Sport.pl

Legia - Lechia 2:0. Lepsi od początku do końca

Tak przekonująco Legia nie wygrała od pierwszej kolejki. Pokonała Lechię 2:0 i z większym niż ostatnio spokojem oraz optymizmem może czekać na Lecha, który przyjedzie na Łazienkowską za tydzień
Ekstraklasa.tv: Zobacz bramki z meczu Legia - Lechia »

Po raz pierwszy od ponad czterech miesięcy trener Jan Urban mógł wystawić najsilniejszy skład. Czyli ten, który jeszcze w maju był o remis w Krakowie od mistrzostwa. Legia przegrała na Wiśle i tytuł został pod Wawelem. To wtedy ostatni raz w podstawowej jedenastce Legii zagrał Takesure Chinyama.

W piątek król strzelców poprzedniego sezonu wrócił do podstawowej jedenastki po kontuzji, operacji i rehabilitacji kolana. I zrobił różnicę. Wniósł sporo ożywienia. Jego chaos, nieprzewidywalne dla kolegów zachowania oraz nieodpowiedzialność w połączeniu z nonszalancją mogą denerwować. Ale trudno go nie doceniać. Trudno się nie zachwycić jego szybkością, siłą, panowaniem nad piłką i łatwością dochodzenia do sytuacji. Tylko skuteczność szwankuje, ale on przynajmniej trafia w jednej na cztery-pięć okazji. Za szybko jednak zadowala się sukcesem i później, kiedy presja mija podejmuje decyzje odwrotne do tych, o które aż się prosi. W drugiej połowie był nonszalancki do bólu.

Ale w meczu z Lechią obrońcy z Gdańska bali się go. W ogóle zagrali na Łazienkowskiej schowani, wystraszeni. Jakby przytłoczeni. Zaraz na samym początku gola mógł strzelić Astiz, ale świetnie obronił Mateusz Bąk. Siedem minut później Chinyama nie wykorzystał sytuacji sam na sam - strzelił tuż obok słupka. Asystę miałby Dickson Choto, który przed przerwą był nie do przejścia dla rywali.

Legia atakowała, dużo strzelała - goście nie byli żadnym zagrożeniem. Starali się, próbowali grać presingiem i zmuszać warszawian do podań do Jana Muchy. To im się udawało, były momenty, ż Legia nie mogła wyprowadzić piłki z własnej połowy i musiała ją kopać daleko pod pole karne Lechii. Ale w ofensywie repertuar gości był ubogi - dwa razy niecelnie uderzał Lukjanovs. I to wszystko.

Za to Legia, w pierwszej połowie, aż osiem razy celnie strzelała na bramkę Bąka. Trafiła raz po bajkowej wręcz akcji Macieja Iwańskiego. W 22. minucie ograł dwóch obrońców Lechii z lewej strony boiska. Zatańczył z nimi, przedarł przy linii końcowej i podał Chinyamie, który wyprzedził obrońców i z trzech metrów nie spudłował. To była najładniejsza akcja Iwańskiego w tym sezonie. I chyba najlepszy ligowy mecz w tej rundzie - nie tylko konstruował, ale i odbierał piłki w środku. A w 55. minucie wygrał nawet pojedynek główkowy w środku pola. Pobiegł sprintem w pole karne, zagrał na obieg Miroslavowi Radoviciowi i Serb w sobie tylko znany sposób zmieścił piłkę pod poprzeczką - wydawało się, że bramkarz będzie szybszy, ale to skrzydłowy Legii był sprytniejszy.

Po raz pierwszy od inauguracji sezonu czyli meczu z Zagłębiem warszawianie strzelili więcej niż jednego gola w lidze. Od 31 lipca minęło 49 dni - w pięciu poprzednich spotkaniach drużyna Urbana zdobyła dwie bramki.

Przez ostatnie 20 minut Legia grała dwoma napastnikami - Mięciel dołączył do Chinyamy z przodu, Giza z Iwańskim grali w środku, a na lewe skrzydło zszedł Smoliński, który wcześniej zmienił Borysiuka. Sytuacje posypały się jak z rogu obfitości, ale skuteczność była na tym samym poziomie co w Legii zwykle. Czyli niskim. Ale może by tak spróbować w następnych meczach tego ustawienia?

Gdańszczanie nie oddali przy Łazienkowskiej jednego choćby celnego strzału i przegrali w najniższym możliwym wymiarze. Legia odetchnęła - za tydzień do stolicy przyjeżdża Lech.



55 - tyle lat minęło od debiutu Lucjana Brychczego Legii. 75-letnia dziś legenda klubu debiutowała w zespole z Łazienkowskiej 12 września 1954 roku. Brychczy został w piątek uhonorowany przed meczem z Lechią