Marcin Kosiński: Do Legii odezwałem się sam [ROZMOWA]

- Warszawę widzę jako swój dom. Dlatego przed sezonem do Legii zadzwoniłem sam. Wcześniej nie widzieli mnie w zespole, a teraz dogadaliśmy się przy jednej kawie - mówi nowy koszykarz warszawskiego zespołu Marcin Kosiński.


30-letni obrońca ma za sobą bogatą przeszłość. W swojej karierze grał m.in. we włoskim Roseto, a także czołowych polskich klubach, m.in. Treflu Sopot oraz Turowie Zgorzelec. W 2007 roku pojechał z reprezentacją Polski na mistrzostwa Europy. W rozmowie z Legia.sport.pl wspomina dzieciństwo w Stanach Zjednoczonych i Raciborzu, opowiada także o planach na przyszłość i o tym, dlaczego niełatwo było dostać się do Legii.

Piotr Wesołowicz: W jaki sposób trafiłeś do Legii?

Marcin Kosiński: W Warszawie, dzięki uprzejmości trenerów, ćwiczyłem już przed rokiem.

Więc działacze uznali, że teraz, gdy szukałeś klubu, warto się z tobą skontaktować?

- O angażu rozmawialiśmy już przed poprzednim sezonem. W tym roku postanowiłem odezwać się sam.

Sam?

- Nie ma w tym nic skomplikowanego. Zależało mi na grze w Warszawie, a dowiedziałem się, że nie byłem przewidywany do gry w Legii.

Co było dalej?

- Zadzwoniłem do Jarosława Jankowskiego i umówiliśmy się, by porozmawiać. Musieliśmy się lepiej poznać. Nie było łatwo, bo musiałem go najpierw do siebie przekonać, prezes potwierdził, że wcześniej niekoniecznie widział mnie w swoim zespole.

Nie najlepszy to początek ewentualnej współpracy...

- Wprost przeciwnie. Cenię ludzi, którzy otwarcie wyrażają swoje zdanie. Dobra współpraca opiera się na szczerości, to wiele ułatwia. Nam też pomogło, bo dogadaliśmy się.

Długo negocjowaliście?

- Bardzo krótko. Zdążyliśmy wypić kawę.

Zdałeś test?

- Jaki?

Prezes Jankowski przyznał, że zanim podpisze z kimś kontrakt, rozmawia na temat podejścia zawodnika do Legii, do Warszawy.

- Naprawdę? Nigdy nie byłem zagorzałym kibicem piłkarskim, wolałem koszykówkę, ale cieszę się, że będę tu grał. Kibice mają bardzo silne poczucie przynależności do klubu, jak słucham jak śpiewają "Sen o Warszawie", to przechodzą ciarki. Poza tym lubię to miasto, dobrze się tu czuję. Stąd jest moja żona, tu mamy rodzinę i przyjaciół.

Już wiesz, czego będzie od ciebie wymagał trener Michał Spychała?

- Zaangażowania.

Nie sprowadza się gwiazdy ligi po to, by dawała tylko zaangażowanie.

- Ale myśmy gwiazdy ligi jeszcze nie sprowadzili.

Masz prawo się nią czuć. Grałeś w kadrze, byłeś na EuroBaskecie.

- Wolę poczuć się częścią zespołu, który awansuje do Tauron Basket Ligi.

Jak chcesz się do tego przyczynić?

- Przede wszystkim obroną. To mój atut, jestem jednym z najbardziej dynamicznych zawodników na polskim rynku. Lubię bronić, a z dobrej obrony rodzi się jeszcze lepszy atak.

Legia została przebudowana. Odszedł lider, zmienił się trener.

- A kto był liderem?

Arkadiusz Kobus.

- Pamiętaj, że liderem nie zawsze jest ten, kto rzuca najwięcej punktów. Szkoda, że Arek nie zostaje, ale zespoły się zmieniają, to normalne. Trudno, by walczyć o awans do ekstraklasy w składzie, który wygrał trzecią czy drugą ligę.

A tobie ciężko było zejść na poziom pierwszej ligi? Wcześniej grałeś w dobrych klubach Tauron Basket Ligi.

- Pierwsze zderzenie było rzeczywiście ciężkie. Ekstraklasa jest bardziej przewidywalna. W pierwszej lidze akcje są czasem dziełem totalnego przypadku. Poza tym, w pierwszej lidze gra się dość mocno fizycznie. Na początku kilka razy zostałem mocno "przywitany" przez rywali... Ale w porządku. Lubię taką grę. Jakoś się w tym odnalazłem. Gra w Legii da mi możliwość walki o ważny cel, czyli awans. Brakowało mi tego.

Chciałbyś jeszcze wdrapać się na ten najwyższy poziom?

- Nie przywiązuję wagi do nazewnictwa, najważniejsze, by podnosić poziom swojej gry - nieważne czy w ekstraklasie, czy pierwszej lidze. Walkę o awans traktuję jako większe wyzwanie niż np. grę w zespole ekstraklasowym, który nie ma ambicji choćby zbliżenia się do play-offów. Ale w związku z tym, że naszym celem jest awans, to, odpowiadając na twoje pytanie: owszem, chcę jeszcze zagrać w ekstraklasie.

Znałeś wcześniej któregoś z legionistów?

- Tak, wielu, mijaliśmy się w ligach. W Polpharmie byłem w zespole z Czarkiem Trybańskim, żałuję tylko, że tak krótko. Na boisku rzadko kiedy graliśmy równocześnie. Za to z Marcelem Wilczkiem minęliśmy się w Rosie Radom. Czytałem, że lubi muzykę klasyczną, wygląda więc na to, że mamy wspólne hobby.

Też słuchasz?

- Tak, głównie w samochodzie, gdy stoję w korkach. Wtedy przydaje się coś, co pomoże się zrelaksować.

Warszawa to już twój dom?

- Tak ją widzę. Odkąd zacząłem studia, to wciąż tu wracałem. Tu znalazłem miłość życia, czyli moją żonę. Tu jest nasze miejsce, w zielonej części Grochowa, niedaleko Wisły.

Ale w trakcie kariery zwiedziłeś sporo innych miast.

- Tak, i wszędzie odnajdywałem coś dla siebie. Najpiękniej było w Sopocie. Po pierwsze, jeśli chodzi o zespół. Mieliśmy naprawdę fajną ekipę, doszliśmy wysoko, ale zabrakło nam siły w meczach o trzecie miejsce. A po drugie - morze. Uwielbiałem je zimą, kiedy nie było turystów. Wtedy wychodziłem pobiegać wzdłuż plaży, by się porządnie dotlenić. Wracamy tam z żoną, kiedy tylko możemy.

Myślałem, że postawisz na Włochy. Grałeś tam krótko, już po sezonie w Polsce. Jak wspominasz tamten okres?

- Fajna przygoda w ciepłym kraju, ale... Nie mógłbym tam zostać. Sytuacja, jaką zastałem w klubie, była nie najlepsza. Chodzi o kwestie zawodowe, reszta była w porządku. Jest co wspominać, ale chciałem stamtąd wracać.

A Stany Zjednoczone?

- Piękne wspomnienia z dzieciństwa. Mieszkałem tam przez kilka lat. Poznałem język, dzięki temu łatwiej było mi po przyjeździe skończyć studia. Z wykształcenia jestem specjalistą od kultury amerykańskiej.

Tam się zaraziłeś pasją do kosza?

- Tam stawiałem pierwsze kroki, ale grać "na poważnie" zacząłem ze starszym bratem na podwórku, przed domem w Raciborzu. Brat mi imponował umiejętnościami, więc graliśmy jeden na jednego, a potem wspólnie przeciwko starszym kolegom, rzadko z rówieśnikami. We dwóch ogrywaliśmy kolejne podwórka. Czasem stawką takich meczów były jakieś drobniaki, ale przyznam pół żartem, że majątku na tym nie zbiliśmy...

- Przed spotkaniem powiedziałeś, że spieszysz się na swoje zajęcia. Ale nie zdradziłeś szczegółów.

- Prowadzę zajęcia z treningu funkcjonalnego, zajmuję się przygotowaniem motorycznym. Między innymi dzięki temu udaje mi się utrzymać formę przez cały rok.

Twoi podopieczni wiedzą, że ćwiczą z zawodowym koszykarzem, byłym reprezentantem Polski?

- Czasem tak, czasem nie. Może w jakiejś luźnej rozmowie... To nie jest coś, z czym się obnoszę. Ale wychodzę z założenie, że doświadczenie sportowe podnosi moją wiarygodność jako trenera.