Pablopavo, muzyk uzależniony od Legii: Na myśl o Lidze Mistrzów mam dreszcze [ROZMOWA]

- Jak sobie myślę o tym, że na naszym pięknym stadionie zagrają zaraz światowe gwiazdy, że wybrzmi na nim hymn LM, to mam dreszcze - mówi Pablopavo, wokalista Vavamuffin, laureat Paszportu "Polityki", prywatnie kibic Legii.
Konrad Ferszter: Stanisław Czerczesow czy Besnik Hasi?

Pablopavo: Nie wiem, bo Hasiego nie można jeszcze ocenić. Ale z tego co widzę, a na razie bardziej słyszę, czytam - idea futbolu Albańczyka jest mi bliższa.

Mimo że Czerczesow zdobył z Legią dublet, to nie chciałbyś go w klubie na dłużej?

- Nie. Rosjanin zrobił w Warszawie to, co miał zrobić, ale w dłuższej perspektywie takiego zespołu oglądać bym nie chciał. W futbolu, obok wyników, bardzo cenię sobie też jego urodę. Czerczesow preferował futbol toporny. Skuteczny, ale często po akcjach najprostszych z możliwych. Szanuję go, bo przyszedł do Legii w konkretnym celu i swoje zadania wykonał. Uważam jednak, że w ekstraklasie Legia powinna dominować. Grać w piłkę i przyciągać kibiców nie tylko efektywnością, ale także efektownością. Kochałem przychodzić na stadion, kiedy po murawie biegali Danijel Ljuboja i Miroslav Radović. Teraz uwielbiam patrzeć na grę Guilherme. Lubię efektowne zwody, ładne akcje i gole. Nie powiem, że stawiam to ponad zwycięstwami, ale naprawdę uważam, że Legia, przynajmniej w lidze, może i powinna grać przyjemniej dla oka. Tym bardziej, że przy Łazienkowskiej piłkarze są tak wysoko opłacani, że należy od nich tego wymagać. Ludzie śmieją się z określenia "polski Bayern", ale uważam - że przy zachowaniu wszelkich proporcji - Legia w kraju powinna mieć taką pozycję.

Należysz do mniejszości, która po Czerczesowie nie płakała.

- Paradoksalnie uważam, że Legia na rozstaniu z nim zyskała. Na świecie echem odbiło się to, że Czerczesow po sukcesach w Polsce, został selekcjonerem reprezentacji z potężnego kraju, który będzie gospodarzem najbliższych mistrzostw świata. Myślę, że sam trener rozstania też nie żałuje. To wielkie wyzwanie, którym marzy chyba każdy szkoleniowiec. Co do Hasiego, to jeszcze nie wiem, czy decyzja o zatrudnieniu go była słuszna.

Kiedy będzie można go ocenić?

- Dajmy mu spokojnie popracować. Spadła na niego już duża krytyka, a tak naprawdę to poza Pucharem Polski nic wielkiego jeszcze w tym sezonie nie przegrał. Eliminacje Ligi Mistrzów postawił ponad ekstraklasę i ja to potrafię zrozumieć. Zabolała mnie tylko ta porażka w Zabrzu. Gdyby tam zagrały rezerwy, to pewnie machnąłbym ręką. Ale to był podstawowy skład, który przegrał ze średniakiem z I ligi.

Myślisz, że to przez pychę i nadmierną pewność siebie?

- Legii od zawsze brakuje czegoś, co mają największe kluby w Europie, pazerności. Real czy Barcelona nie zadowalają się prowadzeniem 2:0, chcą wygrać 5:0. Robią to dla kibiców, bo w tych czasach piłka nożna to już showbiznes. Im efektowniej grasz, tym więcej przyciągniesz kibiców, więcej sprzedasz też koszulek i więcej zarobisz. Od lat dziwi mnie minimalizm Legii, która rzadko kiedy idzie za ciosem i nie dobija przeciwników.

Skąd się bierze ten minimalizm?

- Legii brakuje liderów. Za czasów Ljuboji przeczytałem, że młodzi zawodnicy skarżą się, iż Serb na nich krzyczy. Od jego odejścia było mi szkoda, że nikt już tego nie robił. Szatnię miał trzymać Marek Saganowski, ale nie wydaje mi się, by coś takiego mógł robić piłkarz, który na boisku pojawiał się na pięć minut. Kimś takim na pewno był Ivica Vrdoljak. Szkoda, że jego kariera zakończyła się w taki sposób. Oczywiście nie był to typ idealny - popełniał błędy na boisku, ale dał Legii bardzo dużo. Przede wszystkim czuł się odpowiedzialny za tę drużynę. Dla mnie najlepszym wyrazem szacunku z jego strony, było to, że po trzech miesiącach pobytu w Warszawie bardzo dobrze mówił po polsku. Lepiej, niż Franciszek Smuda.

Wróćmy do Legii Hasiego, która rozczarowuje.

- Hasiemu nie pomogło Euro. Ale piłkarze, którzy trenują z nim od samego początku także nie zachwycają. Wydaje mi się, że zawodnicy jeszcze nie do końca załapali wszystkie zmiany taktyki, które chce wpoić Hasi. Odczuwalny jest też brak chemii między nim a zespołem. Nie podoba mi się, jak publicznie krytykuje umiejętności piłkarzy. Wszystko można robić równie mocno, ale ciszej - w szatni. Podoba mi się za to, że klub w ostatnich tygodniach dał mu duży kredyt zaufania. Prezes Leśnodorski pokazał całej drużynie, że na razie do zmiany są wszyscy, oprócz trenera. Nie jestem fanem Hasiego, ale jeśli klub nie będzie dawał takich sygnałów zawsze, to podobne problemy wrócą za rok, dwa, trzy.

Myślisz, że rozwiązanie kontraktu z Tomaszem Brzyskim i odesłanie do rezerw Stojana Vranješa będą w stanie Legią wstrząsnąć?

- Nie wiem, czy to zadziała, ale uważam, że to najlepsza droga z możliwych. Jeśli ktoś marudzi, a zarabia bardzo godziwe pieniądze, grając na jednym z najładniejszych stadionów w Polsce i dla najlepszej w kraju widowni, to dla niego miejsca w Legii nie ma. Czasem wydaje mi się, że część piłkarzy po prostu nie docenia tego gdzie, się znalazła.

Hasi rozczarował się jakością piłkarzy, których zastał w Legii?

- Chyba tak. Ich największym problemem jest brak umiejętności przystosowania się do pomysłów Albańczyka. To nie przypadek, że dla zawodników wyjeżdżających z Polski największym szokiem jest liczba treningów taktycznych.

Jaki byłby idealny trener dla Legii?

- Mieszanka Macieja Skorży i Jana Urbana. Pierwszego w Warszawie mocno się krytykowało, ale zwłaszcza w europejskich pucharach pokazał, że kiedy trzeba było teoretycznie silniejszego rywala oszukać, to on zrobić potrafił. Skorża nie był jednak tak dobrym człowiekiem jakim jest Urban. On mógłby odpowiadać za atmosferę w zespole. Ciekawym połączeniem byłby też Berg i Czerczesow - pierwszy był świetnym taktykiem, drugi doskonale dbał o atmosferę.

Jak odebrałeś awans Legii do LM w słabym stylu?

- Nie miałem do Legii pretensji aż do meczu z Dundalk w Warszawie. Uwierzyłem Hasiemu, że słabsza gra spowodowana jest początkiem sezonu i niezłym poziomem rywali, a zwłaszcza Trencina. Zaraz po meczu, który dawał nam ten historyczny awans, byłem mocno zniesmaczony. Dundalk to był po prostu słaby zespół, który w Warszawie powinniśmy rozbić ze 4:0.

Niesmak pozostał?

- Minął, ale nie tak szybko. Zaraz po meczu z Dundalk byłem mocno rozdrażniony. Musiałem iść na kilka piw, by zapomnieć o tej kopaninie. Dzisiaj już jestem szczęśliwy i dumny z tego, że mój klub po 20 latach przerwał nieobecność polskich zespołów w LM. Kupiłem pakiet na wszystkie mecze przy Łazienkowskiej i będę o nich opowiadał dzieciom.

Rozumiesz kibiców, którzy po meczu odwrócili się od drużyny i nie świętowali z nią awansu?

- I tak, i nie. Styl, w jakim Legia odprawiła Dundalk, był skandaliczny, kibice mogli się wk***ić. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że zostaliśmy za mocno rozpieszczeni. W ciągu ostatnich pięciu lat drużyna zdobyła trzy mistrzostwa, cztery Puchary Polski i awansowała do LM. To najlepszy okres klubu od wielu lat. Legia odjeżdża największym rywalom w kraju, a przy tym myśli o postępach w Europie. Wraz z rozwojem klubu wzrastają też wymagania kibiców. Właśnie stąd biorą się takie sytuacje jak ta po meczu z Dundalk.

Wymagania kibiców wobec Legii doskonale widać na Twitterze, z którego aktywnie korzystasz.

- Jest tam wiele krytyki, ale staram się na to wszystko patrzeć trzeźwo. W internecie każdy próbuje być ostrzejszy od poprzednika. Problem w tym, że nie zawsze ma to sens. Kiedy trzeba Legię za coś skrytykować, to nie mam oporów. Ale wiele opinii jest przesadzonych. Rozumiem, że ktoś oburzy się na to, że na oficjalnej stronie klubu źle napisane jest nazwisko Marszałka Józefa Piłsudskiego. Ale nie pojmuję krytyki Legii za to, że do swojej oferty sprzedażowej wprowadza np. kawałek murawy. Przecież na Zachodzie to normalne. Jeżeli ktoś będzie chciał taki produkt kupić, to kupi. Mnie to do niczego nie potrzebne, ale pewnie znajdą się ludzie, którzy chcą coś takiego postawić sobie na kredensie.

Jakie masz wspomnienia z LM, kiedy Legia grała w niej 21 lat temu?

- Przede wszystkim siarczysty mróz na meczu ze Spartakiem w Warszawie. Pamiętam, że strasznie podobało mi się, że tamta drużyna przed nikim nie pękała. Chociaż w żadnym meczu nie była faworytem, to wychodziła na boisko i chciała wygrywać. Byłem z niej cholernie dumny. To samo chciałbym przeżyć w tym sezonie. Jak sobie myślę o tym, że na naszym pięknym stadionie zagrają zaraz światowe gwiazdy, że wybrzmi na nim hymn LM, to mam dreszcze

Nie obawiasz się, że Legia się skompromituje?

- Dopuszczam do siebie myśl, że może wyraźnie przegra sześć meczów. Ale jakoś nie wydaje mi się, by tak miało być. Nawet jeśli, to i tak nie będę tego mocno przeżywał. Niezależnie od wyników, to będzie wielkie święto. Cieszę się samą na myśl o meczach z Borussią i Realem.

Co Legia powinna wynieść z tych rozgrywek, by awans nie pozostał sukcesem samym w sobie?

- Doświadczenie organizacyjne i know-how na najwyższym, europejskim poziomie. Mam nadzieję, że Legia nie roztrwoni też zarobionych pieniędzy. To znaczy, nie wyda całego szmalu na trzech czy czterech piłkarzy. Ale chyba nie wyda, skoro Dariusz Mioduski mówi, że środki zainwestowane zostaną przede wszystkim w akademię. Szkolenie, potem promowanie i na końcu sprzedawanie swoich wychowanków jest drogą, którą trzeba podążać. Nigdy nie będziemy w stanie finansowo rywalizować z największymi europejskimi klubami. No chyba, że prezes Leśnodorski pewnego dnia odkryje u siebie na działce pokłady ropy naftowej.

Wtedy ruszy na zakupy jeszcze mocniej niż ostatniego dnia sierpnia.

- Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Legia w angielskim stylu czekała do ostatnich chwil okienka transferowego i narobiła sporo szumu. Same transfery też wyglądają na sensowne. Na pewno pomogła w tym LM. Ale w ogóle w ostatnim latach strzały mamy celne - Guilherme, Ondrej Duda, Nemanja Nikolić, Aleksandar Prijović i kilku innych zawodników okazało się poważnymi wzmocnieniami. Mam nadzieję, że podobnie będzie z piłkarzami kupionymi tego lata. Wiadomo, że czasem się spudłuje, ale nawet Barcelona się myli, a taki Arsene Wenger w Arsenalu myli się co chwilę.

Na Twitterze napisałeś: "Mam wrażenie, że zachwyt nad powrotem "Rado" dziennikarzy legijnych wynika z osobistej sympatii, a nie realnej oceny przydatności." Masz do niego żal o ten wyjazd do Chin?

- Nie o sam wyjazd, ale o formę, w jakiej się on odbył. Nie podobało mi się, że Berg dowiedział się o wszystkim jako ostatni. Nie kupuję też wymówek Radovicia o tym, że nie chciał wychodzić przed szereg i samemu go o tym informować. Rozumiem, że dostał ofertę życia, ale nie lubię pustych słów. "Rado" był dla nas kimś więcej, niż zwykłym zawodnikiem. Był naszym idolem, który całował herb i zapowiadał, że w klubie pozostanie do końca kariery. Skończyło się tak, że wolał iść za grube pieniądze do drugiej ligi chińskiej. Po co było to wcześniejsze gadanie? Sam zapędził się w zaułek. Czasem lepiej powiedzieć dwa słowa mniej, niż później żałować.

Czyli co - nie przyda się Legii?

- Nie wiem. Jest starszy, w Partizanie nie zachwycał. Poza tym nie widzę go w taktyce Hasiego, który od pomocników wymaga biegania od jednego pola karnego do drugiego. Na skrzydło Radović jest już za wolny, a w ataku rządzi Nikolić. Nie chcę, by to zabrzmiało tak, że przesądzam, iż się nie przyda. Po prostu mocno zastanawiam się, jaką rolę widzi dla niego Hasi.

Radović w Legii minął się z Dudą, który był twoim ulubieńcem.

- Po kilku występach kupiłem sobie nawet koszulkę z jego nazwiskiem. Szybko się zakochałem, ale równie szybko się na nim zawiodłem. Oceniając wszystko z boku uważam, że w szatni Legii było kilku zawodników, którzy mieli na siebie zły wpływ. Według mnie mp. Duda i Michał Żyro po kilku bardzo dobrych występach uwierzyli, że są Bońkiem i Dziekanowskim. Nie są i pewnie nigdy nie będą. Legia za bardzo się z nimi cackała. Rozpieściła. Na obu chuchała i dmuchała. Plus jest taki, że są już na Zachodzie, gdzie tego mieć nie będą, co może im tylko pomóc. W Warszawie grali niezależnie od formy, a w Anglii i Niemczech przy słabszej dyspozycji trenerzy raz dwa odeślą ich na trybuny.

Koszulki Dudy nie wyrzuciłeś?

- Trzymam na pamiątkę. Ten chłopak ma wielki talent. Jak sobie poukłada sprawy w głowie, to ma jeszcze szansę, by zostać legendą jakiegoś porządnego klubu niemieckiego albo hiszpańskiego.

Których legionistów masz jeszcze koszulki?

- Kilka Dziekanowskiego, niektóre nawet dostałem od niego samego. Mam też Mięciela i Ljuboji. A ostatnio nadrukowałem sobie na plecach Guilherme. Teraz zastanawiam się nad Prijoviciem.

Dlaczego akurat nad nim?

- Bo to jeden z niewielu gości, o którym mogę powiedzieć, że wykorzystuje maksimum swoich umiejętności, a czasem nawet daje coś ekstra. Poza tym widzę, że jemu się zawsze chce. Lubię takich piłkarzy.

Przychodzisz dla niego na stadion?

- Nie, bardziej tak mógłbym powiedzieć o Guilherme. On ma to coś - umie ograć rywala na małej przestrzeni, dobrze dośrodkować i podać prostopadle. Jedyne, czego mu brakuje, to mocne uderzenie. No, ale gdyby to miał, to pewnie w Legii już dawno by go nie było. Mój przyjaciel Mateusz Cetnarski powiedział mi kiedyś, że grając obok lepszych piłkarzy, sam zaczynasz grać lepiej. Mam wrażenie, że niektórzy legioniści zyskują właśnie dzięki grze z Guilherme. Nagle okazało się, że np. Michaił Aleksandrow potrafi ładnie rozegrać piłkę na jeden kontakt.

Widziałeś wszystkie mecze Legii w tym sezonie?

- Dwa musiałem odpuścić, bo akurat graliśmy koncerty. W okresie późnego lata i wczesnej jesieni, to mi się zdarza. I to dość często, bo wtedy koncertujemy praktycznie w każdy weekend. Staram się co prawda ustawiać to wszystko tak, by koncerty nie kolidowały z meczami, ale nie zawsze się udaje. Poza tym to moja praca, więc muszę znać priorytety. Ale nawet jeśli nie mogę oglądać meczu, to jestem w stałym kontakcie z kolegami z trybuny, a po koncertach oglądam powtórki.

A za kulisami - na backstage'u - zdarza ci się podglądać wynik?

- Jestem uzależniony od Legii, zawsze to robię. Chłopaki z zespołu często się na mnie wkurzają, bo zdarza mi się zapomnieć, że mam telefon w kieszeni i w czasie koncertu dostaję powiadomienia i wiadomości.

Masz tak tylko z Legią?

- Tak, choć pamiętam, że kiedyś wynik spotkania Polska - Portugalia w eliminacjach mistrzostw świata podglądałem nawet między piosenkami. Bardziej interesowałem się wtedy kadrą i w ogóle piłką. Kiedy miałem wolny wieczór i np. grała Albania z Gruzją, to zawsze chętnie oglądałem. No bo czemu miałbym nie obejrzeć? Dzisiaj mam już rodzinę, ważniejsze sprawy i tylko Legia jest dla mnie narkotykiem. Na pewno jest to dla mnie zdrowsze. Ale kiedyś naprawdę kochałem wszystkich piłkarzy i bardzo przeżywałem porażki. Teraz jestem starszy i już bardziej pragmatyczny. Poza tym, kiedyś piłka była romantyczna, dziś stała się biznesem. Nie odstręcza mnie to, ale wolałem tamte czasy. Dziś przepaść między Zachodem a resztą jest ogromna. Byle jaki klub z angielskiej Championship może nam wyciągnąć każdego zawodnika. To trochę bez sensu.

Legia obchodzi pełne sukcesów stulecie. Kilka lat temu zadedykowałeś jej swoją płytę "Telehon", może czas na jakąś piosenkę?

- Piosenki o sporcie są bardzo trudne. Ciężko jest oddać emocje, by nie było to infantylne, a wręcz prostackie. Poza tym musisz pamiętać, że gram dla ludzi w całej Polsce. Słuchają mnie kibice z Poznania, Krakowa czy Łodzi. Wszyscy wiedzą komu kibicuję i nie mają z tym problemu, ale nie mogę zaszufladkować się jako wokalista Legii. Jestem muzykiem, a w wolnym czasie kibicem tego klubu. Ale od dawna marzy mi się piosenka o romantycznej stronie kibicowania. O tym, co już minęło. O starszych piłkarzach: Brychczym, Deynie, Grotyńskim... Zastanawiałem się już nawet nad tym, czy nie zrobić tego na boku. To znaczy nie wrzucać tego na płytę, tylko nagrać przykładowo dwa utwory pod specjalnie przybranym na tę okazję pseudonimem. Chodzi mi to po głowie od jakiegoś czasu. Na razie jednak jestem strasznie zapracowany, ale nie wykluczam jednak, że coś takiego kiedyś powstanie.

Miałeś kiedyś problem na koncercie z tym, że kibicujesz Legii?

- Nie, ale często zdarzają się żarty. Po niedawnej porażce z Arką graliśmy koncert w Poznaniu i pewien pan pokazywał mi na telefonie wynik meczu. Nic groźnego. Jedyną poważniejszą sytuację przypominam sobie z Krakowa. Ale to już po koncercie, przy barze. Wszystko wyglądało niefajnie do momentu, gdy koledzy z Vavamuffin zaproponowali delikwentom wyjście na zewnątrz i męskie załatwienie sprawy. Nagle okazało się, że chętnych do bitki nie ma. Generalnie unikam w życiu takich sytuacji. Nie pozwalam sobie na żadne okrzyki, nie prowokuje. Za stary jestem już na takie rzeczy.

Masz swój ranking ulubionych meczów Legii?

- Oj, ciężko tak na szybko. Ale dobra, niech będzie: 3:2 z Interem w Warszawie, 2:2 z Sampdorią i znowu 3:2 ze Spartakiem w Moskwie. Co dalej... wiesz co, może lepiej skończmy, bo im dłużej myślę, tym coraz więcej meczów przychodzi mi do głowy.