Legia - Sporting. Jacek Magiera: trener, który spełnił obietnice

Wszystko, co powie Jacek Magiera, się spełnia, każda jego decyzja jest dobra, a zmiana, jaka zaszła w Legii tej jesieni - od 0:6 z Borussią do środowego 1:0 ze Sportingiem - jest niesamowita. Nagrodą jest wiosna w Lidze Europy, której już trudno się nie doczekać.
- W meczu z Borussią w Dortmundzie kazałem piłkarzom grać otwarcie, ryzykownie, choć wiedziałem, jakie tego mogą być skutki. Ale po takim spotkaniu więcej dowiedziałem się o drużynie. I ze Sportingiem w Warszawie to będzie inny zespół, zagramy w sposób bardziej wyrachowany - zapowiadał już dwa tygodnie temu Jacek Magiera. Trener, który po przyjściu do Legii spełnia każdą obietnicę.

Można się sprzeczać, czy stracenie ośmiu goli w jednym meczu i 24 w pięciu jest powodem do wstydu, czy nie. Ale jesienią Legia dała tej jesieni w Lidze Mistrzów niemal wszystko - i występ żenujący (0:6), i radosny (4:8), i napawający więcej niż optymizmem (3:3 z Realem Madryt). Jednak w tej otwartości i radości z gry ofensywnej brakowało czegoś dla Arkadiusza Malarza i jego czterech obrońców. Czystego konta. Równego zaangażowania w obronę wszystkich jedenastu piłkarzy. Magiera o tym wiedział, był też świadom, że po 450 minutach potężnej, momentami bolesnej dawki nauki te ostatnie 90 minut miało być dla Legii egzaminem.

I Adam Nawałka za to 1:0 wystawiłby mistrzom Polski ocenę przynajmniej bardzo dobrą.

Pierwszym wyzwaniem dla Legii było przetrwanie piętnastu, trzydziestu minut. W tym czasie w poprzednich meczach Legia zawsze traciła gole - najpóźniej w Lizbonie, tuż przed upływem drugiego kwadransa. Czasem nie mogła nic zrobić - z Realem, który trafił już w pierwszej minucie - czasem sama narażała się na bicie. Ale w ten zimny grudniowy wieczór postawiła się Sportingowi tak, że goście z Lizbony nie mogli wiele zrobić. Ich bezradność trwała zresztą znacznie dłużej, dopiero w 74 minucie stworzyli sobie szansę naprawdę doskonałą. Wcześniej byli tak bezradni, że irytowali się każdą decyzją sędziego, a Jorge Jesus trzy zmiany wykorzystał zaraz po upływie godziny gry.

Zespoły są tak silne, jak mocne są łączenia poszczególnych ogniw. I tak współpraca Michała Pazdana z Jakubem Rzeźniczakiem to był faktycznie poziom Ligi Mistrzów, w środku pola Michał Kopczyński (kapitalne zawody!) i Thibault Moulin uzupełniali się kapitalnie, pomagał im zresztą Vadis Odjidja-Ofoe. A na bokach - choć zaczęło się nerwowo po kilku nieudanych zagraniach Guilherme i stratach Miroslava Radovicia - Sporting także długo cierpiał.

Ale to nie była tylko defensywa i murowanie własnej bramki. - Skutecznie w ataku i radośnie w ataku - mówił dzień wcześniej Magiera. I to była kolejna obietnica trenera, którą na boisku dotrzymali jego piłkarze. Bo zapamiętamy z tego meczu błyskawiczną akcję, która przyniosła gola, Radovicia kręcącego rywali swoim zwodem, Odjidję-Ofoe kółeczkiem objeżdżającego mistrza Europy, Williama Carvalho - tak się nim bawił, że Portugalczyk nie wytrzymał i wyleciał z boiska. A nawet zostanie w głowie obrazek Moulina wychodzącego spod pressingu zakładając rywalowi siatki. To zresztą rozgrywający Legii mieli najwięcej kontaktów z piłką, najwięcej z ich drużyny podań.

Wreszcie Legia sprawiła, że to ten ostatni występ będzie miarą jej osiągnięć w Lidze Mistrzów. Sukcesu, bo tego awansu z tak trudnej grupy nikt by Legii nie dał po losowaniu, po pierwszym meczu, po trzech spotkaniach, po radosnej grze i wstydliwym wyniku w Dortmundzie. - Chcę z Legii zrobić drużynę europejskiego formatu - mówił Magiera. To, że udało mu się w stu procentach za piątym podejściem (objął zespół po 0:6 z Borussią) też jest miarą jego osiągnięcia.

Po ostatnim gwizdku na Legii wybuchła większa radość niż po zdobytym mistrzostwie Polski, wygranym pucharze kraju, a zwłaszcza po awansie do Ligi Mistrzów, gdy kibice krzyczeli do piłkarzy, by ci "zaczęli k.... grać". Byłem, pamiętam. I nie dziwię się, bo tak grającej polskiej drużyny w Europie jeszcze nie widziałem. Ale chcę więcej i więcej dostanę - już wiosną na którą Legia cholernie sobie zasłużyła.