej połowie Brazylijczyk praktycznie się nie zatrzymywał. Biegał raz po lewej, raz po prawej, by za chwilę być w środku, gdzie w 7. minucie efektowną ruletą próbował minąć Jacka Kiełba.

Nie wiemy, ile kilometrów legioniści przebiegli w tym meczu, ale można założyć, że przed przerwą Guilherme przebiegł ich najwięcej (albo prawie najwięcej).

Problem w tym, że z samego biegania jeszcze nic nie wynika. I tak było też w wypadku Guilherme, który albo dostawał niedokładne podania (od Odijdji-Ofoe i Miroslava Radovicia) i biegał, albo sam niedokładnie podawał. Co więcej, jeszcze gorzej strzelał - jak w 41. minucie, kiedy w 100 proc. sytuacji nie trafił nawet w bramkę. 

Gdzie Białystok, a gdzie Kielce

- Nie wiem, może zabrakło wody - dziwił się tydzień temu Arkadiusz Malarz, zapytany po meczu o stan boiska w Białymstoku. Jagiellonia, czego pewnie niektórym nie trzeba wyjaśniać, od dawna stosuje mniejsze lub większe prowokacje w kierunku Legii (okolicznościowe szaliki z napisem "Dziękuję tato, że nie jestem z Warszawy", nocne strzelanie petardami pod hotelem legionistów - to tylko niektóre z nich).

W Kielcach na trybunach wzajemnych „uprzejmości” też nie brakowało, ale nikt się nie silił, by uprzykrzyć Legii życie najbardziej jak się da. A na pewno nie organizatorzy, którzy przygotowali boisko wręcz wzorowo. Nie tylko mocno zrosili trawę przed meczem, ale też nisko ją przystrzygli, co sprzyjało lepiej wyszkolonym technicznie legionistom. A przynajmniej sprzyjać powinno...

Szpaler dla Bartoszka

„Dziękujemy za wszystko trenerze” - w koszulkach z takim napisem na rozgrzewkę wybiegli wszyscy piłkarze Korony. Kilkanaście minut później utworzyli oni szpaler i wręczyli kwiaty Maciejowi Bartoszkowi, dziękując mu za ostatnie pół roku wspólnej pracy.

Pożegnanie ładne, ale kompletnie niezrozumiałe, bo w decyzji właścicieli Korony - którą ogłosili światu kilkanaście dni temu - trudno doszukać się jakiejkolwiek logiki do dziś.

Przypomnijmy, że działacze Korony zwolnili trenera, który w listopadzie objął drużynę, gdy ta była na czternastym miejscu w tabeli. Większość zdrowo myślących ludzi typowała ją wtedy do spadku, a nie do gry w grupie mistrzowskiej, gdzie Korona zaszła wraz z Bartoszkiem, po raz pierwszy w historii.