Legia - Lech. Kiedy Kasper Hämäläinen zacznie błyszczeć w Warszawie?

Chociaż Kasper Hämäläinen przy Łazienkowskiej gra już od dziewięciu miesięcy, to wciąż daleki jest od podstawowego składu Legii i formy, którą zachwycał w Lechu Poznań. W sobotę Fin będzie miał czwartą okazję do zmierzenia się ze swoim poprzednim klubem.
W obecnym sezonie Hämäläinen we wszystkich rozgrywkach na boisku uciułał raptem 575 minut. To zaledwie 27 proc. całego czasu spędzonego przez Legię na murawie. Fin wystąpił w 12 z 23 spotkań mistrza Polski, strzelił dwa gole, zanotował jedną asystę. To statystyki mizerne, bo mówimy przecież o piłkarzu, który jeszcze niedawno uważany był za jedną z gwiazd ekstraklasy.

Od lidera do jednego z wielu

W Lechu, którego opuścił z końcem minionego roku, był liderem. W mistrzowskim dla "Kolejorza" sezonie 2014/15 Hämäläinen opuścił tylko cztery spotkania, zdobył 15 bramek. Przez trzy i pół roku przy Bułgarskiej Fin rozegrał 131 meczów, strzelił 36 goli. 30-latek potrzebował jednak nowych wyzwań, dlatego nie zdecydował się na przedłużenie kontraktu z poznaniakami. Chociaż początkowo deklarował chęć wyjazdu z Polski, to ostatecznie podpisał umowę z Legią. O ile wściekłość kibiców Lecha była łatwa do przewidzenia, o tyle postawa piłkarza przy Łazienkowskiej jest zaskoczeniem. Z ligowej gwiazdy Hämäläinen zmalał do jednego z wielu zawodników w kadrze warszawiaków.

- Moja rola w Legii jest inna niż w Lechu. Mam inne zadania, przede mną jest więcej walki, co z kolei wymaga więcej czasu na złapanie optymalnej formy. To zawsze jest trudne dla zawodnika, gdy jednego dnia jesteś na topie, należysz do najlepszych w drużynie, po czym spadasz na nieco niższy szczebel w hierarchii - powiedział Fin w rozmowie z serwisem Legioniści.com.

Wróg samego siebie

Hämäläinen w Legii jest cieniem samego siebie. Najważniejszym powodem są kontuzje, które w ostatnich miesiącach nawiedzały go regularnie. Pierwszy uraz przytrafił się Finowi jeszcze na Malcie, podczas zimowego obozu przygotowawczego, zaraz po transferze, w połowie poprzedniego sezonu. 30-latek leczył się długo, co uniemożliwiło mu walkę o miejsce w podstawowym składzie drużyny Stanisława Czerczesowa. W rundzie wiosennej pomocnik wystąpił w 11 meczach ligowych (tylko trzy razy od pierwszej minuty), zdobył w nich trzy bramki. Na pierwszego gola czekał aż do 22 kwietnia, kiedy wpisał się na listę strzelców w meczu z Cracovią (4:0).

Latem Hämäläinen pobyt w Legii miał zacząć od zera. Fin miał wykorzystać nieobecność kilku kluczowych piłkarzy, którzy uczestniczyli w Euro 2016. Besnik Hasi nie mógł jednak wystawiać 30-latka regularnie, bo ten znowu zmagał się z kontuzją. Problemy ze zdrowiem, związany z tym brak stabilizacji formy oraz niewygodne dla niego ustawienie 4-3-3 spowodowały, że pomocnik ponownie stał się luksusowym rezerwowym. Luksusowym, bo za rok gry przy Łazienkowskiej Hämäläinen otrzymuje aż 400 tys. euro.

- Po przyjściu do Legii przydarzył mi się uraz łydki, który być może wynikał z faktu, że trenowałem nieco więcej niż powinienem. Z kolei podczas letniego zgrupowania miałem problemy z kostką. To był pech. Pech, który ponownie eliminował mnie z pełnego cyklu przygotowań. Może dlatego nie czułem się od początku w formie. (...) Staram się grać najlepiej jak to możliwe. W efekcie bywam największym wrogiem dla siebie, bo czasami chcę za bardzo, za szybko - mówił Fin.

Konkurencja mocna jak nigdy

Wydaje się, że ostatnią szansą na powrót do formy jest dla Hämäläinena Jacek Magiera. Nowy trener Legii, w przeciwieństwie do poprzednika, ligę zna na wylot i jest świadomy potencjału Fina. 39-latek uchodzi też za doskonałego psychologa, co w przypadku Hämäläinena powinno mieć znaczenie. Jeszcze wiosną zawodnik przyznawał, że kontuzje i rola rezerwowego odebrały mu pewność siebie.

Ale przy Łazienkowskiej nikt z Finem pieścić się nie będzie. Magiera dał zawodnikowi szansę w swoim ligowym debiucie przeciwko Lechii Gdańsk (3:0), ale zdjął go z boiska po 54, słabych w jego wykonaniu, minutach. W Szczecinie 30-latek zaliczył siedem minut, mecz w Madrycie przesiedział na ławce rezerwowych. Hämäläinen musi udowodnić, że miejsce w podstawowej jedenastce mu się należy, a to, z uwagi na konkurencję w zespole, nie będzie proste.

W dotychczasowych spotkaniach Magiera pokazał, że na pozycji ofensywnego pomocnika widzi ustawianego wcześniej bliżej własnej bramki Vadisa Odjidję-Ofoe. W tej roli może sprawdzać się także Miroslav Radović, który w Madrycie grał jako fałszywy napastnik. W ataku rywalizacja jest jeszcze większa - o powrót do formy walczy Nemanja Nikolić, zdrowy jest już Aleksandar Prijović. Nie wolno zapomnieć także o Walerim Kazaiszwilim, który po transferze z holenderskiego Vitesse błysnął ostatnio w reprezentacji Gruzji, a w Legii wciąż czeka na prawdziwą szansę.

Z Lechem po raz czwarty

W sobotę Legia zmierzy się u siebie z Lechem, a Hämäläinen prawdopodobnie znów będzie musiał zadowolić się rolą rezerwowego. Tak było w trzech poprzednich meczach, w których Fin stawał naprzeciw byłych kolegów. 30-latek w lidze zaliczył siedem minut w marcu w Poznaniu (2:0) i 20 minut w maju w Warszawie (1:0). W finale Pucharu Polski (1:0) wszedł w doliczonym czasie gry, a lipcowy Superpuchar (1:4) opuścił z powodu kontuzji.

- Rywalizacja z Lechem nie jest dla mnie wielką sprawą. Graliśmy już kilka razy przeciw poznaniakom, więc traktuję to jak normalne spotkanie. Będzie nieco inaczej niż przy rywalizacji np. z Piastem Gliwice czy inną drużyną. Występowałem w Lechu przez trzy lata, znam część ludzi pracujących w Poznaniu, a do tego kilku zawodników. Z meczu na mecz jest jednak spokojniej - powiedział Hämäläinen.

Początek meczu Legia - Lech w sobotę o godz. 20:30. Relacja na żywo na Legia.sport.pl.