Co się w Legii nie podoba [KOMENTARZ]

- Dlaczego koszykarska Legia bez żalu pożegnała się z Pawłem Podobasem, więcej niż jej byłym kapitanem, który "oddychał Legią" i pomagał odbudować sekcję od zera? - zastanawia się Piotr Wesołowicz z Legia.sport.pl.


Koszykarska Legia po 10 latach wróciła do pierwszej ligi. Gra coraz lepiej, wzmacnia się sportowo i organizacyjnie, ma wsparcie "dużej" Legii. Prędzej czy później awansuje do ekstraklasy, możliwe, że za rok, na stulecie klubu. Uda jej się to bez względu na to, czy gra i pracuje w niej Paweł Podobas.

A jednak jego brak uwiera. 28-letni obecnie Podobas, zadeklarowany legionista na boisku i poza nim, przez ostatnie lata zrobił wiele, by koszykarska Legia odbiła się od dna, by mogła myśleć o "odrodzeniu potęgi". W 2010 roku, gdy trzecioligową drużyną nie interesował się nikt, Podobas wraz z grupką zapaleńców zamarzył sobie, że zbuduje Legię na nowo. Startowali od zera. Bez praw do nazwy, bez pieniędzy. Przez pięć lat żmudnej pracy "Pepe" nie tylko grał i trenował, ale też razem z kolegami szukał sponsorów, zawodników, przed meczami rozkładał bandy, oklejał parkiet. Podjął podyplomowe studia z marketingu sportowego, żeby nawet trzecioligową drużynę budować z głową i pomysłem.

W zeszłorocznym finale drugiej ligi, w którym Legia walczyła z Notecią Inowrocław, doszło jednak do dramatu. W trakcie gry Podobas doznał groźnej kontuzji, z hali zabrała go karetka. Legioniści mecz wygrali, a awans zadedykowali swojemu kapitanowi. Po meczu odwiedzili go w szpitalu, a Bogusław Leśnodorski, prezes "dużej" Legii, który oglądał mecz z trybun, obiecał Podobasowi, że klub sfinansuje jego operację i rehabilitację.

Okazało się jednak, że kontuzja była zbyt poważna. Podobas zakończył karierę, ale wciąż był blisko Legii. W pierwszej lidze pomagał przy rozpracowaniu rywali, był nieformalnym kierownikiem. Za darmo, choć pewnie liczył, że w rozwijającej się sekcji jego praca zostanie doceniona.

Nie została. W rozmowie, którą opublikowaliśmy na Legia.sport.pl, Podobas opowiada, jak krok po kroku był odsuwany od spraw organizacyjnych, pomijany przy podejmowaniu decyzji, wykluczany z działań, za które od kilku lat odpowiadał. W końcu zrezygnował, odszedł. Przestał nawet pojawiać się na meczach.

To takie nielegijne. Działacze koszykarskiej sekcji podkreślają, że "duża" Legia jest dla nich wzorem tego, jak zarządzać klubem i drużyną. Może więc bardziej wnikliwie powinni przyjrzeć się, jak traktuje swoich ludzi? Michał Żewłakow został dyrektorem skautingu. Tomasz Kiełbowicz? Pracuje w zespole Żewłakowa. Aleksandar Vuković? Właśnie wrócił do Warszawy, klub szykuje dla niego poletko do działania. Jacek Magiera? Trenuje zespół rezerw. Grzegorz Szamotulski? Szkoli bramkarzy. Żaden z nich nie jest wychowankiem Legii, ale każdy wiele temu klubowi dał. Legia to docenia.

Oni pracują przy Łazienkowskiej nie dlatego, że klub jest im coś winien, że musi spłacać długi. Pracują, bo ich wiedza, doświadczenie i kontakty są nie do przecenienia, a klub tworzy w ten sposób więź, buduje zaufanie, pokazuje, że szanuje ludzi. Koszykarska Legia dobrej okazji na podobny krok nie wykorzystała.

Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy w nieelegancki sposób obeszła się ze swoimi byłymi zawodnikami. W niedawnym wywiadzie trener zespołu Piotr Bakun lekceważąco wypowiedział się o kilku z nich, o jednym nawet jako o swojej największej pomyłce. Szkoda, że zapomniał, że gdyby nie ich poświęcenie (przez lata grali za darmo), gdyby nie ich dobra gra (wywalczyli awanse z trzeciej do pierwszej ligi), obecnej Legii z nim jako dowodzącym mogłoby nie być.

Nie chcę robić z Pawła Podobasa męczennika. On również nie chciałby być tak postrzegany. Pytany przez nas o tę dziwną sytuację, po prostu mówi o swoich odczuciach. Nikogo nie oskarża, trzyma kciuki za drużynę. My też trzymamy, chcemy silnej Legii, walczącej za kilka lat o mistrzostwo Polski. Tylko czy prawdziwą potęgę można zbudować, podkopując jednocześnie jej fundamenty?

Więcej o: