Igor Lewczuk: Odejście Czerczesowa? Bez komentarza. Zawód trenera bywa niewdzięczny [ROZMOWA]

- Nie chciałbym się wypowiadać na temat odejścia Stanisława Czerczesowa. Mogę jedynie powiedzieć, że zawód trenera - jak tak patrzę na moich kolegów trenerów, którzy pracują w niższych ligach - bywa bardzo niewdzięczny. Dużo bardziej niż zawód piłkarza - mówi Igor Lewczuk, 31-letni obrońca Legii Warszawa.
Bartłomiej Kubiak: I co, sielanka?

Igor Lewczuk: No tak, w takim hotelu w Warce jesteśmy zakwaterowani. Ale jeśli pytasz o to, czy prowadzimy tu spokojne, beztroskie życie, to odpowiem, że nie do końca tak jest. Skupiamy się na przygotowaniach do nowego sezonu.

Ale chyba mogło być gorzej?

- Gorzej? Czemu gorzej?

Gdyby waszym trenerem nadal był Stanisław Czerczesow.

- Tego nie wiemy, sfera domysłów. Za nami dopiero kilka treningów z nowym szkoleniowcem. Obciążenia na razie nie są duże, ale intensywność zajęć z dnia na dzień rośnie. Powoli dowiadujemy się, czego Besnik Hasi od nas wymaga.

Wysoki pressing, agresywna gra, najlepiej daleko od swojej bramki - tego wymagał od was Czerczesow. Czego wymaga Hasi?

- Za nami dopiero kilka treningów, w tym jeden dzień poświęcony na testy wydolnościowe, więc - tak jak mówię - za wcześnie, bym mógł coś sensownego na ten temat powiedzieć. Poza tym pytanie o wizję gry najlepiej kierować do trenera, nie do piłkarzy.

Jesteś zaskoczony odejściem Czerczesowa?

- Nie chciałbym się na ten temat wypowiadać.

Rzadko kluby rozstają się z trenerami, którzy zdobywają wszystko, co jest do zdobycia.

- Ciągniesz mnie za język, ale... nic nie powiem. Być może masz rację. Na szczęście to nie ja decyduję o zmianach trenerów. Nie znam się na takich sprawach. A jak się na czymś nie znam, to o tym nie rozmawiam. Mogę jedynie powiedzieć, że zawód trenera - jak tak patrzę na moich kolegów trenerów, którzy pracują w niższych ligach - bywa bardzo niewdzięczny. Dużo bardziej niż zawód piłkarza. Będąc trenerem, czasami po trzech-czterech meczach ktoś cię zwalnia i musisz z całą rodziną zmieniać miejsce zamieszkania. Pod tym względem piłkarze mają łatwiej.

Chyba nie jest łatwo co kilka miesięcy pracować z innym trenerem?

- To nie jest problem. Metody pracy są teraz tak podobne, uniwersalne, że nie trzeba się jakoś specjalnie przestawiać.

Za tobą najlepszy sezon w karierze?

- Zdobyłem mistrzostwo i Puchar Polski. Mamy dublet na stulecie klubu. Plan został wykonany w 100 proc. Czego chcieć więcej? Krygować się teraz nie będę: to był mój najlepszy sezon.

Mówi się, że to ty byłeś największym wygranym u Czerczesowa.

- Grałem sporo, więc może i byłem. Na pewno jestem zadowolony. Najbardziej z tego, że osiągnęliśmy wszystko, co sobie założyliśmy. Można grać dużo - raz lepiej, raz gorzej - ale w piłce nożnej najważniejsze są trofea. To z nich na koniec sezonu jesteśmy rozliczani.

Jesienią traciliście 10 punktów w tabeli do Piasta Gliwice. Kiedy przyszedł moment, w którym uwierzyliście, że tę stratę uda się odrobić?

- Z perspektywy czasu może to zabrzmieć naiwnie, ale wierzyliśmy od początku. Zdawaliśmy sobie sprawę, że 10 punktów straty to jest dużo, ale z drugiej strony wciąż byliśmy pewni, że prędzej czy później uda się ją odrobić. Ktoś może teraz powiedzieć: "O, jaki ten Lewczuk mądry", ale chwil zwątpienia naprawdę nie było.

Kluczowy moment sezonu?

- Było ich wiele. Na pewno początek wiosny - ten pierwszy mecz, wygrana 4:0 z Jagiellonią. A potem kolejne dwa zwycięstwa - z Zagłębiem Lubin 2:1 i Ruchem Chorzów 2:0 - które sprawiły, że wróciliśmy na pierwsze miejsce w tabeli. Kolejnym ważnym momentem było też zwycięstwo 2:0 z Lechem w Poznaniu. To był taki stempel. Udowodnienie sobie, kibicom, wszystkim, że jesteśmy naprawdę mocni. Że potrafimy dominować od początku do końca.

Wcześniej i później bywały jednak mecze, w których nie zawsze udawało wam się grać aż tak dobrze.

- Słabsze mecze będą przytrafiać się zawsze. Pamiętajmy jednak, że w piłce najważniejsze są trofea. By je zdobywać, trzeba wypracować styl, mieć charakter, by po słabszym meczu czy stracie bramki nie spuszczać głowy, tylko walczyć, walczyć, walczyć. A my tak właśnie graliśmy.

Ale też drżeliście o tytuł do samego końca. Zapewniliście go sobie dopiero po ostatniej kolejce po wygranej 3:0 z Pogonią Szczecin.

- Oczywiście, w piłce nożnej różne rzeczy się zdarzają, ale czy drżeliśmy? Raczej byliśmy pewni swego. Z Pogonią graliśmy u siebie. A poprzednie trzy spotkania na Łazienkowskiej - z Lechem, Cracovią, Piastem - wygraliśmy. I to wysoko, bez straty gola, z bilansem bramkowym 9:0. Wiedzieliśmy, wręcz byliśmy pewni, że w tym ostatnim meczu z Pogonią też musi być dobrze.

Po zdobyciu mistrzostwa pojawiła się ulga czy wielka radość?

- Sam pod koniec sezonu zastanawiałem się, jakie uczucie będzie we mnie dominować. Chłopaki z drużyny sporo opowiadały mi o tym, że świętowanie mistrzostwa jest fantastyczne. Odkryty autobus, mnóstwo ludzi, feta na Starówce. Słowem, bajka. No i faktycznie - przeżycia były niezapomniane. Ale dominowała jednak ulga. W wykonanie zadania w trakcie sezonu włożyliśmy mnóstwo sił. Na świętowanie już trochę ich brakowało. Każdy był zmęczony.

Odpocząłeś?

- Tak, trzy tygodnie wolnego to optymalny czas. Wystarczający, by odetchnąć psychicznie i fizycznie.

Ostatnio w prasie pojawiły się spekulacje, że teraz po odejściu z Legii Artura Jędrzejczyka możesz wrócić na prawą obronę.

- Serio? To dziwne, bo nic mi na ten temat nie wiadomo. Co prawda jesteśmy dopiero na początku przygotowań - gierek taktycznych było niewiele - ale na zmianę pozycji w moim przypadku się nie zanosi. Nikt mi tego nie proponował. A czy sam chciałbym wrócić na prawą obronę? Wiadomo, piłkarze uniwersalni są w cenie, ale granie na środku i na bokach obrony to zupełnie inne granie. Dlatego chyba wolałbym zostać tu, gdzie jestem. Jeśli jednak okaże się, że mam być znów prawym obrońcą, to wzbraniać się nie będę.

Wracasz jeszcze myślami do marcowego zgrupowania reprezentacji Polski, na które powołał cię Adam Nawałka?

- Nie.

Gdybyś wtedy nie dostał ataku alergii po wypiciu soku z marchwi, to może w tej chwili byłbyś z reprezentacją Polski na mistrzostwach Europy we Francji.

- Nie odbieram tego w ten sposób. Nie rozpamiętuję, zupełnie. Przecież mogło być różnie - np. mogło skończyć się tak, że zagrałbym w sparingu z Finlandią, doznał kontuzji i wypadł na pół roku. Nie ma co gdybać. Widocznie tak musiało być.

Wiedziałeś wcześniej o tym, że jesteś uczulony na marchew?

- Ale nie jestem! Może nie piję soku z marchwi codziennie, ale na pewno raz na jakiś czas, i dotychczas mi nie szkodził. To był przypadek. Reakcja krzyżowa, bo jestem uczulony na wziewne sprawy - typu brzoza, olcha. Połączenie tych pyłków z marchwią dało wybuchowy efekt, który wszystkich zaskoczył.

To prawda, że miałeś dostać zastrzyk adrenaliny w serce?

- Fajna historia, jak z filmu "Pulp Fiction", ale - wyolbrzymiona. Nic mnie nie dusiło, nie traciłem oddechu, nie mdlałem, więc doktor kadry Jacek Jaroszewski nowym Johnem Travoltą nie został.

W Warce trenuje teraz z wami trzech nowych piłkarzy - Sandro Kulenović, Tim Matić, Alban Sulejmani. Co możesz o nich powiedzieć?

- Na razie niewiele. Dopiero się adaptują. Są młodzi, z innego kraju, na pewno nie jest im łatwo. Ale to normalne. Po sobie wiem, że nawet starsi zawodnicy potrzebują czasu, by zaaklimatyzować się w nowym otoczeniu. Dlatego na razie ich nie oceniajmy, niech spokojnie potrenują.

Wyznaczasz sobie jakiś cel przed nowym sezonem?

- Nie. Tu polecę frazesem: oby było zdrowie. Jeśli dopisze, to wszystko inne się ułoży. Na pewno po ostatnim sezonie wiary w siebie nam nie brakuje.





Czy Stanisław Czerczesow gwarantowałby Legii odpowiedni rozwój?