Kłopoty z kibicami, rzutami wolnymi i poziomem rywala. Obserwacje po meczu koszykarzy Legii

W sobotę Legia pokonała na Torwarze SKK Siedlce 69:39. Spostrzeżeniami z meczu podzielił się dziennikarz Sport.pl, Piotr Wesołowicz.


Czas na dzieciaki

Działacze Legii zapowiadali, że przy okazji sobotniego ogłoszą pewną dobrą nowinę. Chwilę przed pierwszym gwizdkiem wyjaśniło się, że chodzi o Legia Basket Schools, czyli projekt koszykarskich przedszkoli Legii. Koszykarze, wzorem piłkarzy, zakładają niedzielne szkółki koszykówki dla dzieci. Legia Soccer Schools to już projekt ogólnokrajowy, z autorskim programem treningowym, planem rozwoju, sprecyzowanymi ideami. Koszykarze na razie nie będą działać z takim rozmachem, zaczynają od dwóch szkółek - w Wilanowie i Bemowie, ale obrali znakomity i chwalebny kierunek rozwoju. Oby następnym krokiem było otworzenie planowanej klubowej akademii koszykówki.

Legii problem z kibicami

Ludziom, którzy zarządzają sekcją koszykarską, z pewnością zależy na najbardziej zagorzałych fanach Legii. Oni wspierają swój klub niezależnie od tego, czy grają akurat piłkarze, koszykarze czy hokeiści. To godne pochwały. Działaczom powinno też jednak zależeć na normalnych kibicach - sympatykach koszykówki czy sportu w ogóle. Ci, którzy przyszli w sobotę na Torwar na trybunę rodzinną i wypełnili niemal połowę hali, mogli wyjść z niej nieco rozczarowani.

Atmosfera na trybunach, z początku rzeczywiście przyprawiająca o gęsią skórkę, z czasem zaczęła jednak wywoływać dreszcze - bynajmniej nie z ekscytacji. Fani Legii rozochocili się w przyśpiewkach o jeb... Polonii, policji, Widzewa ("Żydzi z Polski won..."), słali pozdrowienia do więzienia, a kibice, obok których siedziałem, przez cały mecz lżyli Bogu ducha winnych ochroniarzy. Do atmosfery koszykarskiego święta było daleko.

Legia ma problem z kibicami i najlepiej, jakby jak najszybciej poszukała w tej sprawie kompromisu. Oczywiście ma prawo budować drużynę, opierając się na fanatykach, ale jestem przekonany, że nie "odradza potęgi" tylko i wyłącznie dla nich. Jeśli Warszawa znów ma być miastem koszykówki, a Legia ma grać w Tauron Basket Lidze, trybuny nie mogą odstraszać, ale przyciągać warszawiaków. Zwłaszcza gdy właściciele Legii chcą przyciągać na nie także tych najmłodszych.

Znów te wolne...

Zaledwie 55 proc. skuteczności z linii rzutów osobistych mieli w sobotnim meczu koszykarze Legii. Miewali w tym sezonie gorsze mecze - w pierwszoligowym debiucie trafili dziewięć razy na 23 próby (39,1 proc.), przeciwko GTK Gliwice cztery na 15 (26,7 proc.), a tydzień temu z Zagłębiem Sosnowiec celnych było siedem na 19 prób (36,8 proc.). Obserwatorzy meczów stołecznej drużyny przywykli już, że w tym elemencie gry legioniści mają jeszcze dużo do nadrobienia, ale nie przywykł do tego Piotr Bakun.

W pomeczowej rozmowie Michał Aleksandrowicz przyznał, że trener podczas zajęć często ustawia swoich zawodników na linii rzutów wolnych. I ponoć ci na treningach nie mają problemu z trafianiem. Czemu więc nie wychodzi im w trakcie meczu? Nie można powiedzieć, że w spotkaniu towarzyszyła im nadzwyczajna presja, wszak wynik meczu był już przesądzony po pierwszej kwarcie.

Ornoch rozkręca się w I lidze

Coraz śmielej poczyna sobie młodziutki Bartłomiej Ornoch. 19-latek pojawił się w Legii w zeszłym sezonie. Razem z Mikołajem Motelem i Krystianem Koźlukiem miał przyglądać się grze starszych i bardziej doświadczonych, a także próbować wykorzystać nieliczne szanse od Piotra Bakuna. I Ornoch je wykorzystywał - w jednym ze spotkań zdobył aż 37 punktów, trafiając aż 11 trójek.

Dwóch jego rówieśników już w Legii nie ma, a Ornoch - podobnie jak cała drużyna - wszedł na wyższy szczebel koszykarskich umiejętności. W sobotę dostał od trenera kwadrans gry i pokazał się z dobrej strony. Trafił dwie trójki, między innymi jedną w kontrze - nie bał się zatrzymać na linii w szybkim ataku i przymierzyć z dystansu. Drugą trójkę trafił niemal równo z końcową syreną drugiej kwarty.

Po celnych rzutach Ornocha ławka rezerwowych Legii wybuchała z radości, ale reakcje trenera, który kilka razy karcił wzorkiem najmłodszego gracza w swoim zespole, wskazują, że młody skrzydłowy sporo jeszcze musi się uczyć. Kilkakrotnie przegrywał bowiem akcje w obronie, rywale uciekali mu za plecy i rzucali łatwe punkty. Sporo przed nim pracy, ale ponoć w nauce jest pokorny. I chce słuchać.

Co z tym SKK?

Legia po raz drugi w tym sezonie wysoko ograła siedlczan, ale o ile w pierwszym meczu obu drużyn zwyczajnie rozegrała świetne spotkanie, o tyle na Torwarze jej wysoka wygrana wynikała głównie z fatalnej postawy gości. Napisać, iż gracze z Siedlec nie stwarzali większego zagrożenia, byli tłem czy nie niepokoili legionistów, to nie napisać nic. Ich słabość była wręcz porażająca. Trzy punkty zdobyte w pierwszej kwarcie, siedem w trzeciej... Strach pomyśleć, co by było, gdyby legioniści do końca grali w pełni skoncentrowani. 13 "oczek" uciułane w czwartej kwarcie, gdy legioniści - siłą rzeczy - grali na pół gwizdka, pozwoliły im nieco zamazać fatalny rezultat punktowy.

Zresztą siedlczan tego dnia zawodziła nie tylko skuteczność. Gracze SKK mieli problem także z innymi elementami gry - środkowi nie dorzucali haków albo byli blokowani przez graczy Legii, rozgrywający tracili piłkę w koźle, skrzydłowi, mając czyste pozycje na dystansie, wybierali podkoszową penetrację... "Wszystko nie tak" - zdawał się mówić załamany Mariusz Niedbalski. W drugiej kwarcie, gdy SKK próbowało jeszcze ratować sytuację, trener wziął czas i długo rozrysowywał schemat obronny. Ale jego gracze chyba byli rozkojarzeni, bo gdy wyszli na parkiet, od razu popełnili ten sam błąd, po którym chwilę wcześniej o przerwę poprosił trener Niedbalski - niekryty Cezary Trybański zapakował piłkę na pusty kosz. A szkoleniowiec gości ukrył twarz w dłoniach.