Igor Lewczuk: Liga Mistrzów nie jest ważniejsza od ekstraklasy [ROZMOWA]

- Nie wiem, skąd wzięło się takie przeświadczenie, że Liga Mistrzów jest dla nas najważniejsza. OK, jest bardzo ważna, ale zwycięstwa w ekstraklasie są dla nas równie istotne. Tym bardziej, że dawno nie było tak, żebyśmy nie potrafili u siebie wygrać trzech meczów z rzędu - mówi obrońca Legii Igor Lewczuk.
Bartłomiej Kubiak: Środowy mecz z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski jest dla was aż tak ważny?

Igor Lewczuk: Oczywiście, że tak.

Prezes Bogusław Leśnodorski mówił niedawno, że jeśli nadal będziecie walczyć o Ligę Mistrzów, to jest za tym, by w Zabrzu zagrały rezerwy.

- Myślę, że o tym kto zagra, wie tylko trener. Ale jeśli nawet w środę wystąpi nasza młodzież czy rezerwowi, to jeszcze o niczym nie świadczy. W poprzednich rozgrywkach PP, bodaj na tym samym etapie w meczu z Górnikiem Łęczna, też wystąpiło kilku zmienników, którzy dali z siebie wiele. Ostatecznie zdobyliśmy puchar i w tym roku też chcemy powtórzyć ten sukces. Finał na Stadionie Narodowym to zawsze jest super sprawa.

Jak przyjąłeś transfer do Legii środkowego obrońcy Macieja Dąbrowskiego?

- A zapłaciliśmy już za niego ten podatek VAT? Słyszałem, że są z tym jakieś problemy... Ale już tak poważnie, cieszę się z każdego zawodnika, który przychodzi do Legii i może pomóc klubowi. Nie mam problemu z tym, że trafił do nas piłkarz na moją pozycję. Każdy zawodnik, który może nam pomóc, jest mile widziany. Zresztą uważam, że wszystkie ostatnie transfery do klubu [oprócz Dąbrowskiego podpisano też kontrakty ze Steevenem Langilem i Vadisem Odjidją-Ofoe], będą dużymi wzmocnieniami Legii.

Nucisz sobie od piątku piosenkę "Kocham cię jak Irlandię"?

- Zacznę nucić dopiero jak przejdziemy Irlandczyków. Piłkarze BATE Borysów też pewnie myśleli, że mają szczęście, trafiając na Dundalk. A teraz plują sobie w brodę po tym, jak odpadli z nim w III rundzie. Dundalk to nie jest zespół z przypadku. Stara prawda o tym, że nie ma łatwych drużyn do pokonania, wciąż jest aktualna.

Najpierw mistrz Bośni, potem Słowacji, teraz Irlandii. Nie macie poczucia, że ta droga do LM jest w tym sezonie wyjątkowo łatwa, los wam sprzyja?

- Narzekać nie możemy. Trafili nam się odpowiedni rywale. Teoretycznie jest łatwiej. Ale na pewno przed meczem z Dundalk nikt z nas, choćby przez sekundę, nie może pomyśleć o tym, że mieliśmy szczęście w losowaniu. To może nas tylko zgubić.

Wiadomo, że walka o LM jest najważniejsza, ale jedno zwycięstwo i aż trzy remisy w ekstraklasie chwały wam nie przynoszą.

- Ja w ogóle nie wiem, skąd wzięło się takie przeświadczenie, że LM jest dla nas najważniejsza. OK, jest bardzo ważna, jesteśmy bardzo blisko, by dostać się do fazy grupowej, ale to nie znaczy, że ekstraklasa już się nie liczy. Wręcz przeciwnie, liczy się. Zwycięstwa w lidze są dla nas równie istotne. Najbardziej, kiedy gramy u siebie, na własnym stadionie, gdzie jeszcze w tym sezonie nie wygraliśmy.

W niedzielę powinniście pokonać u siebie wicemistrza Polski, ale sytuacje marnowaliście na potęgę. Skuteczność to w tej chwili największy problem Legii?

- Problemem bym tego nie nazwał, raczej pechem. Z Piastem stworzyliśmy sobie naprawdę sporo sytuacji i normalnie powinno coś wpaść. To był wyjątkowy niefart.

W drugiej połowie meczu z Piastem sam ruszyłeś do przodu. Zirytowała cię skuteczność napastników?

- Nie, to był impuls. Akurat stworzyła się taka okazja, było trochę miejsca, więc pobiegłem z piłką pod bramkę Piasta i oddałem strzał. Zabrakło niewiele. Gdyby się udało, to byłby to dla mnie duży wyczyn. Jeszcze nigdy nie zdobyłem bramki w dwóch ligowych meczach z rzędu [Lewczuk strzelił gola w poprzedniej kolejce z Wisłą Płock - red], ciężko mi o taką serię nawet na treningach.

Jak wygląda skuteczność waszych napastników na treningach - jak w meczu z Piastem, czy trochę lepiej?

- Lepiej, lepiej. Powiedziałbym nawet, że dużo lepiej. Jest niesamowita! Jak widzę to, co "Niko", "Prijo", "Hama" czy skrzydłowi wyprawiają na treningach, jak wykańczają akcje na najwyższym poziomie, tym bardziej szkoda mi tego remisu z Piastem.

Besnik Hasi na pomeczowej konferencji nie sprawiał jednak wrażenia osoby bardzo niezadowolonej. Mówił, że styl gry bardzo mu się podobał.

- Nie dziwię się, że trener Hasi tak powiedział, bo z naszej perspektywy wyglądało to podobnie. Graliśmy dobrze, mieliśmy sytuacje - w pierwszej i drugiej połowie - po których obrońcy Piasta wybijali piłkę nawet z linii bramkowej. No cóż, pech. Albo inaczej: brak szczęścia, którego od początku sezonu w lidze nam trochę brakuje.

Dobra, ale sezon jest długi. Już poprzedni w waszym wykonaniu pokazał, że by zdobyć mistrzostwo, wystarczy liderem tabeli zostać na wiosnę.

- Nie myślimy kategoriami, że może być jak w zeszłym sezonie. Że możemy gonić, gonić, aż w końcu przegonimy. Gubienie punktów na Łazienkowskiej nam nie przystoi. Dawno nie było tak, żebyśmy nie potrafili wygrać u siebie trzech meczów z rzędu.