"Piczyn-słiczyn" z Andrzejem Paszkiewiczem. Z Legionowa, przez wojsko, do Piassachusetts i Legii

- Jak w 2003 roku wróciłem ze Zgorzelca do Warszawy, miałem 23 lata. Zacząłem szukać pracy, pytano mnie o doświadczenie. A ja mogłem tylko powiedzieć, że byłem w wojsku i byłem koszykarzem. "A ładne pan te kosze wyplatał?" - pytano mnie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że choć koszykówkę kocham, to ona nie zapewni mi spokojnej przyszłości. Zostałem w #koszwwa, ale życie podporządkowałem rodzinie i pracy - mówi Andrzej Paszkiewicz.


35-letni Paszkiewicz, wychowanek Legionu Legionowo, a obecnie gracz Legii, to jeden z najlepszych zawodników #koszwwa, jak na Twitterze określa warszawską i podwarszawską koszykówkę grupa zapaleńców. Może nie najlepszy, ale na pewno jeden z wyróżniających się w ostatniej dekadzie. Ma ledwie 180 cm wzrostu, jest raczej wątłej postury, ale na boisku wykorzystuje inteligencję, spryt, doświadczenie, szybkość i skuteczny rzut. A poza boiskiem - humor i pomysłowość, co czyni go jednym z najbardziej oryginalnych koszykarzy.

Łukasz Cegliński: Rozmawiamy na poważnie? Pytam, bo wiem, że lubisz kawały.

Andrzej Paszkiewicz: Pewnie, że na poważnie, ja zawsze rozmawiam na poważnie. Tylko że czasem przydaje się dystans do życia. Codzienność nie jest różowa, czasem trzeba sobie ją ubarwiać.

To zacznijmy od Legionowa, które koszykarskim miastem nie jest, a jednak z miejscowymi chłopakami urodzonymi w końcówce lat 70. stworzyliście tam fajny zespół, który grał nawet na zapleczu ekstraklasy.

- Legionowo to nie jest koszykarskie miasto, nie ma wątpliwości. A drużyna powstała, fajna, bo już pod koniec podstawówki mieliśmy świetną grupę kolegów, której skład się praktycznie nie zmieniał. Nie było gwiazd, bohaterów, każdy dokładał swoją cegiełkę. To fajnie działało podczas meczów - niby mieliśmy jakieś zagrywki, ale graliśmy w stylu Ivanhoe. Każdy robił, co chciał, ale robił to szybko, z głową, skutecznie.

Kiedy zacząłeś grać w kosza?

- Późno, pierwszy kontakt z piłką do koszykówki miałem w siódmej klasie podstawówki, w szkole, na zajęciach SKS. Na początku piłka bardzo mi przeszkadzała, ale byłem szybki, lubiłem biegać. Z czasem dołączyłem do klubu Legion do starszego rocznika, w którym był m.in. Radek Urbaniak. Oni chodzili do jednej szkoły, a chyba nawet klasy, i to już był zespół. Oni potrafili grać ze sobą z zamkniętymi oczami.

Interesowałeś się wcześniej koszykówką, wiedziałeś, kto to jest Michael Jordan?

- Nie, wcześniej grałem w piłkę nożną w Legionovii. Nie pamiętam już dokładnie w jakich rozgrywkach, a zresztą - moim zdaniem każdy w wieku szkolnym gdzieś grał, był w jakiejś reprezentacji. Jeśli nie województwa, to miasta lub szkoły. Ja też pewnie w jakiejś byłem. Ale trafiłem do koszykówki, dołączyłem, razem z kolegami z innych osiedli, do tego starszego rocznika. Zaczęliśmy się zgrywać i potem to zgranie dawało nam przewagę.

Nie mieliście wysokich, każdy rzucał z dystansu.

- Jedno z fajniejszych wspomnień, jakie mam z tamtego okresu z Legionu, to wyjazd na mecz do Zgorzelca. My - amatorska, młoda drużyna, oni - profesjonalny klub, który chciał awansować do pierwszej ligi. No i uwaga, jest problem - my nie mamy żadnej zagrywki. Mecz się zbliża, Radek Urbaniak w końcu mówi: "Dobra, słuchajcie - wy stajecie po bokach i zbiegacie pod kosz. Tam krzyżujecie się, stawiacie zasłonę, wybiegacie z drugiej strony. Podanie i rzut". No i śmiesznie teraz to brzmi, ale na początku, tą jedną zagrywką, napsuliśmy strasznie krwi Zgorzelcowi, chyba nawet mając kilkupunktową przewagę. Cały czas tym samym zagraniem - jak rywale skupili się na jednym, to na pozycję wychodził drugi. Jak skupili się na obu - gracz z piłką wchodził pod kosz. I rzucał albo podawał. Działało rewelacyjnie.

Wygraliście ten mecz?

- Nie, przegraliśmy. I to pewnie wysoko. Ale było fajnie, mieliśmy frajdę. Ich trener był wkurzony, denerwował się przy ławce.

Wróćmy do Legionowa, ale do czasów, kiedy jeszcze nie miałeś ksywy "Czarny". Porozmawiamy o kolorze twojej skóry?

- Pewnie, nie ma problemu.

Mieszkałeś na niekoniecznie przyjaznym osiedlu, koledzy z bloków nie byli tolerancyjni. Miałeś kłopoty ze względu na to, że masz ciemną skórę?

- Na swoim osiedlu nie, ale niestety treningi Legionu odbywały się na osiedlu wojskowym, gdzie jest m.in. także szkoła policyjna, i co tu dużo mówić - do granic rozbudzony patriotyzm wśród lokalnej młodzieży sprawiał, że bywało mi ciężko. Byłem wyzywany, czasem ktoś próbował dać mi w pysk.

W Legionowie mieszkałeś od urodzenia?

- Od siódmego roku życia. Urodziłem się i mieszkałem wcześniej w Bydgoszczy. Potem, po rozstaniu rodziców, przeniosłem się z mamą do Legionowa, do babci. A wracając do problemów - zdarzały się sytuacje, że na treningi chodziłem z kijem baseballowym, zdarzały się spotkania ze skinheadami, raz spóźniłem się na mecz, bo ktoś próbował mi splunąć w twarz, a ja uznałem, że nie pozwolę na to we własnym mieście. Zareagowałem.

Jak sobie z tym radziłeś?

- Dziwnie się czułem. Pamiętam, że jako nastolatek trzymałem się subkultury ciemnoskórych, czarnych - bywało, że czułem się na ulicy nieswojo wśród białych, a tu nagle idzie jakiś czarny nieznajomy i pozdrawia mnie, macha ręką. To jak pozdrowienie u motocyklistów, którzy podnoszą lewą rękę, jak się mijają. To spaja, czujesz się częścią grupy. Ale bywało mi ciężko. Dziękuję mamie, która też musiała sobie z tym radzić i sobie radziła. Pamiętam, jak byłem mały i szedłem z nią za rękę, a z naprzeciwka idzie kobieta z dzieckiem i mówi: "O, zobacz, jaki Murzyn". A moja mama mówiła mi wtedy: "Zobacz synku, jaka głupia kobieta".

A jakie są twoje korzenie?

- No i tu dochodzimy do najdziwniejszego sedna sprawy - moi rodzice są biali. Ojciec, od którego mama odeszła, występował o zaprzeczenie ojcostwa i w sumie mu się nie dziwię. Sąd uznał jednak, że jestem jego dzieckiem. Nie wiem, jak to stwierdził, były chyba robione badania; ostatnio zastanawiałem się nad jakimiś badaniami genetycznymi, ale zrezygnowałem. Bo w sumie - co to zmieni? Wierzę mamie, więc moim biologicznym ojcem jest Stefan Paszkiewicz, zresztą brat słynnego "Yacha" Paszkiewicza, reżysera teledysków. Szukałem korzeni, patrzyłem w drzewo genealogiczne, niewykluczone, że gdzieś, wśród przodków, był ktoś, kto miał czarny kolor skóry. Na razie traktuję się jako wyjątek, rodzynek, przypadek jeden na milion. A poza tym patrzę na swoje trzy córki i też się zastanawiam, czy ktoś skojarzyłby je ze mną - najstarsza jest identyczna z żoną, średnia może trochę mieszana i dopiero najmłodsza poszła w mój koloryt.

Słyszałem, że byłeś w wojsku?

- Raz chciałem do niego pójść, to mnie nie wzięli. A potem, jak mi przeszło, to mnie wezwali.

Wyjaśnij.

- Pewnie na niego nie wyglądam, ale, cóż, jestem romantykiem. W obecnej żonie zakochałem się, jak byłem nastolatkiem, początki były burzliwe. Nagle coś tam się popsuło, ona powiedziała, że mnie zostawia. Wiele nie myślałem, wsiadłem w pociąg, pojechałem do WKU w Nowym Dworze Mazowieckim. "Dzień dobry, chciałem się zgłosić do wojska". "Ale to tak nie działa" - usłyszałem. "Jak to nie? Ja jutro chcę gdzieś jechać! Proszę, mam tu szczoteczkę, pastę do zębów, jestem gotowy". Ale okazało się, że to naprawdę tak nie działa.

Pamiętaj, że nie wkręcasz tylko mnie, ale też czytelników.

- Ale ja nie ściemniam! Nie chcieli mnie, wróciłem do domu, na drugi dzień zadzwoniłem do WKU i powiedziałem, że mi się odwidziało, że się pogodziłem z dziewczyną. Ale za trzy miesiące i tak mnie wezwali. Skończyłem szkołę średnią, nie miałem pieniędzy na studia, skończyła mi się umowa w pracy. Nie miałem czym się wykręcić, choć próbowałem kolorem skóry - wreszcie by się na coś przydał... Pisałem do dowódców, że obawiam się o zdrowie itp., ale okazało się, że nie ma przepisu, który by mnie zwolnił. Jedyne, w czym wojsko mi pomogło, to fakt, że mogłem być w jednostce w Legionowie. Ale teraz, z perspektywy czasu, uważam, że to dobra szkoła życia.

Ile czasu w niej spędziłeś?

- Rok.

A co to była za jednostka?

- Już nie pamiętam. Ale z racji tego, że kończyłem szkołę gastronomiczną, to trafiłem do kuchni. Wstawałem o 3 w nocy, przygotowywałem śniadanie dla kilkuset żołnierzy. Ale co jeszcze robiłem? Podjadałem! Cały dzień, od 3 w nocy do 22. I w pierwszym tygodniu przytyłem siedem kilo, co przy mojej masie i sylwetce jest ciężarem ogromnym. Wyglądałem jak mały zagłodzony Etiopczyk - chudy chłopiec z wypchniętym brzuchem. Poprosiłem o przeniesienie i trafiłem do straży pożarnej. Można powiedzieć, że z deszczu pod rynnę, bo przez 10 godzin dziennie musiałem ćwiczyć prędkość rozwijania węża, by urwać sekundę z rekordu.

Uważam jednak, że każdy mężczyzna powinien zaliczyć wojsko. Może nie rok, ale trzy, a nawet sześć miesięcy - już tak. Wojsko nauczyło mnie, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Masz głowę i jaja? Kombinuj! Rozejrzyj się, pomyśl. Dostałeś rozkaz i musisz to zrobić. Takie podejście w życiu pomaga. Można się nauczyć twardości. Akurat w moim przypadku polegało to m.in. na tym, że rozkładania i składania broni uczyłem się w lutym, na mrozie. W takiej sytuacji przestajesz zwracać uwagę na jakieś zadrapania, wybite palce itp. Uczysz się też, że liczy się kolektyw, grupa, a nie jednostka. Jako sportowiec wyróżniałem się w wojsku w zajęciach zręcznościowych, ale czasem wyglądało to tak, że czołgamy się przez 200 metrów, ja wszystkich wyprzedzam, kończę pierwszy, a dowódca krzyczy: "Szeregowy Paszkiewicz! Szeregowy Nowak jest ranny, leży na końcu. Wróćcie po niego!" No i wracałem. Bo grupa, drużyna, jest tak dobra, jak jest najsłabsze ogniwo. W sporcie też tak bywa.

Nauczyłeś się, żeby się nie wyróżniać, ale jednak to ty - jako jedyny z Legionu - odszedłeś do lepszej drużyny. Do Turowa, pod koniec sezonu 2000/01.

- Było mi bardzo miło, bo Legion był wtedy ostatni w tabeli, a Turów - pierwszy. Ja odszedłem do Zgorzelca w trakcie sezonu, wywalczyliśmy awans. Zostałem tam na pół sezonu na zapleczu ekstraklasy. Pamiętam, że przejście do Turowa było dla mnie zderzeniem z prawdziwym sportem - w Legionie moja gra w roli rozgrywającego opierała się na minięciu przeciwnika, rzucaniu lub podawaniu. W Zgorzelcu, na pierwszym treningu, zrobiłem to samo - minąłem, wszedłem pod kosz, chciałem rzucić. Ale Darek Skowroński mnie znokautował - prostą ręką, w krtań. Spadłem na ziemię, a on mówi: "Andrzej, nic osobistego, ale nie możesz sobie tak po prostu wchodzić pod kosz". Potem już o tym pamiętałem i słuchałem, jak ktoś krzyczy z obwodu "Podaj, podaj!" W Turowie grało wtedy naprawdę kilku dobrych strzelców i hierarchię w drużynie trzeba było respektować. Ten gracz jest liderem, to on musi rzucać. Jemu płacimy trzy razy więcej, więc to on ma zdobywać punkty. Ty też możesz, ale przy okazji.

Dla ciebie przejście do Zgorzelca to była pewnie też szansa na spore pieniądze?

- Tak, zdecydowanie. W Legionowie nie dostawaliśmy wtedy nic, dopiero potem, w pierwszej lidze, za czasów trenera Michała Spychały, a potem Piotra Bakuna, pojawił się sponsor.

I jak było w Zgorzelcu?

- Awansowaliśmy, ale mi było ciężko się przebić. W drużynie byli klasowi rozgrywający: Mirek Kabała, Henryk Bieleń, dostawałem szanse, by się pokazać, grywałem, ale nie wyglądało to tak, jak bym chciał. Potem skręcone kostki dodatkowo komplikowały sprawę. Zostałem w Zgorzelcu do połowy sezonu, rozstaliśmy się za porozumieniem stron. Ale byłem młody i nie znałem przepisów PZKosz - listy czystości z Turowa dostałem 31 stycznia, dzień później przyjechałem do Legionowa. Przyszedłem do Legionu, mówię, że mam list czystości i chcę grać. Ale zgłaszać zawodników można było tylko do końca miesiąca. I miałem przerwę.

A wcześniej, w wojsku, grałeś w koszykówkę?

- Grałem w Legionie. Złożyłem podanie do dowódcy o stałą przepustkę - do 19 byłem w jednostce, potem wychodziłem na trening, hala była tuż przy koszarach. Starsi stopniem koledzy z jednostki krzywo patrzyli na to, że ja mam przepustkę, a oni nie, i witali mnie rozlanym smarem i piachem na podłodze. Musiałem szorować. Wiadomo, "fala".

Potem grałeś w Kwidzynie.

- Po tej półrocznej przerwie po powrocie ze Zgorzelca w lecie 2002 roku pojechałem do Basketu Kwidzyn. Niestety, znów z kontuzją - miałem naderwany przyczep mięśnia czworogłowego. Pokazałem tyle, ile mogłem, wyszło nawet nieźle. Grałem w drugiej lidze i w sumie wtedy się w niej zakotwiczyłem. Ale ten sezon otworzył mi oczy - podpisałem kontrakt od września do maja. Zostawały trzy letnie miesiące. Zorientowałem się, że czeka mnie pusty przebieg lub zasiłek. A zarobić w drugiej lidze nie da się tyle, by coś z tego odłożyć i mieć za co żyć. Ja w 2003 roku miałem ślub i postawiłem na rodzinę. Wróciłem do Legionowa, stwierdziłem, że już nie będę wyjeżdżał w Polskę. A akurat się okazało, że w Legionowie powstawał fajny zespół, do którego dołączyłem.

Czego zabrakło do tego, byś rozpoczął poważniejszą karierę, byś zadomowił się choćby w pierwszej lidze?

- Kilku rzeczy, m.in. podstaw w wyszkoleniu. Trener Legionu Włodzimierz Matejewski dobrze przygotowywał nas pod względem fizycznym, ale taktycznie... Nikt nas nie uczył, jak stawiać zasłony, w którą stronę się odwracać, jak prawidłowo rozgrywać akcje z zasłonami. Wszystkiego uczyliśmy się sami. Brakowało nam wiedzy o detalach. Gdybym w młodym wieku trafił do szkoły mistrzostwa sportowego, mogłoby być inaczej. Jednakże uważam, że to, czego nauczyliśmy się sami z kolegami z Legionu, to i tak dużo.

Ale byłeś szybki, sprytny, miałeś dobry rzut, zostałeś zauważony, w pierwszej lidze zagrałeś.

- Jak trafiłem do Turowa, to liczyłem, że weźmie mnie trochę pod swoje skrzydła Mirek Kabała, ale tego mentorstwa, podpowiedzi doświadczonego zawodnika, trochę mi zabrakło. Poza tym ja nigdy nie miałem agenta, nikt mi nie pomagał. A układy i znajomości są ważne, wielu utalentowanych zawodników gra o ligę za nisko, bo nikt ich nie polecił, nie podsunął lepszym klubom.

A może tak miało być? Może Andrzej Paszkiewicz nie był koszykarzem na miarę pierwszej lub wyższej ligi?

- Nie sądzę, że byłbym jakąś gwiazdą, ale myślę, że mógłbym grać gdzieś wyżej. Ale mówię, kilku rzeczy mi zabrakło, np. indywidualnych treningów. Choć akurat przez rok w Zgorzelcu miałem wiele takich zajęć i one mi bardzo pomogły. Mieliśmy trenera, który zwracał uwagę na grupę młodszych zawodników - przychodziliśmy na trening kilkadziesiąt minut wcześniej i byliśmy katowani w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Trener mówił nam, że skoro nie mamy takich umiejętności i doświadczenia jak starsi gracze, to musimy nadrabiać charakterem. Uczył nas np. rzucania się na piłkę - mówił, że nie może być tak, że młody gracz podbiegnie i się po nią schyli. Nie! On ma się z dwóch metrów po nią rzucić, ma pokazać, że tej piłki chce. A jak rozpoczynał trening i rzucał jednemu z nas piłkę, to niemal od razu gwizdał i denerwował się, że obrońca do zawodnika z piłką nie doskakuje, nie chce mu jej odebrać.

Reasumując: by grać wyżej, zabrakło mi wyszkolenia, pewnych podstaw oraz znajomości. Tego, by ktoś podciągnął mnie wyżej.

W lokalnym środowisku jesteś znany - niezła trójka, szybkość, umiejętność przechwytywania, spryt, tatuaże... Z ciebie jest taki Allen Iverson z Legionowa.

- Tatuaże... Zwróć uwagę, że to nie są jakieś standardowe wzory.

Ile ich masz?

- Nie wiem, nie liczę. Tatuaż to mój luksus. Do pewnego momentu wszystkie miały jakieś przesłanie - te na plecach, na torsie. Ale potem się wciągnąłem, kolejne robię tylko dlatego, że mi się podobają. Kolega kiedyś napisał na Facebooku, że tym, którzy się go pytają, dlaczego nie ma tatuaży, odpowiada, że nie nakleja się badziewnej naklejki na zderzak swojego bentleya. Ja mu odpisałem, że tym, którzy pytają, dlaczego mam aż tyle tatuaży, odpowiadam, że po to, aby mój bentley nie wyglądał jak 20 innych.

Pierwszy tatuaż?

- Skończyłem 18 lat, rodzice wyjechali na wakacje, zrobiłem sobie na ramieniu chiński znaczek typu "Sajgonki w sosie słodko-kwaśnym". Miał może wymiary pięć na pięć cm, a dwa tygodnie potem, jak się zagoił, dorobiłem sobie obok tribal podobnej wielkości. Ale się jarałem... Teraz mam wiele innych, ich znaczenie zna żona, nikt inny. Te tatuaże to coś mojego, intymnego.

"eLkę" już sobie wytatuowałeś?

- Jeszcze nie, ale myślałem o tym. Obserwowałem Legię od dłuższego czasu, chyba jak każdy, teraz jestem w Legii. Co prawda od jednego sezonu, zostaję na drugi, zobaczymy, co będzie. Legia to dla mnie wciąż coś nowego, ale też niesamowite jest to, jak Legia zmienia koszykówkę w Warszawie. Bardzo się cieszę, że jestem w projekcie odradzania potęgi, że mam w to jakiś wkład.

Do Legii trafiłeś z Piassachusetts, czyli Piaseczna, gdzie powstała nawet nie tyle drużyna, co - myślę, że się nie obrazisz - koszykarskie towarzystwo złożone z zawodników odrzuconych przez inne kluby, które świetnie bawiło się na boisku i poza nim.

- Dokładnie tak było. To była sytuacja podobna do tej z Legionowa sprzed kilku lat. W Warszawie nie było drużyny w pierwszej lub drugiej lidze, natomiast byli - wciąż są - zawodnicy, którzy chcieli grać w kosza, ale nie chcieli wyjeżdżać z miasta. Kto nie przebił się, nie załapał do Legii, Polonii czy Politechniki - szedł do Piaseczna. Choć nie było tam pieniędzy.

To było bardziej gra czy zabawa?

- Jedno z drugim, co świetnie rozumiał trener Teodor Mołłow. On wiedział, że ma już wychowanych koszykarzy, których złe nawyki trudno wyplenić, trzeba po prostu wykorzystać to, co umieją. Zakazami, krzykiem, do starszego, doświadczonego zawodnika nie dojdziesz. Odporność na krzyk z wiekiem rośnie, taki ochrzan po tobie spływa. I Mołłow to rozumiał. Wiedział, jak do nas dotrzeć, robił to z humorem. Mówił: "Panowie, przyjechała do nas superdrużyna. Ale czasem nawet zebra musi pokazać lwu, kto w dżungli rządzi. Bierzcie parasol, otwórzcie im w dupie i wyciągnijcie otwarty". A my, z uśmiechem, nazywaliśmy te jego przemowy "piczyn-słiczyn" i graliśmy. Według zasad trochę innych niż rywale.

Nie zapomnę jednej miny Przemka Lewandowskiego, który dołączył do nas w moim ostatnim sezonie w Piasecznie. Gramy mecz, przechwyciłem piłkę w obronie, lecę do kontry. Jako pierwszy, Przemek biegnie za mną. Przed nami pusty kosz, a ja pół metra przed linią za trzy robię naskok i rzucam trójkę. Lecę na zbiórkę, ale trafiam. Zdziwiony Przemek pyta: "Co ty robisz?", a ja na to: "Mój przechwyt, mój rzut". Trochę żartowałem, bo to była przemyślana decyzja - obrońcy za nami nie pobiegli, była duża szansa, że jak spudłuję, to któryś z nas dobije. Z drugiej strony - zgodnie z prawidłami powinienem biec na kosz, zrobić dwutakt, trafić za dwa. Ale jak to mawiamy z niektórymi kolegami z boiska - lepsze pewne trzy niż pewne dwa...

Z takim podejściem byliście o krok od awansu do pierwszej ligi. I teraz pytanie - w Piasecznie była synergia, gdzie dwa i dwa równało się pięć, czy poziom niższych lig tak spadał?

- Poziom faktycznie był niższy, obawiałem się tego sezonu, w którym walczyliśmy o awans, bo odchodzili od nas gracze, a okazało się, że ci, co zostali, wygrywają. Ale ta synergia też była - nikt się nie obrażał, każdy dzielił się piłką, a jak miał pozycję, to rzucał. Bo główna zasada trenera Mołłowa jest taka, że jak masz pozycję w trzeciej sekundzie, to rzucaj. Bo po co biegać 15 sekund, obijać się na zasłonach, ryzykować mikrourazy i dojść do pozycji gorszej, którą miałeś na początku? Nam to podejście bardzo pasowało.

Dlaczego nie awansowaliście?

- Bo byliśmy drużyną amatorską i kiedy przyszło do meczów barażowych, graliśmy to samo co przez cały sezon, a rywale nas rozpracowali. Kompletnie. Przeciwnicy wiedzieli, gdzie pobiegniemy, zanim zdążyliśmy pomyśleć. A druga sprawa - granie dzień po dniu w turniejach barażowych, które dla amatorskiej drużyny - na dodatek takiej, która regularnie nie trenuje - bywa trudne.

Ważna rzecz - w Piasecznie zawsze było tak, że na przełomie roku kończyły się pieniądze, a zaczynały kłopoty. Nie mieliśmy sponsora, pieniądze na drużynę szły z miasta. Od stycznia one się kończyły, nie wiadomo było, co dalej. Ja na szczęście miałem pracę, ale byli tacy gracze, którzy jej nie mieli. Morale upadało, to się odbijało na wynikach.

W ostatnim sezonie w Piasecznie nie trenowałeś od stycznia, tylko jeździłeś na mecze.

- Właśnie. Potem, w półfinale play-off drugiej ligi, odpadliśmy z Legią. Zasłużenie, w tych meczach byliśmy słabsi. Ale w ogóle byliśmy lepszą drużyną. Tylko po prostu od trzech miesięcy trenowaliśmy raz w tygodniu w okrojonym składzie, po sześciu. W takich warunkach trudno biegać, bronić, grać z kontry. Rzut był, ale to nie wystarczy.

Jesteś znany z tego, że cały czas żartujesz. Opowiedz o kilku najfajniejszych kawałach, które zrobiłeś.

- Kiedy Legia poprosiła nas o przyniesienie wyników badań lekarskich, zgody na uczestniczenie w zajęciach sportowych, przypomniałem sobie, że kiedyś, w szkole, takie rzeczy wypisywali rodzice. Wziąłem kartkę, napisałem: "Ja, mama Andrzeja Paszkiewicza, wyrażam zgodę na to, by mój syn uczestniczył w zajęciach sportowych organizowanych przez Legię. Z tego tytułu nie będę się domagała żadnych pieniędzy, natomiast proszę płacić za obecność mojemu synowi". Moje prawdziwe badania miał Damian Zapert, ale też chciałem zostawić kartkę samemu, więc przekazałem ją przed treningiem trenerowi Bakunowi. Odszedłem i tylko obserwowałem jego minę. Chłopacy z drużyny wiedzieli, patrzyliśmy wspólnie. Bakun zaczął czytać, spojrzał na Roberta Chabelskiego, przeczytali razem, a potem popatrzyli na mnie. I nie wytrzymałem! Potrafię zachować kamienną twarz w każdej sytuacji, ale wtedy nie wytrzymałem.

Inne kawały?

- Kiedyś w Piasecznie - zanim takie akcje stały się modne - wszyscy, całą drużyną, zapuściliśmy wąsy. Kto mógł - także baki. Założyliśmy jakieś frotki na głowy, na ręce i wyszliśmy na mecz. Wyglądaliśmy prześmiesznie. Kiedyś, na treningu, zrobiłem się też na chilijskiego weterana koszykówki, takiego Eduardo. Staram się podążać za modą, ale ją przejaskrawiać. Jak koszykarze zakładali rękawy na ręce, ramiona, zdarzyło mi się przychodzić na zajęcia w różowych getrach córek, takich z falbankami. Takich akcji było pewnie więcej, ale wszystkich już nie pamiętam.

Spryt na boisku, tatuaże, żarty - znany jesteś także z tego, że uwielbiasz jeździć na motorze.

- Motocykle wzięły się w moim życiu z prozaicznej potrzeby - miałem daleko do pracy, chciałem skrócić czas dojazdu. Ale okazało się, że po pierwsze: motocykl wcale nie jest tak ekonomiczny, jak myślałem, a po drugie: oszczędność czasu też jest złudna, bo niby przemieszczasz się szybciej, ale też więcej rzeczy chcesz załatwić. Na tym się oszukałem, ale w jeździe się zakochałem... Zapach benzyny, bliskość natury, także niebezpieczeństwo z tym związane, zgroza - trzeba uświadomić sobie, jak ważna jest bezpieczna jazda, ale adrenalina uzależnia. Zacząłem jeździć sześć lat temu, był moment, że żona śmiała się, że nawet po chleb jeżdżę na motorze. I tak było. Nie rozumiała mnie, dopóki jej nie przewiozłem z tyłu. A potem sama zrobiła prawo jazdy i zaczęła jeździć.

Masz teraz motor?

- No właśnie nie, są rzeczy ważne i ważniejsze. Potrzebujemy rodzinnego samochodu, który zmieści trzy foteliki dla dzieci. Podjąłem męską decyzję, motor sprzedałem. Moja wspaniałomyślna żona widzi, że się z tym męczę, mówi, żebym jednak wrócił do motoru, ale ja teraz jestem zawodnikiem profesjonalnej drużyny i pewnych zapisów zmienić nie mogę.

W umowie z Legią masz zakaz jazdy na motorze?

- Drużyna ma poważny cel, chce awansować do ekstraklasy i nie może sobie pozwolić na stratę tak cennego gracza...

Ile czasu zajmowała ci jazda z Legionowa do Piaseczna?

- Rekord to 27 minut, ale nieoficjalnie, a poza tym to był zamknięty tor, a nie ulica, nie pamiętam numeru rejestracyjnego, marki motocykla i to chyba jednak nie byłem ja.

Wróćmy do koszykówki. Jaki jest ten #koszwwa, w którym od wielu lat funkcjonujesz - to stan bliski upadku czy może moment przejściowy, po którym Legia pociągnie ze sobą do góry innych?

- Jest krucho, nie ma pieniędzy na poważne granie, nie ma sponsorów. To banalne, ale proste. Sponsorów nie ma, bo nie ma kibiców chętnych do oglądania koszykówki. A ich nie ma, bo poziom jest słaby, i koło się zamyka. Chodziłeś, oglądałeś nasze mecze z Legią w drugiej lidze - nie da się kłamać, nie był to wysoki poziom. Kilka meczów było... Kurczę, ciekawiej byłoby, gdybyśmy rozegrali trening jako Legia. Poziom jest słaby, otoczka byle jaka, nie ma atrakcji dla kibiców, brakuje kącików dla dzieci...

Legia próbuje to robić - konkursy, kąciki dla kibiców.

- Tak, ale to się dopiero zaczyna, a poza tym to jedyny klub, który to robi.

Też masz wrażenie, że jeśli nie odrodzi się Legia, to żaden inny warszawski lub podmiejski klub tego nie zrobi?

- Ciężko będzie dokonać tego komukolwiek. Legia stara się odradzać kompleksowo. Nie myśli w ten sposób, żeby wyłożyć kilkaset tysięcy i sprowadzić jak najlepszych zawodników, tylko chce budować. Zależy jej na powstaniu jak największej liczby grup młodzieżowych. Super, że doszedł do nas Czarek Trybański, który może przyciągnąć dzieci do koszykówki. Tacy bohaterowie są potrzebni.

A ty podobno myślisz o kursach trenerskich?

- Tak, bo z jednej strony zdaję sobie sprawę, że coraz mniej grania przede mną - choć jeszcze chcę walczyć i pomóc Legii. A z drugiej - coraz więcej osób mi mówi, że potrafię tłumaczyć. Rozmawiam z młodymi koszykarzami, na których trenerzy krzyczą, że mają pobiec tam, że powinni być tu. Oni to robią, ale tego nie rozumieją. Nie wiedzą, co to ma dać drużynie. Nie rozumieją, że czasem zasłonę graczowi bez piłki stawia się nie po to, by on tę piłkę dostał, ale po to, by związać obronę, by skupić ją w jednym miejscu boiska, a przewagę zrobić w drugim. I, podobno - tak mówią mi inni - ja umiem wyjaśnić im, dlaczego to warto robić. Podobno potrafię przekazywać koszykarskie mądrości. Na razie skończyłem kurs instruktora gier zespołowych, poważnie myślę o kursie trenerskim.

Ile lat zamierasz jeszcze grać?

- Cholera, nie wiem... Mówiłem już, że gdybym widział, że młodzi naciskają, że są lepsi, że obrywam od nich w zęby na treningu, bo grają z zacięciem, to nie trzymałbym się drużyny, boiska za wszelką cenę. Ale tak nie jest. Młodsi gracze potrafią wykonywać na treningu ekstrazwody, paki itp., ale jak zaczynamy grać, to ja samym doświadczeniem mam nad nimi przewagę. Kumple nazywają mnie na boisku "Hiena", bo tylko stoję i czekam na przechwyt. Ale ja wiem, gdzie czekać, wiem, jak się ustawić. Oczywiście nie wymagam od młodych, by oni też tak robili, tego trzeba się po prostu nauczyć. Ale nie widzę w ich grze takiej zaciętości, która dawałaby im przewagę nad moim doświadczeniem.

Żałujesz, że Legia odradza potęgę w momencie, gdy twoja kariera się kończy?

- Ja staram się w życiu nie żałować niczego i teraz też nie żałuję. Jasne, jest mi trochę szkoda. Fajnie byłoby grać regularnie w pierwszej lidze, awansować do ekstraklasy, choć na chwilę wyjść w niej na boisko. Chciałbym tego doświadczyć dla swoich córek, które teraz czasem dojrzą mnie w jakiejś telewizyjnej relacji TVP Warszawa. Ten wzrok dzieci, które widzą swojego tatę w telewizji... O rany... One przynoszą mi rysunki, na którym jest narysowany herb Legii i ja koszykarz lub ja lecący jak jakiś Superman. Tak, ja teraz gram dla córek, bo chcę, żeby mogły mnie jeszcze trochę pooglądać i zrozumieć, co osiągnęliśmy jako drużyna. Najmłodsza ma 2,5 roku i jeszcze na meczu nie potrafi spokojnie wysiedzieć. Myślę, że co najmniej z rok muszę jeszcze pograć.

Jak się gra w #koszwwa to się do tego dokłada, wychodzi na tym na zero czy może zarabia?

- Dostaje się stypendia, trudno mówić o kontraktach. Zamknijmy temat stwierdzeniem, że w #koszwwa nie gra się dla pieniędzy.

Miałeś - poza Turowem - szansę na lepszy kontrakt?

- Lepszy tak, ale czy dobry? Kilka lat temu miałem propozycję z Białegostoku. Gdybym miał 23 lata i dziewczynę - pojechałbym w ciemno. Ale w obecnej sytuacji, gdybym zwrócił uwagę na to, że muszę wynająć mieszkanie, zostawić rodzinę, nie widzieć córek tygodniami, a na dodatek kontrakt obowiązywałby przecież przez osiem, może dziewięć miesięcy - to mi się po prostu nie opłaca. Poza tym pieniądze to nie wszystko. Gram w koszykówkę, bo ją kocham, a nie dlatego, że myślę o karierze. Jej już nie zrobię. A żona często mnie pyta: "I po co ty to robisz?"

Co jej odpowiadasz?

- Bo chciałbym, żeby dzieci były choć trochę ze mnie dumne. Żeby widziały - nawet jak nie rozumieją poziomu - że gram, rzucam, trafiam, drużyna wygrywa, a ludzie się z tego cieszą. Żeby mogły powiedzieć w przedszkolu, że ich tata jest koszykarzem, że gra w Legii.

A jesteś koszykarzem? A może przeciętnym człowiekiem, który lubi grać w kosza?

- Uważam się za koszykarza. Kocham ten sport, jestem w stanie się dla niego poświęcić, podporządkować życie. Dojazd na trening w Piasecznie zajmował mi godzinę, zaczynaliśmy o 20.30, w domu byłem 23.30. Wszystko razem - cztery godziny. Jak graliśmy w Legionie za czasów trenerów Spychały i Bakuna, to ćwiczyliśmy w Warszawie. Nie miałem samochodu, jeździłem autobusami. Z powrotem Michał Spychała podwoził mnie na Tarchomin, gdzie po 22 czekałem 40 minut na autobus nocny. Ten zatrzymywał się 7 kilometrów od mojego domu, szedłem piechotą. W domu byłem o 2.30, spałem cztery godziny, rano szedłem do pracy.

Tak, w związku z takimi poświęceniami czuję się koszykarzem. Choćby dlatego, że w koszykówkę lubiło grać wiele osób, ale właśnie przez takie problemy jak brak pieniędzy, długie dojazdy itp. - rezygnowali. A ja nie.

Jaka jest twoja wyjątkowa piątka zawodników #koszwwa? Wyjątkowa, a niekoniecznie najlepsza.

- Zacznę jednak od poziomu i pod tym względem nr. 1 jest dla mnie Radek Urbaniak, z którym zaczynałem w Legionie. Dla mnie to był gość z papierami na reprezentację Polski, naprawdę. Serio, nie widziałem wtedy takiego gracza. Miał około 190 cm wzrostu, był silny, miał świetny rzut, przegląd pola, dobrze bronił, potrafił być efektowny. Ale przede wszystkim był efektywny, trudno było znaleźć w jego grze jakieś słabsze strony.

Potem - Dominik Majewski. Jak przyszedł do nas do Piaseczna z Polonii, miał niesamowitą łatwość zdobywania punktów. On i piłka stanowili jedność, umiał trafić z każdej pozycji na boisku. Oczywiście to było wtedy, zanim spadł do naszego, piaseczyńskiego sposobu trenowania. Wcześniej każdego z nas mógł ograć - także w obronie. Dominik mógł założyć sobie ręce za plecy i skutecznie pilnować mnie na całym boisku, gdy próbowałem go minąć z piłką.

Następny - Patryk Andres. Takiego skubańca na boisku nie widziałem. Ma papiery na świetnego gracza, choć ma też defekt - wystarczy go zdenerwować i traci głowę. Ale nie radziłbym go denerwować. To charakterny człowiek, zakapior.

Bardzo miło wspominam Piotra Szybilskiego. Grałem z nim w Legionie, widziałem, jakie ma ograniczenia fizyczne, ale i tak, mimo tej nadwagi, świetnie poruszał się pod koszem. Nie widziałem nikogo, kto potrafiłby wykonywać podobne manewry. A na dodatek Piotrek był groźny za linią trójek, co wśród graczy o tych parametrach nie zdarza się często. Miał problemy z obroną daleko od kosza, ale pod obręczą był rewelacyjny.

Jako piątego, ale na pewno nie ostatniego w tym zestawieniu, wyróżniam Łukasza Zajączkowskiego. Gdyby "Zając" dostał szansę gry w ekstraklasowej drużynie, gdyby mógł normalnie trenować, na pewno wykorzystałby szansę. Dla mnie jest geniuszem. Grałem z nim w Legionowie, ale bardzo chciałem zagrać w jednej drużynie jeszcze raz, ale mijaliśmy się i w Legii, i w Piasecznie. Mam wrażenie, że na boisku myślimy podobnie, że - jako rozgrywającym - udaje nam się wyprzedzać akcję i podawać lub być z piłką tam, gdzie trzeba. A Łukasz jest graczem kompletnym.

Urbaniak, Majewski, Andres, Zajączkowski mieli, jak mówisz, nieprzeciętne umiejętności lub charakter, a jednak do poważnego grania się nie przebili.

- W życiu trzeba pogodzić się z tym, że nie zawsze jest się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Ten sam biznes rozpoczęty w identycznych warunkach jednemu się uda, a drugiemu nie. Ja się z tym pogodziłem, od wielu lat nie marzę o koszykarskiej karierze, tylko o spokojnej przyszłości z rodziną i możliwości grania w kosza. Znajomości w środowisku, odpowiednia sytuacja rodzinna, pieniądze, możliwość indywidualnych treningów - gdybym ja, gdyby każdy z tych chłopaków kilka lat temu doświadczył tych wszystkich rzeczy w jednym miejscu, moglibyśmy grać w pierwszej lidze, może wyżej. Ale tak się nie złożyło.

Jak w 2003 roku wróciłem ze Zgorzelca do Legionowa, do Warszawy, miałem 23 lata. Zacząłem szukać pracy, pytano mnie o doświadczenie. A ja mogłem tylko powiedzieć, że byłem w wojsku i byłem koszykarzem. "A ładne pan te kosze wyplatał?" - pytano mnie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że choć koszykówkę kocham, to ona nie zapewni mi spokojnej przyszłości. Zostałem w #koszwwa, ale życie podporządkowałem rodzinie i pracy.

Dobra, na tym skończmy.

- A mogę jeszcze coś dodać od siebie?

Jasne.

- Bardzo chciałbym przeprosić Mirka Kabałę, Romana Olszewskiego i Jerzego Kołodziejczaka. Nie rozumiałem ich kiedyś, miałem do nich wewnętrzne pretensje, że w Zgorzelcu i Kwidzynie nie biegają do kontrataków, zastanawiałem się, dlaczego unikają gry, nie wracają do obrony, albo łatwo dają się mijać. A teraz mówię - panowie, przepraszam. Teraz w wieku 35 lat już rozumiem, o co w tym chodzi. Że daje się drużynie to, co najlepsze z siebie, a nie zawsze to, co by się chciało. Szacunek!