Legia w wersji buldożera. Mistrz Polski rozbił na wyjeździe Śląsk Wrocław

- Musimy zagrać niemal perfekcyjnie - mówił przed niedzielnym meczem Mariusz Rumak, trener Śląska Wrocław. Ale mimo dodatkowej motywacji i ponad 20 tys. kibiców na stadionie gospodarze nie dostali nawet szansy porównania się z Legią. Po siedmiu minutach mistrzowie Polski wygrywali już trzema golami, skończyło się wynikiem 4:0.
W rozmowie ze Sport.pl po porażce 4:8 z Borussią w Dortmundzie Jacek Magiera prosił, by dorobku jego Legii z Ligi Mistrzów nie porównywać do wyników w ekstraklasie. - Jeśli na dwóch telewizorach włączymy równocześnie mecz ligi polskiej i np. niemieckiej, to odniesiemy wrażenie, że w tym drugim wypadku spotkanie skończy się dziesięć minut wcześniej, że obraz jest przyspieszony. Chcę jednak dążyć do tego, by Legia była przedstawicielem ligi zagranicznej występującym w lidze krajowej. By to była drużyna europejskiego formatu, bo wierzę, że dzięki temu podniesiemy też poziom innych drużyn w Polsce - tłumaczył trener mistrzów Polski.

Podnoszenie poziomu Legia zaczęła od odrabiania lekcji, które dają jej drużyny z europejskiego topu. Tydzień temu przekonała się o tym Jagiellonia, której wysoka forma we wcześniejszej części sezonu pozwalała myśleć o nawiązaniu rywalizacji o mistrzostwo Polski. Tymczasem z Białegostoku Legia wyjeżdżała z trzema punktami i czterema golami z których każdy podkreślał różnicę w klasie. Po prawdzie, Jagiellonia w porównaniu do Śląska i tak długo się trzymała.

Warto podkreślić, że mecz we Wrocławiu rozpoczęli gospodarze. To istotna informacja, ponieważ po minucie po raz drugi zaczynali grę od środka. Wystarczyło dwadzieścia kilka sekund, by po jednym przechwycie Guilherme, prostopadłym podaniu Vadisa Odjidji-Ofoe i ładnym wykończeniu Miroslava Radovicia Legia spuściła powietrze z balonika pompowanego we Wrocławiu przed tym spotkaniem. A po minucie mistrzowie Polski przydusili jeszcze raz i pod presją pomocnik Śląska Filipe Goncalves wpakował piłkę do własnej bramki. Mało? Minęły kolejne dwie minuty i tym razem na bramkę Lubosza Kamenara pędził Aleksandar Prijović, ładnie podcinając piłkę nad bezradnym golkiperem Śląska.

To nie żart - po trzecim goli w siedem minut łatwo było dostrzec, że na sektorach kibiców Śląska niektórzy wstają i udają się do wyjścia. Jeśli nie wrócili to ich strata. Przegapili okazję do obejrzenia drużyny już nie tylko aspirującej do miana drużyny europejskiego formatu, ale potrafiącej wejść na niedostępne dla ligowych rywali poziomy intensywności i jakości. Nie przez całe spotkanie, bo wynik był rozstrzygnięty już na początku, dodatkowo Prijović czwartego gola dla Legii strzelił jeszcze przed przerwą. W drugiej połowie goście przyspieszali tylko momentami, a i tak za każdym razem było groźnie.

Przewaga Legii była spora, ale dostrzec można było ją w detalach. Choćby w takim, że Odjidja-Ofoe, któremu zarzucano nadwagę i kiepskie przygotowanie na tle pomocników Śląska i tak był szybszy oraz bardziej zwrotny. Rozgrywający Legii pewnie prowadził zespół, gdy występującego na tej pozycji u gospodarzy Sito Rierę Rumak chciał zdjąć już po kwadransie. Thibault Moulin nie popełniał tylu technicznych błędów, ile robił Goncalves. 32-letni Radović grał o trzy tempa szybciej niż dwa lata starszy skrzydłowy Śląska Łukasz Madej. Gdy goście atakowali wysokim pressingiem to piłkę odzyskiwali po kilku sekundach, gdy próbował tego Śląsk, to zaraz kotłowało się pod jego bramką.

Momentami Legii wszystko przychodziło tak łatwo, że więcej pracy od Magiery miał jego asystent, Aleksandar Vuković, który skacząc i krzycząc przy linii bocznej motywował swoich piłkarzy do dążenia po kolejne gole. Po piątym zwycięstwie z rzędu w lidze i utrzymaniu tak imponującej gry w kraju mistrzowie wkrótce zniwelują przewagę Lechii oraz Jagiellonii utrzymujących się na szczycie tabeli. Zwłaszcza, że te drużyny Legia Magiery rozbiła w nie mniej imponującym stylu, co w niedzielę rozprawiając się ze Śląskiem. W trakcie wciąż krótkiej kadencji nowego szkoleniowca w lidze zespół strzelił 21 goli, tracąc tylko siedem.

Można się więc zastanowić, czy bolesne zderzenie z Ligą Mistrzów - przerwane świetnym remisem z Realem Madryt i poszczególnymi pozytywami z pozostałych spotkań - nie stanie się de facto tym, co wyniosło Legię ponad poziom ligowej szarzyzny. Jesienią 2015 i 2014 roku gra tej drużyny w ekstraklasie pozostawiała wiele do życzenia, teraz kończy się lista komplementów. Strata punktowa do liderów tabeli wynika z fatalnego otwarcia sezonu o którym zresztą nikt już chyba nie pamięta. Jeśli misja Magiery - jej świadomość 39-letni szkoleniowiec ma - się powiedzie, to rywalom może nie pomóc nawet dzielenie dorobku po trzydziestu kolejkach.

Memy po meczu Borussia - Legia. Wyśmiewany Cierzniak i wszędobylski Wałęsa