Hloušek w wywiadzie Staszewskiego: Ahoj, jestem Adam. Kocham gotować i gram w golfa. A w głębi duszy wciąż jestem napastnikiem

Tenis to jego dziecięca miłość. Golf - sposób na spędzanie wolnego czasu. A gotowanie to pasja, którą przejął po ojcu. I choć gra w defensywie, to Adam Hloušek jest czeskim odpowiednikiem naszego Łukasza Piszczka. - W głębi duszy wciąż jestem napastnikiem. Na tej pozycji debiutowałem w reprezentacji Czech, jako snajpera chciał mnie kiedyś Szachtar Donieck. Instynktu nie da się zapomnieć - mówi obrońca Legii Warszawa w rozmowie z Sebastianem Staszewskim z cyklu "Wywiadówka Staszewskiego".

Sebastian Staszewski: Na początku chciałbym wyjaśnić jedną kwestię. Jest Pan obrońcą czy napastnikiem?

Adam Hloušek: I obrońcą, i napastnikiem.

Ale przecież gra Pan w obronie.

Jestem jak Łukasz Piszczek, tylko biegam po drugiej stronie boiska. Od zawsze grałem w ataku. Do 21 roku życia byłem snajperem. I strzelałem dużo goli. Dostawałem podanie, wychodziłem sam na sam, pyk i bramka. Moim idolem i wzorem był Brazylijczyk Rivaldo.

Był Pan dobry?

Mój tata ma kroniki w których zapisał wszystkie moje mecze i bramki. W rodzinnym domu stoi też kilkanaście statuetek dla króla strzelców, najlepszego piłkarza różnych turniejów. Wygrywałem wszystko. W ataku wystąpiłem nawet na mistrzostwach Europy do lat 21 w Danii. Jako napastnika chciał mnie kiedyś Szachtar Donieck, jako napastnik wygrałem nagrodę dla Talentu Roku w Czechach. Nawet w seniorskiej reprezentacji u Ivana Haška, w meczu z Irlandią Północną, debiutowałem jako snajper.

Karierę wspomnianego Piszczka odmienił w Hercie Berlin Lucien Favre. Panu bronić kazał Dieter Hecking.

To było w Norymberdze. Jeszcze w Kaiserslautern grałem z przodu, na lewym skrzydle. W FC Nürnberg Hecking powiedział jednak, że powinienem się cofnąć. Zapewniał mnie, że wciąż będę mógł atakować, biegać do przodu, wchodzić na miejsce skrzydłowych…

Jak Pan zareagował na taką propozycję?

Ucieszyłem się.

Piszczek opowiadał mi, że na początku pomysł Favre uznał za wariacki.

Ale Hecking obiecał, że dostanę kilka szans. Cieszyłem się, że w ogóle jestem w takim klubie, nie dyskutowałem. W sumie jeśli miałbym grać, to mógłbym być i bramkarzem. Mimo to w głębi duszy wciąż jestem snajperem. Sam o sobie mówię: napastnik, który występuje w defensywie. Nie da się pozbyć tego instynktu. Poza tym wymienność pozycji, ruchliwość, ciąg na bramkę – to wszystko przydaje mi się w grze w obronie.

Gdyby w 90 minucie ważnego meczu trener Jacek Magiera zaproponował Panu grę w ataku, zgodziłby się Pan?

No jasne. A kto znalazł się pod polem karnym Lecha w końcówce meczu w Poznaniu? Ja. Ale wolałem podać do Kaspera Hämäläinena. I dobrze, najważniejsza jest drużyna.

Czyli okazuje się, że w Legii gra dwóch napastników z Czech. Tylko, że na wiosnę razem z Tomášem Necidem strzeliliście łącznie jedną bramkę.

Nie dokuczajcie Tomášowi. To naprawdę dobry piłkarz. Może jeszcze się przełamie?

Jak trudną decyzją była ta o transferze do Legii Warszawa? Zamieniał Pan Bundesligę na rozgrywki, które nie cieszą się wielkim uznaniem nie tylko w Niemczech, ale nawet w Czechach.

Przyznam szczerze, że był to skok w nieznane. W Niemczech grałem przez pięć lat, nie planowałem odchodzić ze Stuttgartu. Gdy pojawiła się oferta, dużą pracę wykonał wasz bramkarz, Przemek Tytoń. Wyjaśnił mi dlaczego Legia jest najlepsza w Polsce i zapewnił, że jeśli odrzucę propozycję, będę żałował. Trochę wcześniej mogłem wrócić do Slavii Praga, ale zabrakło konkretów. Czasem żartuję, że poszedłem do Legii, bo nie miałem czasu na zastanowienie się. To był transfer ekspresowy.

Skoro nie planował Pan opuszczenia Stuttgartu, zastanawia mnie dlaczego jednak opuścił Pan niemiecki klub. Obawa przed rywalizacją?

Sytuacja w Stuttgarcie była męcząca. W ciągu dwóch lat w klubie zmieniali się trenerzy, prezesi, piłkarze. Brakowało stabilizacji. I to prawda, do chwili otrzymania oferty z Legii nie chciałem opuszczać VfB. Miałem jeszcze umowę ważną przez dwa i pół roku. Ale podjąłem wyzwanie. Dziś wiem, że to była świetna decyzja.

Pana ojciec, Jirí Hloušek, który przez 20 lat pracował jako trener rezerw w pierwszoligowym czeskim FK Jablonec, popierał przeprowadzkę do Polski?

Na początku – nie. Nie krytykował tego pomysłu, ale widziałem, że nie jest do niego przekonany. Ale później obejrzał jakiś mecz Legii i od razu zmienił zdanie.

Czescy kibice znają Legię?

Oczywiście. Odkąd zacząłem grać w Warszawie, dowiedziałem się, że w Czechach są nawet fankluby Legii. Poznałem grupki kibiców, które od czasu do czasu jeżdżą na mecze. Ale najbardziej znanym polskim klubem w Czechach jest chyba Wisła Kraków.

Jak za południową granicą oceniana jest LOTTO Ekstraklasa?

Przed Euro 2012 Czesi nie mieli wielkiego pojęcia o polskiej piłce. Znali Legię, Wisłę, może jeszcze Lecha Poznań. Ale wszystko zmieniło się po mistrzostwach Europy. Od tego czasu w gazetach i telewizji zaczęło się mówić o piłkarskiej Polsce.

I jak mówią?

Różnie. Często słyszę opinie, że polska liga się rozwija, ale wciąż jest słabsza od czeskiej. A moim zdaniem Czesi mówią tak, bo Polakom zazdroszczą. Już w tym momencie LOTTO Ekstraklasa znacznie przewyższa rozgrywki w moim kraju. Myślę, że jestem osobą, która może to obiektywnie ocenić. I twierdzę, że wasza liga jest o co najmniej poziom wyżej.

W takim razie co mamy my, czego nie mają Czesi?

Pod względem organizacji klubów, pokazywania meczów w telewizji, kibiców i całej oprawy, Ekstraklasa przypomina mi Bundesligę. Struktura jest niemal taka sama. Inny jest tylko poziom piłkarski. A w czym górujecie nad ligą czeską? We wszystkim.

Tata też tak uważa?

On i nie tylko on. Rozmawiałem niedawno z moim agentem, Pavlem Paską, to największy czeski menadżer, i on również był pod wrażeniem. Stwierdził, że za dwa lata niewielu Czechów da sobie radę w Ekstraklasie. Bo minęły czasy, gdy każdy piłkarz z południa miał w Polsce pewne miejsce w składzie. A tata odwiedził mnie niedawno i opowiedział fajną historię. Oglądał w domu pierwszą połowę meczu ligi czeskiej, a później pierwszą połowę jakiegoś spotkania Legii. I odniósł wrażenie, że przełączył na Bundesligę! A tata zna się na piłce, wciąż jest aktywny zawodowo. Pracuje jako skaut dla Paska.

Widzi Pan siebie w Legii za dwa, trzy lata? Michał Pazdan na przykład chce wyjechać w letnim oknie transferowym, tak samo Vadis Odjidja-Ofoe.

Mnie w Warszawie jest dobrze. Sam jestem przykładem, że w Polsce też można osiągnąć sukcesy, grać w Lidze Mistrzów. Tematu nie ma, żadnych ofert też nie otrzymałem.

Wracając do Czechów – ile jest prawdy w ich stereotypowym myśleniu o Polakach?

Sporo. Śmiejemy się z waszego języka, z „sz”, „cz”, „rz”. Jak Czech mówi „sz”, albo „cz”, to inni żartują, że nie umie poprawnie mówić. Mamy też wiele dowcipów o Polakach. Na przykład o umiejętnościach waszych kierowców. O, ale najlepsze są te wasze anteny!

Anteny?

No te na samochodach, od CB radia. Nie zapomnę, jak do Norymbergi przyjechał Mariusz Stępiński i na aucie miał taką wielką antenę. Chłopaki powywracali się ze śmiechu. Mario się zawstydził, zrobił się czerwony jak klubowe koszulki i chyba zdjął później tą antenę.

Więcej jest żartów czy uprzedzeń?

Niestety uprzedzeń jest wiele. Jeśli na przykład w supermarkecie ktoś znajdzie zepsuty produkt, mięso czy ogórka, można usłyszeć, że pewnie pochodzi z Polski. Złośliwych komentarzy nie brakuje. Próbuję jednak tłumaczyć znajomym, że to niesprawiedliwie.

Z czego to wynika?

Nie mam pojęcia. Byłem na przykład zaskoczony, jak wiele osób dziwiło mi się, gdy dowiedziało się, że zdecydowałem się na transfer do polskiego klubu. Natomiast całkowicie inne reakcje zastały mnie na zgrupowaniu reprezentacji. Koledzy wiedzieli, że podjąłem dobrą decyzję, że Polska to wspaniały kraj, a Ekstraklasa – silna liga.

W Legii są grupki?

Chyba wiem do czego zmierzasz…

Do warszawskiej grupy golfowej.

Jest nas trzech. Ja, Hämäläinen i Thibault Moulin. Jesteśmy pasjonatami.

Skąd wzięła się ta pasja?

Wszystko zaczęło się w Niemczech, w Norymberdze. Miałem dużo wolnego czasu i zacząłem grać. Szybko mi się spodobało, dużo trenowałem. Przez jakiś czas miałem nawet trenera personalnego, ale później z niego zrezygnowałem. Wolę szkolić się sam. W domu mam nawet specjalny dywan na którym ćwiczę. A kiedy wracam do Czech, gram codziennie. W obrębie 50 km od mojego domu mam z siedem pól golfowych.

Jaki ma Pan handicap?

11. Czyli całkiem niezły.

Hämäläinen ma 8.

Wiem, widziałem jak gra. Musimy kiedyś zmierzyć się na polu golfowym.

Poza golfem gra Pan także w tenisa. Chciał Pan być drugim Ivanem Lendlem?

Tak, dawno, dawno temu. Tenis był pierwszym sportem, który zacząłem uprawiać. Miałem wtedy trzy lata. Ale później postawiłem na futbol.

A więc Rafael Nadal czy Roger Federer?

Jestem leworęczny, uwielbiam grę Rafy, ale jeśli mam powiedzieć kto jest lepszy, stawiam na Rogera.

Golf i tenis to dla Pana jeszcze sport czy już tylko relaks?

Sport, bo gdy rywalizuję, zawsze chcę wygrywać. Relaksuje mnie gotowanie.

Może jednak minął się Pan z powołaniem.

Lubię to i jestem w tym dobry. Moją popisową potrawą jest królik. Nie lubię dań, które przygotowuje się przez godzinę, dwie. Wole trudniejsze wyzwania, mięsa, które długo trzeba gotować, jak na przykład kaczkę. Lubię też ciasta, specjalizuję się w tradycyjnych czeskich. Jak zdobędziemy mistrzostwo, to może przyrządzę coś specjalnego dla kolegów? Na pewno będzie im smakować. Bo to będzie ciasto o smaku zwycięstwa!