Legia nie chce patrzeć w tabelę. Maciej Dąbrowski: Do 35. kolejki ani Jagiellonia, ani Michał Probierz nas nie interesują [ROZMOWA]

- Bez różnicy, czy będziemy gonić, czy uciekać. Naszym celem jest mistrzostwo Polski i tylko to się liczy - mówi Maciej Dąbrowski, obrońca Legii Warszawa.
Ekstraklasa wkracza w decydującą fazę. Przed nami siedem kolejek, które wyłonią mistrza Polski. Faworytem do zdobycia tytułu jest Legia, ale to nadal Jagiellonia jest pierwsza w tabeli - Legia traci do niej jeden punkt.

Bartłomiej Kubiak: Łatwiej się goni czy ucieka?

Maciej Dąbrowski: Bez różnicy. Naszym celem jest zdobycie mistrzostwa Polski i tylko to się liczy. Skupiamy się na sobie - na każdym kolejnym meczu, w tabelę spojrzymy dopiero na początku czerwca.

Michał Probierz powiedział ostatnio, że mistrzem będzie Legia, bo pomagają jej sędziowie.

- Trener Probierz bardzo dużo mówi. Nie przywiązywałbym jednak do jego słów zbyt dużej wagi. On to robi świadomie, odpycha od siebie i Jagiellonii presję. Ale niech odpycha, jego sprawa. Na mnie to żadnego wrażenia nie robi. W ogóle o tym nie myślę. Do 35. kolejki ani Jagiellonia, ani trener Probierz mnie nie interesują.

Czyli nie pomagają wam sędziowie?

- No skąd! Wiadomo, że czasem popełniają błędy, ale mylą się w obie strony. Raz skorzystamy na tym my, a drugi raz inni.

Dużo jest tych błędów?

- Jeśli spojrzymy na pracę arbitrów w Hiszpanii czy nawet w Lidze Mistrzów, to powiedziałbym, że wręcz przeciwnie - bardzo mało.

W tym sezonie Legia zdobyła 24 punkty u siebie, a 34 na wyjazdach. Z czego wynika ta dysproporcja?

- Na początku roku, kiedy graliśmy jeszcze w pucharach, uciekły nam punkty z Ruchem czy Bruk-Betem. No cóż, szkoda. Na szczęście teraz już nie ma takich dysproporcji między meczami u siebie, a tymi na wyjeździe. Ale pewne różnice nadal widać. Mam tu na myśli nastawienie przeciwników, którzy jak przyjeżdżają do nas na Łazienkowską, nie chcą grać otwartej piłki, tylko murują się i czekają na kontry. Jak grają u siebie - atakują częściej. Dzięki temu my wtedy mamy więcej miejsca - łatwiej jest nam kreować grę i stwarzać sobie okazje.

Długo zajęło ci przekonanie Jacka Magiery do swoich umiejętności.

- Przyszedłem do Legii w trudnym momencie. Byłem już po kilku meczach w barwach Zagłębia, z którym graliśmy w eliminacjach Ligi Europy. Wyjazdy i zmęczenie zrobiły swoje. Do tego doszło nowe otoczenie, nieprzepracowany z Legią okres przygotowawczy, jeden wspólny trening i od razu mecz. Wszystko działo się w szalonym tempie, na wariackich papierach. Ale było, minęło. To już za mną. Odbudowałem się. Trener na mnie stawia, a ja robię wszystko, by nie zawieść jego zaufania.

Masz za sobą dobry okres, niektórzy mówią nawet, że pod nieobecność Kamila Glika zasłużyłeś na powołanie do reprezentacji Polski na najbliższy mecz z Rumunią.

- W ogóle nie zaprzątam sobie tym głowy. Skupiam się tylko na Legii i obronie mistrzostwa.

Czyli selekcjoner Adam Nawałka, ani nikt z jego sztabu ludzi do ciebie nie dzwonił?

- Nie.

Co się dzieje z Zagłębiem Lubin?

- Mam kontakt z chłopakami, z trenerem Stokowcem, ale to nie to samo. Nie ma mnie w drużynie, więc ciężko jest mi tutaj gdybać, cokolwiek mówić. Na pewno kontuzja Jarka Jacha to dla nich duża strata. Ale ja jestem spokojny o Zagłębie. Wierzę, że się podniesie. Że w przyszłym roku znowu grać będzie w górnej ósemce o wyższe cele.

Wpływ na zniżkę formy Zagłębia mają europejskie puchary?

- Nie, dlaczego?

Zaburzony rytm przygotowań, natłok meczów. Michał Probierz mówi, że awans polskiej drużyny do europejskich pucharów, jest dla niej jak "pocałunek śmierci".

- Każdy piłkarz chce grać jak najczęściej, tym bardziej w pucharach, dlatego śmieszy mnie takie gadanie. Zagłębiu na wiosnę nie wyszło kilka meczów. A tak naprawdę zabrakło mu zaledwie jednej wygranej, by teraz być w grupie mistrzowskiej. No nic, najważniejsze to wytrzymać ciśnienie. Oby ludzie z zarządu nie podejmowali teraz pochopnych decyzji, tylko dali tej drużynie nadal spokojnie pracować.

Podoba ci się obecny system rozgrywek w ekstraklasie?

- Nie jest do końca sprawiedliwy. Mam wrażenie, że najbardziej cierpią drużyny z dolnej ósemki. Najlepszy przykład to Podbeskidzie, które rok temu nie powinno spaść, ale przez to dzielenie punktów spadło. Nie powinno tak być.