Kasper Hämäläinen: Z Lechem bezwzględnie liczy się tylko wygrana [ROZMOWA]

- Po transferze do Legii kontakty z piłkarzami Lecha mocno się ograniczyły. Jeszcze trudniej byłoby o nie po dwóch ostatnich spotkaniach - mówi przed hitem w ekstraklasie były piłkarz Lecha, obecnie zawodnik Legii Warszawa, Kasper Hämäläinen. Fin, którego bramki rozstrzygały dwa ostatnie starcia tych drużyn. Mecz Legia - Lech w środę o 20.30.

Konrad Ferszter: W poprzedniej kolejce rozbiliście 6:0 Bruk-Bet Termalicę Nieciecza. Trudno o lepszy mecz i wynik przed prestiżowym starciem z Lechem.

Kasper Hämäläinen: Na pewno doda nam to pewności siebie, jednak nie możemy rozpamiętywać spotkania z Bruk-Betem Termalicą. Oczywiście, jesteśmy bardzo zadowoleni z gry, dwóch szybko strzelonych goli, luzu jaki złapaliśmy i czystego konta, ale to w spotkaniu z Lechem nie będzie miało już żadnego znaczenia.

Ty możesz być wyjątkowo zadowolony, bo w niedzielę nie tylko strzeliłeś dwa gole, ale wreszcie zagrałeś na swojej nominalnej pozycji.

- Nie ukrywam, że za napastnikiem czuję się najlepiej. Grałem tam przez wiele lat, notowałem najlepsze statystyki, tam najbardziej czuję się sobą. Do każdej pozycji staram się przystosowywać, na każdej, z różnym skutkiem, daję z siebie maksimum. Cieszę się jednak, że w ogóle dostałem szansę i ją wykorzystałem. Mam nadzieję, że trener nie pozostanie obojętny na ten występ w kontekście decyzji przed kolejnymi spotkaniami.

Ostatnie trzy mecze zaczynałeś na ławce rezerwowych. Spodziewałeś się, że to ty w niedzielę zajmiesz miejsce zawieszonego Thibaulta Moulina?

- Miałem to z tyłu głowy i przyznam, że zastanawiałem się jak trener wykorzysta mnie w niedzielnym spotkaniu. Podkreślę raz jeszcze: cieszę się, że dostałem szansę, że ją wykorzystałem i pokazałem, że można na mnie liczyć.

Niedzielne spotkanie było kwintesencją sezonu w twoim wykonaniu. Sezonu wzlotów i upadków.

- Trudno się z tym nie zgodzić. Na moją rolę w zespole wpływa wiele czynników. Trener często wybiera innych zawodników, ale ja wciąż wierzę i ciężko pracuję na to, by ustabilizować pozycję w podstawowym składzie. Nie jest to łatwe, zwłaszcza gdy grasz jeden mecz, a kolejne trzy siedzisz na ławce rezerwowych.

Przy drugim golu w meczu z Bruk-Betem, w niełatwej sytuacji wykazałeś się sporym sprytem. Kiedy podjąłeś decyzję o tym, że w taki sposób uderzysz na bramkę?

- Po drugim, albo trzecim kontakcie z piłką. Miałem problemy z odpowiednim opanowaniem jej, w pewnym momencie wypuściłem sobie ją za krótko. Podjąłem ryzyko, bo w innym przypadku pewnie bym ją stracił.

Z prawej strony nadbiegał z pomocą Vadis Odjidja-Ofoe.

- Widziałem go, ale miałem na uwadze też to, że zaraz za nim był rywal. Podjąłem ryzyko, na szczęście się opłaciło.

To pierwszy mecz, w którym strzeliłeś dla Legii dwa gole. To ostrzeżenie dla Lecha?

-  Nie traktuję tego w takich kategoriach. Jestem nawet trochę zły, bo mogłem zdobyć nawet trzy bramki, ponieważ okazji nie brakowało. Nie udało się, mam nadzieję, że dokonam tego w przyszłości. Może już w środę?

W ostatnich meczach z Lechem pełniłeś rolę dżokera, z której wywiązałeś się perfekcyjnie. W Warszawie i Poznaniu zdobyłeś decydujące bramki w ostatnich sekundach.

- Do tej pory Thibault wykonywał na boisku doskonałą pracę, więc nie ma powodów, by spotkanie z Lechem zaczął na ławce rezerwowych. Mam nadzieję, że dałem szkoleniowcowi do myślenia. Może zaskoczymy poznaniaków czymś nowym?

Może, podobnie jak z Bruk-Betem Termalicą, ustawieniem Vadisa w środku pola, a ciebie na pozycji ofensywnego pomocnika?

- W niedzielę byliśmy ustawieni ofensywniej niż zwykle, ale wydaje mi się, że związane to było ze stylem naszego rywala. Lech jest zespołem dużo groźniejszym, przez co my będziemy musieli być bardziej uważni w każdym sektorze boiska.

To co wybierasz na środę: ławka rezerwowych i znów rola bohatera czy miejsce w pierwszym składzie bez wpływu na wynik?

- Zdecydowanie wskazałbym na pierwszą opcję.

Mecze z Lechem wciąż są dla was wyjątkowe czy jednak ich liczba w ostatnim czasie zmieniła na wasze podejście?

- Nic się nie zmieniło. To starcie dwóch największych klubów w Polsce, więc na pewno rodzi inne emocje. Zwłaszcza, że w tym sezonie będzie miało ono ogromny wpływ na wyścig o mistrzostwo kraju. Presja rośnie z każdym spotkaniem, musimy pokazać, że umiemy sobie z nią radzić. Z Lechem bezwzględnie liczy się tylko wygrana.

Czym dla ciebie, byłego piłkarza Lecha, są mecze Legii z „Kolejorzem”?

- Wciąż wracają przed nimi różne wspomnienia, ale już kilka razy grałem przeciwko poznaniakom, więc z każdym kolejnym meczem emocje się normują. Nadal mogę je nazwać „specjalnymi”, ale to już nie te same odczucia, co przed pierwszym czy drugim razem.

W Lechu nie ma już twojego rodaka, Paulusa Arajuuriego. Utrzymujesz jeszcze kontakt z kimś z byłej szatni?

- Nie. Po transferze do Legii część się mocno ograniczyła. Jeszcze trudniej byłoby z tym po dwóch ostatnich spotkaniach.

Rozgrywanie meczów przed własną publicznością zwykle uważane jest za przewagę. W tym sezonie Legia jednak lepiej radzi sobie na wyjazdach. Nie wolelibyście zatem grać z „Kolejorzem” w Poznaniu?

- Nie, zdecydowanie nie. Trudno mi wytłumaczyć dlaczego straciliśmy tyle punktów na własnym stadionie, ale zdecydowanie wolę grać w Warszawie niż poza nią. Wsparcie naszych kibiców jest niezbędne. Spójrzcie tylko na ostatni mecz z Lechem przy Łazienkowskiej. Wydawało się, że spotkanie zakończy się remisem, ale fani wierzyli i popchnęli nas do wygranej w ostatnich sekundach.

Przed wami tydzień prawdy. W środę zagracie z Lechem, w niedzielę z Jagiellonią.

- To będą bardzo trudne, decydujące mecze, ale wiem że oba jesteśmy w stanie wygrać. Jesteśmy zgranym zespołem, mamy bardzo dobrych piłkarzy. Najwyższy czas dogonić czołówkę i wrócić na pierwsze miejsce w tabeli.

Zobacz wideo