Besnik Hasi: Dla mnie nie istnieje defensywny pomocnik. W Legii potrzebuję rozgrywającego [ROZMOWA]

Nowy trener mistrza Polski tłumaczy, do jakiej Legii będzie dążył: - Wiele zmieniam. Nie trzymam się jednej taktyki. Lubię intensywność, szybkość w grze. Ataki z udziałem bocznych obrońców. Aby jednak drużyna grała jak chcę, potrzebujemy rozgrywającego - mówi Besnik Hasi, który na Łazienkowskiej zastąpił Stanisława Czerczesowa.
Przemysław Zych: Gdy obserwowałem pana pierwszy trening w Legii, zauważyłem, że często podpowiadał pan piłkarzom: "Używajcie też lewej nogi" albo "Przyspiesz grę, zagrywaj szybciej".

Besnik Hasi: Od swoich zawodników oczekuję, że nie będą za każdym razem przekładali piłki na sprawniejszą nogę. To detal, ale przyspiesza grę, pozwala wykorzystać przestrzenie. Czeka mnie nad tym jeszcze sporo pracy. W moich pierwszych dniach więcej wchodzę na boisko treningowe. Z czasem część tej pracy oddam innym członkom mojego sztabu.

Powinniśmy się spodziewać futbolu granego na jedno-dwa podania? Opartego na posiadaniu, z dużą wymiennością pozycji, zróżnicowanego? To widziałem we fragmentach meczów Anderlechtu, w który był pan trenerem.

- W piłce lubię bardzo dużą intensywność. Ale nawet gdy mamy piłkę, chcę wciąż widzieć zorganizowany futbol. Chcę wysoko grających bocznych obrońców. Chcę żeby ruch jednego piłkarza oznaczał przesunięcie kolejnego w inną wolną strefę. To ma być jak w domino. Nie chcę grania długą piłką. Lubię zmieniać sposób gry.

W 2014 r., w pierwszych dwunastu miesiącach kadencji Henninga Berga, Legia osiągała dobre wyniki, a przy okazji grała efektownie, mając w roli wysuniętego napastnika typowego ofensywnego pomocnika Miroslava Radovicia, a pod nim drugiego podobnego zawodnika, Ondreja Dudę. Jest pan skłonny na taki wariant - przypuśćmy z Dudą i Hamalainenem?

- Będziemy grać w różny sposób i to też jest jeden z wariantów. Wiele zmieniam, w Anderlechcie podstawą było ustawienie 4-3-3, ale w różnych momentach graliśmy z dwoma albo jednym napastnikiem.

Gdy właściciele Legii zwalniali poprzednich trenerów - Jana Urbana, Henninga Berga i Stanisława Czerczesowa zarzuty pod ich kątem można było sprowadzić do braku elastyczności. Przy taktyce, podejściu do piłkarzy albo poszerzeniu sztabu. O panu słyszę, że jest pan elastyczny. Co to dla pana oznacza być elastycznym?

- To ciągła umiejętność zmieniania siebie, przyglądania się temu, co się dzieje. Dostrzegania innej strony piłkarza. I słuchania co mówi otoczenie. Właściciel, kibice. Wiem, że ci życzą sobie serca w grze i im też to damy. Nie można przyjść do klubu i zmieniać jego DNA. Nie chcę tego robić. Zanim zdecydowałem się na pracę w Legii obejrzałem jej trzy mecze. Teraz codziennie oglądam jeden i poznaję możliwości moich piłkarzy, rodzą się kolejne pomysły.

Poprzedni trenerzy Legii zdołali wypracować jeden styl gry. O pana poprzedniku, prezes Bogusław Leśnodorski powiedział, że istniało zbyt duże ryzyko, że nie dołoży niczego więcej do fizycznego stylu i pressingu, którym wiosną Legia zastraszała rywali w kraju.

- Mam wielki szacunek dla Stanisława Czerczesowa. Zdobyć tytuł i Puchar Polski to nie tak źle, prawda? Ale rozumiem intencje zmiany. Nie można pressować cały czas. Cały mecz mogła robić to Borussia Dortmund Juergena Kloppa, ale zobaczmy jakich on miał zawodników. Liczyli sobie po maksymalnie 24-25 lat, na taką grę można sobie pozwolić z młodymi organizmami. Z Dortmundem grałem w Lidze Mistrzów, prowadząc Anderlecht, to była przyjemność z nim rywalizować. Ale w Legii jest wielu graczy w wieku 28-30 lat. Też chcę atakować rywali, ale w określonych fragmentach meczu.

Próbujemy już pewnych rozwiązań na treningu. Zaczęliśmy od prostych rzeczy i je komplikujemy. To doświadczony zespół, więc rozumie taktyczne wskazówki. Zawsze musimy mieć alternatywny sposób gry. Myślę, że po to mnie tutaj ściągnęli. Na razie problem jest taki, że przygotowujemy się do sezonu bez pięciu piłkarzy podstawowego składu, którzy wyjechali na Euro 2016.

Czy to możliwe żeby Legia grała taki futbol, jakiego pan oczekuje przy jej kadrze? W Anderlechcie miał pan rozgrywającego Stevena Defoura, który pomagał przenieść piłkę wyżej. Czasami własnym ruchem, a czasem podaniem. W Legii nie ma takich graczy wśród środkowych pomocników.

- To prawda, nie ma. Dlatego w Legii potrzebuję jeszcze rozgrywającego, który mógłby nas wzbogacić. Mam nadzieję, że uda się go sprowadzić. Dodam, że dla mnie nie istnieją defensywni pomocnicy, określani "szóstkami". W topowych zespołach nie ma miejsca na takich. Dla mnie są środkowi pomocnicy, chcę mieć "ósemki", potrafiące rozegrać piłki, przy tym zdolnych do odebrania piłki. W Anderlechcie czasami układałem grę w systemie 4-3-3. Trójkę w środku tworzył Defour i 18-latek Youri Tielemans, żeby lepiej uwypuklić jego ofensywne atuty, oraz za nimi zawodnik bardziej skoncentrowany na defensywie, ale też potrafiący podawać.

Możemy spodziewać się czegoś podobnego w Legii?

- Zastanawiam się nad tym. Jest Guilherme, który potrafi wykorzystywać wolne przestrzenie. Liczę, że zostanie z nami Ondrej Duda, który bardzo mi się podoba. Widziałem Tomasza Jodłowca i mam na niego kilka pomysłów. Jest też Ariel Borysiuk, on musi wymagać od siebie więcej. Chciałbym mieć jeszcze jednego pomocnika. To dla mnie najważniejsze miejsce na boisku. Pomocnicy mają być trenerami na boisku.

Czego oczekuje pan od zawodników z innych pozycji?

- Chciałbym, żeby środkowi obrońcy wyprowadzali piłkę. Przyglądam się tym, którzy są w Legii i szukam takiego z inklinacjami. Ale nic na siłę. Jeśli nie będą czuli się z tym naturalnie, nie będę ich zmuszał. Idąc dalej - od bocznych obrońców w moich zespołach oczekuję ofensywnej gry, mają być ustawieni wysoko. Skrzydłowi powinni się różnić od siebie. Jeden skrzydłowy może mieć szybkość, a drugi potrafić zejść do środka i wspomóc drużynę w grze kombinacyjnej, między liniami.

Nigdy nie wystawia pan na skrzydłach dwóch sprinterów?

- Praktycznie nigdy. Jeśli to się zdarzyło, to okazjonalnie. Uważam, że tego potrzebuje drużyna, aby grać w sposób zróżnicowany, czyli mniej przewidywalny.

Właściciele oczekują, że będzie pan się bardziej przyglądał młodym piłkarzom. Dariusz Mioduski uważa, że w pewnych okolicznościach można odpuścić wynik meczu, jeśli wystawi się młodego zawodnika, a to pomoże w jego rozwoju.

- Jestem tu, żeby zająć się pierwszym zespołem, ale mam na uwadze akademię. I będę miał ludzi wokół siebie, którzy sporo dadzą tym chłopakom. Zatrudnimy jeszcze jedną osobę do sztabu, żeby zajmowała się tylko młodymi piłkarzami. Z moich doświadczeń w Anderlechcie wynika, że nie wystarczy 17-latka włączyć ich do pierwszego zespołu i pozwolić mu trenować z seniorami. Trzeba z nim jeszcze dodatkowo pracować, poprzez indywidualny trening taktyczny, pozycyjny, techniczny. Jak powiększymy grupę trenerów, będziemy mogli usiąść z nimi, wskazać czego im brakuje. Mam dużo doświadczenia z taką pracą w Anderlechcie i chciałbym je wykorzystać w Warszawie.