Paweł Podobas o odejściu z Legii: Stwierdziłem, że tam nie ma już dla mnie miejsca

- Niepokoiło mnie, że krok po kroku byłem wykluczany z zadań, którymi zajmowałem się przez ostatnie pięć lat. Próbowałem rozmawiać, zapewniałem o swojej dyspozycji i gotowości do pracy, ale nic się w tej sprawie nie polepszało. Decyzji o rozstaniu nie podjąłem pochopnie - mówi Paweł Podobas.
Paweł Podobas - do niedawna koszykarz Legii, jej kapitan. Ale nie tylko. To on - wraz z grupką zapaleńców - stał za reaktywacją drużyny, której w 2009 roku groził upadek. Przez pięć lat nie tylko grał i trenował, ale także szukał sponsorów, zawodników, przed meczami rozkładał wokół parkietu reklamowe bandy. W zeszłorocznym finale drugiej ligi doszło jednak do dramatycznej sytuacji - Podobas doznał kontuzji, która po dwóch operacjach i miesiącach rehabilitacji zmusiła go do zakończenia kariery. Legia ówczesny finał wygrała i dziś z powodzeniem rywalizuje w pierwszej lidze. Ale już bez "Pepego", którego w Legii nie ma ani w roli zawodnika, ani w roli menedżera.

Piotr Wesołowicz: Gdzie dziś jest Paweł Podobas?

Paweł Podobas: Tam, gdzie zawsze, czyli na warszawskim Żoliborzu.

Pytam, bo w jednym z wywiadów trener Piotr Bakun stwierdził, że nie ma o tym pojęcia, podobnie Robert Chabelski.

- Wszyscy w klubie doskonale wiedzą, gdzie jestem i co robię. Jestem zdziwiony, że mówią, że nie wiedzą, co się ze mną dzieje. Ostatni raz widzieliśmy się w hali podczas treningu - powiedziałem wszystkim, dlaczego odchodzę, pożegnałem się z chłopakami i wyszedłem. Z drużyną mam kontakt, z klubu kontaktował się ze mną tylko trener Bakun. Ale wszyscy wiedzą, czemu nie ma mnie już w Legii.

Czemu?

- Bardzo zawiodłem się na kilku osobach w klubie. Nie chciałbym rozdrapywać ran, bo dopiero się goją, a poza tym bardzo dobrze życzę tej drużynie, zwłaszcza jej koszykarzom. Ale nie wszystko potoczyło się tak, jak wcześniej zakładaliśmy i wspólnie planowaliśmy. Powiem tylko tyle, że odbudowa Legii była moim celem i marzeniem, czymś, czemu poświęciłem serce i kawał swojego życia. A dziś już w niej nie uczestniczę. Dlatego to tak bardzo boli.

Tak bardzo, że zdecydowałeś się nie przychodzić na jej mecze?

- Między innymi. Drugi powód jest taki, że teraz, po kontuzji, sportu nie oglądam prawie wcale. Unikam. Wiem, że sam nie będę mógł już zagrać. Na razie nie mogę się nawet przebiec, o jakimś zawodowym graniu nie ma mowy. Po prostu chciałbym jeszcze kiedyś porzucać do kosza z moim synkiem Frankiem.

Po pierwszej operacji, którą przeszedłeś na początku maja, tuż po nieszczęśliwej kontuzji, byłeś optymistą.

- Tak, bo prognozy lekarzy były takie, że po rehabilitacji będę mógł biegać i normalnie trenować. Liczyłem, że jeszcze w tym sezonie wrócę do gry. Tymczasem jest koniec stycznia, a do tego biegania jest jeszcze naprawdę daleko. Tak naprawdę to do dziś nie mogę w pełni zgiąć nogi.

Kiedy podjąłeś decyzję o tym, że to już koniec z graniem?

- Po drugiej operacji, czyli pod koniec sierpnia, dowiedziałem się od lekarzy, że nie jest tak różowo i o uprawianiu sportu, nawet takiego zwyczajnego, codziennego, najpewniej nie ma co myśleć. Nie było już co się oszukiwać... Postanowiłem, że to koniec. Pogodziłem się z tym, przeżywam to mocno, ale takie są fakty i nic już tego nie zmieni.

Teraz trenuję, by wrócić do zdrowia. Bardzo pomaga mi moja żona, bez której nie poradziłbym sobie w trakcie rehabilitacji - opiekowała się mną, kiedy leżałem w łóżku przez 14 tygodni. Mam też wielkie wsparcie ze strony Legii. Prezes Leśnodorski od razu po finale zapewnił mnie, że sfinansuje moją operację i zapewni rehabilitację, zajmują się mną świetni lekarze i fizjoterapeuci: Jacek Jaroszewski, Maciej Tabiszewski, Paweł Bamber i Marcin Bator. Gdyby nie pomoc tych wszystkich ludzi, byłoby ze mną bardzo źle.

Lekarze pocieszają mnie, że z doświadczenia znają beznadziejne z pozoru przypadki, które kończyły się sukcesem i pełnym wyleczeniem. Aż tak dobrej myśli już jednak nie jestem. Ale walczę. Plany o karierze koszykarskiej odkładam na bardzo wysoką półkę, ale kto wie, może się jeszcze na nią wdrapię.

Co dalej? Jeszcze tego nie wiem. To zbyt świeże. Muszę pomyśleć, co dalej, zastanowić się, gdzie ulokować swoją energię i moc.

Skończyłeś studia podyplomowe z zakresu marketingu sportowego.

- Tak, wybrałem je właśnie ze względu na Legię, wiedza ze studiów bardzo mi pomagała w odbudowywaniu koszykarskiej Legii. Ale w tym momencie nie ma wielkich możliwości pracy w tym zawodzie.

Pofantazjujmy. Do drugiej ligi awansują najlepsze w trzeciej lidze Shmoolky, na Pradze wybucha entuzjazm, klub potrzebuje dobrego menedżera...

- Nie mówię nie. Dobra lokalizacja, sami znajomi, świetny trener. W Legii to się udawało, czemu miałoby się nie udać na Pradze?

Wróćmy do Legii. Byłeś jednym z tych, którzy w 2010 roku odbudowali ją właściwie od zera, bo po sezonie 2009/2010 nikt nie zgłosił drużyny do rozgrywek, groził jej upadek. Pamiętasz pierwsze zajęcia po reaktywacji sekcji?

- Jasne, że tak! Był sierpień i ćwiczyliśmy w upale na dworze. Nie przypominam sobie, by ktoś specjalnie przejawiał ochotę do biegania, była za to kupa śmiechu. Na pierwszy trening przyszło sporo osób: chłopaki od trenera Chabelskiego, Szymon Złomańczuk, Marcin Chojecki, Tomek Rudko, od początku byli też z nami Tomek Jaremkiewicz i Piotrek Nawrot. Zebraliśmy fajną pakę, ale jeszcze nie byliśmy Legią. 31 maja odebrałem oficjalne pismo, które potwierdzało powstanie "Zielonych Kanonierów". Od razu zadzwoniłem do trenera i powiedziałem, że możemy się zgłaszać do trzeciej ligi. No i się zgłosiliśmy. Dopiero w listopadzie, po dwóch kolejkach rozgrywek, dostaliśmy od ówczesnego prezesa Pawła Kosmali pismo, że możemy nazywać się Legia. Pamiętam, że na pierwszy mecz z nową starą nazwą pojechaliśmy do Grójca. Ale powiem ci, że wcale się nie dziwię, że nie awansowaliśmy do drugiej ligi już w pierwszym sezonie.

Dlaczego?

- Trenowaliśmy rzadko, poza tym nie mieliśmy żadnego zaplecza, finansów. Partyzantka. Mój tata, Sławek Piętka i Marcin Bodziachowski z własnej kieszeni utrzymywali zespół, my też się dorzucaliśmy, opłacaliśmy sędziów, przejazdy. Mieliśmy piękny plan, chcieliśmy zawojować ligę, ale życie nas szybko zweryfikowało. Sportowo też. Mieliśmy dobry jak na nasze możliwości skład, ale kiedy w lutym pojechaliśmy na ćwierćfinały do Białegostoku, by grać z Biatransem, to nagle zapomnieliśmy, jak się gra w kosza. Paraliż. Ja, Tomek Jaremkiewicz, Piotrek Nawrot. Dostaliśmy chyba 30, a było już nawet 50 punktów straty. Jedyna szansa na awans była taka, że odrobimy stratę w Warszawie. Niestety, też przegraliśmy, ale było już bardzo blisko. Szkoda, bo Biatrans awansował, a za chwilę wycofał się z rozgrywek. Mieliśmy sezon w plecy.

Ale nie żałuję, bo nigdy nie zapomnę klimatu, który wówczas panował. Było świetnie. U nas w drużynie zawsze był klimat, czy wcześniej przed reaktywacją, czy już po niej.

A awans wywalczyliśmy rok później. Dzięki pomocy Jakuba Kacprzaka mieliśmy już przygotowaną profesjonalną ofertę dla potencjalnych sponsorów i przed sezonem każdy swoimi kanałami szukał wsparcia dla drużyny. Akurat złożyło się tak, że gdy kończyłem studia menedżerskie, z pomocą znajomego, Tomka Andryszczyka, udało się skontaktować z Jarosławem Jankowskim i firmą Waryński. Okazało się, że pan Jarek to zapalony kibic Legii i jest gotów wesprzeć sekcję koszykówki. Namówił swoich szefów, że warto w nas zainwestować. Waryński to warszawska firma, przywiązana do tradycji, tak samo jest przecież z Legią, fajnie się to łączyło. Nie dostaliśmy nie wiadomo jakich pieniędzy, nadal graliśmy za darmo, ale starczało już na wodę i odżywki, raz, dzięki wsparciu kibiców, udało się też zorganizować drużynie nowe buty do kosza.

Byliście takim lokalnym "dream teamem", stworzonym z najlepszych graczy amatorskich lig w Warszawie.

- Można tak powiedzieć. W większości utrzymaliśmy skład, a dodatkowo udało nam się namówić do gry m.in. Bartka Błaszczyka, Michała Świderskiego. Ostatnio wspominałem ze "Świdrem" tamte czasy i przyznał, że po moim telefonie z propozycją gry w Legii dwa dni skakał z radości. Legia, nawet trzecioligowa, to był magnes.

No i zaczęło jakoś to wyglądać. Sportowo, ale i marketingowo. Mieliśmy bandy, oklejone boisko, zaproszenia, graliśmy w hali na Kole, kiedy na mecze przychodziło po dwa tysiące osób. Niesamowita rzecz.

Dla ciebie to była praca na dwa etaty - zawodnika i menedżera.

- Rzeczywiście. Kończył się mecz, a ja z rodziną i przyjaciółmi, których "zaciągałem" do pomocy, składałem bandy i odklejałem reklamy, zresztą podobnie było przed meczem, kiedy trzeba było wszystko ustawić, zorganizować. Zajmowałem się tym praktycznie do końca gry w Legii, zresztą trener Bakun nieraz miał o to do mnie pretensje. Denerwował się, że zamiast koncentrować się na meczu ja ustawiam bandy reklamowe. Ale ja mówiłem, że mnie to uspokaja, wycisza.

A awans wywalczyliśmy u siebie, w hali na Bemowie. Mieliśmy na tyle dobrze zbilansowany budżet, że udało nam się zorganizować rozgrywki finałowe. Oczywiście nie obyło się bez horroru, bo w ostatnich sekundach finału z drużyną z Piły, kiedy prowadziliśmy dwoma czy trzema punktami, nie trafiłem spod samego kosza, a rywale wyszli z kontrą. Ale też spudłowali. No i udało się. Tamten finał wspominam zdecydowanie lepiej niż ostatni...

W drugiej lidze dołączył do was trener Bakun.

- Chcieliśmy odciążyć trenera Chabelskiego, który był w Legii od lat jest człowiekiem instytucją i miał pełne ręce roboty. Mieliśmy - ja i mój tata, który był prezesem "Zielonych Kanonierów" - kilka kandydatur, ale uznaliśmy, że trener Bakun to będzie to. Przedstawiliśmy ten pomysł członkom stowarzyszenia i... przyznam, że nie wszystkim jego osoba pasowała. Ale udało nam się ich przekonać. Zaprosiliśmy trenera Bakuna na rozmowę i szybko się dogadaliśmy. Ucieszył się, bo chciał już wyjeżdżać do pracy, do Anglii, a tak został w Polsce: blisko rodziny i blisko sportu.

Po kilku porażkach, bo chyba zaczęliśmy od bilansu 0-5, na trenera i na nas spadła krytyka, ale niedługo potem nasza wspólna praca przyniosła efekt. Zaczęliśmy mocniej trenować, dużo lepiej się prowadziliśmy. Zaczął się profesjonalizm. No i w tym ostatnim sezonie wyglądaliśmy już naprawdę nieźle. Niedużym nakładem finansowym zbudowaliśmy silny skład, trenerzy byli naprawdę zadowoleni. Graliśmy na Torwarze przy pełnej hali, wywalczyliśmy awans...

A ty?

- Ja? Ja żyłem Legią. Byłem z nią związany emocjonalnie. Po pierwsze - jako inicjator i pomysłodawca odbudowy, po drugie - jako koszykarz, po trzecie - kibic... Oddychałem Legią. Tak było przez lata.

Ale przecież jesteś wychowankiem Polonii. Z "Czarnymi Koszulami" nie czułeś żadnego związku?

- Trenować koszykówkę zacząłem w drugiej klasie szkoły podstawowej w Legii, u trenera Jana Kwasiborskiego. Dopiero potem przeszedłem do Polonii. Ale tam nie nauczono mnie przywiązania do klubu. Dopiero w Legii dowiedziałem się, co to szacunek do barw, miłość do herbu, do nazwy. W Polonii tego nie było. Tak naprawdę niewielu z nas było związanych z tym klubem. Zresztą na Żoliborzu, skąd pochodzę, to normalna kolej rzeczy, że jest się za Legią.

Wróćmy do maja 2010 roku - spodziewałeś się, że realizację hasła "Odrodzenie potęgi" da się wcielić w życie?

- Mało tego, liczyłem, że w barwach Legii zagram jeszcze w Eurolidze! Ale mówiąc poważnie - tak, liczyłem na to. Taki był plan. Jeśli nie dałbym rady sportowo, chciałem tą Legią zarządzać. Wszyscy chcieliśmy. Zebrało się kilka fajnych osób, które bezinteresownie chciało wskrzesić legijnego kosza, żyliśmy tą ideą. Dobrze się dobraliśmy.

Niewielu wierzyło?

- Niewielu, ale wcale się nie dziwię. Pamiętam, że jak zapisywałem się na studia, to nasz wykładowca Tomasz Redwan pytał nas, dlaczego wybraliśmy taki, a nie inny kierunek. Ja odpowiedziałem wprost, że chcę odbudować koszykarską Legię. Uśmiechnął się i ironicznie życzył mi powodzenia. Powiedział, że już wielu próbowało i nic z tego nie wyszło. Nic nie odpowiedziałem, ale w duchu pomyślałem: "A może uda się właśnie mnie?".

To dlaczego, kiedy drużyna jest już o krok od ekstraklasy, ciebie już w niej nie ma?

- Od początku istnienia "Zielonych Kanonierów" wiedzieliśmy, że spółka to kolejny krok w kierunku profesjonalizacji tej drużyny, że ona musi powstać. I powstała, na początku 2014 roku pojawił się pomysł, a w maju wykorzystaliśmy szansę i weszliśmy w spółkę z "dużą" Legią. Wtedy zacząłem czuć, że coś zaczyna być nie tak.

Co konkretnie?

- Wcześniej każdy wiedział, jakie ma obowiązki i za co jest odpowiedzialny. Byliśmy w stałym kontakcie, spotykaliśmy się, omawialiśmy bieżące sprawy, planowaliśmy. A z czasem zaczęło tego brakować. Pojawiły się problemy z przepływem informacji i określeniem zakresu kompetencji. Niepokoiło mnie, że krok po kroku byłem wykluczany z zadań, którymi zajmowałem się przez ostatnie pięć lat. Próbowałem rozmawiać, zapewniałem o swojej dyspozycji i gotowości do pracy, ale nic się w tej sprawie nie polepszało.

Było to - i wciąż jest - dla mnie o tyle trudne, że w tamtym czasie już zdawałem sobie sprawę z powagi mojej kontuzji i wiedziałem, że do zespołu jako zawodnik już nie wrócę. Dlatego bardzo chciałem realizować się jako, nazwijmy to, działacz. I tak naprawdę, to właśnie świadomość, że mimo kontuzji nadal będę mógł pracować dla sekcji, pomagała mi uporać się psychicznie z tym, co mnie spotkało.

Jak ci się wydaje, dlaczego byłeś wykluczany, odsuwany? I przez kogo?

- Nie chcę odpowiadać na to pytanie.

Mimo kontuzji i obaw byłeś przy drużynie na początku obecnego sezonu.

- Tak, przez chwilę pełniłem rolę kierownika, ale to nie do końca dla mnie. Mam zmysł organizacyjny, lubię załatwiać formalności, ale chyba nie ma w Legii takiej potrzeby, by na ławce był też kierownik. Poza tym serce się rwało, by wyjść na boisko. Bolało na maksa.

Pierwsza myśl, by odejść, pojawiła się w maju, kiedy wracałem do życia po kontuzji. By zostać, namówili mnie moi bliscy. Przekonywali, że włożyłem w to zbyt dużo serca, by teraz rezygnować bez walki. Zostałem, ale w listopadzie, po długim namyśle i analizie panującej sytuacji, stwierdziłem, że w tej Legii nie ma już dla mnie miejsca.

Czytałeś wywiad, w którym trener Bakun "przejechał się" po byłych zawodnikach Legii?

- Nie, bo ostatnio nie wchodzę na stronę, ale słyszałem o nim od kilku kolegów-koszykarzy. Zresztą, na Facebooku trwała na temat wywiadu gorąca dyskusja, trudno było w końcu nie dowiedzieć się, o czym był.

Jakie masz refleksje?

- Takie, że ja nigdy bym się tak o żadnym zawodniku, który grał w Legii, nie wypowiedział. Im wszystkim należy się szacunek. Na przykład kwestia Tomka Rudki, o którym była w tym wywiadzie mowa. Tomek grał z nami przez parę dobrych lat. I to, że taki zawodnik się komuś nie podoba czy nie pasuje do koncepcji, to jest jedno. A drugie, to mówić o nim w taki lekceważący sposób. Trener Bakun jest jaki jest - można go lubić albo nie. Ale wypowiadać się w ten sposób, moim zdaniem, nie powinien. Niezależnie od tego, czy ktoś grał całe mecze, czy wchodził na pięć minut - dzięki tym zawodnikom, którzy grali przez te lata w Legii, klub jest dziś tu, gdzie jest. Gdyby nie wsparcie trenera Chabelskiego i Piotra Lewandowskiego, gdyby nie pomoc Marcina Bodziachowskiego, Marcina Gaconia, Sławka Piętki czy mojego taty, gdyby nie moja inicjatywa, gdyby nie cegiełki, które każdy z nas podłożył pod fundament naszej drużyny, to nie byłoby teraz w Warszawie pierwszej ligi.

Wyczuwam w twoim głosie żal.

- Wczuj się w moją sytuację. Robisz coś od 2009 roku, żyjesz tym, poświęcasz połowę swego życia i nagle... nie ma cię. Każdy miałby żal. Ale decyzji o rozstaniu nie podjąłem pochopnie. Miałem dużo czasu, by ją przemyśleć.

Dla ciebie to lekcja życia?

- Kolejna. Ten cały rok, kontuzja, zamieszanie... To uczy pokory. Chyba za łatwo ufam ludziom. Ale już taka moja natura, tak zostałem wychowany.

Czy Legia budowana przez tych, którzy "mają elkę w sercu", ma przyszłość? Czy może po spodziewanym awansie do ekstraklasy będzie potrzebowała fachowców?

- Na pewno ma przyszłość, zresztą nie wyobrażam sobie, by osoby zaangażowane w odbudowę Legii tego klubu nie kochały. Oczywiście, w profesjonalnym klubie potrzebni są fachowcy, ale nas, kibiców Legii, jest tak wielu, że z pewnością znajdą się osoby o wysokich kwalifikacjach potrzebnych do zarządzania ekstraklasowym klubem. Można połączyć miłość do klubu i profesjonalizm...