Jakub Kosecki: Henninga Berga nie chcę wspominać. Teraz liczy się tylko regularna gra [ROZMOWA]

- Uwielbiam samochody, lubię też ubrać się w ciuchy, które nie wszystkim się podobają. Sporo się o tym pisało, nieraz o tym rozmawialiśmy. Teraz interesuje mnie tylko gra w piłkę. Nie mam zamiaru dawać ludziom więcej powodów do satysfakcji i plotek - mówi skrzydłowy Legii Warszawa Jakub Kosecki.
25-letni zawodnik ostatni sezon spędził na wypożyczeniu w drugoligowym niemieckim SV Sandhausen. Kosecki rozegrał tam łącznie 18 meczów w których strzelił dwa gole i miał dwie asysty. W czwartek piłkarz odbył pierwszy trening po powrocie na Łazienkowską pod wodzą nowego trenera Besnika Hasiego.

Konrad Ferszter: W Legii nie było cię przez rok. Wiele się tutaj zmieniło?

Jakub Kosecki: Chyba tylko trenerzy. Mimo, że ostatnie miesiące spędziłem na wypożyczeniu, to byłem w ciągłym kontakcie z chłopakami z drużyny i wiedziałem co się tutaj dzieje. Naprawdę dobrze jest być tutaj z powrotem. Teraz muszę zrobić wszystko, żeby moje ścieżki z Legią na nowo zeszły się na dobre. Jestem gotowy na walkę o miejsce w składzie. Już raz wracałem do Legii z wypożyczenia i wszyscy pamiętają jak to się skończyło. Mam nadzieję, że teraz będzie podobnie. W Niemczech zmężniałem, poukładałem sobie wiele rzeczy w głowie. Słowem: wrócił "Kosa", który skupi się tylko na piłce nożnej.

To na czym wcześniej się skupiałeś?

- Było trochę inaczej, zresztą znacie mnie. Uwielbiam samochody, lubię też ubrać się w ciuchy, które nie wszystkim się podobają. Sporo się o tym pisało, nieraz o tym rozmawialiśmy. Teraz interesuje mnie tylko gra w piłkę. Nie mam zamiaru dawać ludziom więcej powodów do satysfakcji i plotek.

W Niemczech się wyciszyłeś?

- Żeby była jasność: ja nie robiłem tego, żeby komukolwiek imponować. Po prostu spełniałem swoje marzenia, a każdy z nas marzy przecież o rzeczach wielkich. Ze mną nie było inaczej. Teraz się pozmieniało, trochę się uspokoiłem. Z żoną myślimy nawet o tym, by w niedalekiej przyszłości powiększyć rodzinę. Można powiedzieć, że się wyciszyłem, przemawiać będę na boisku.

Jak będziesz wspominał pobyt w Sandhausen?

- Mieszkałem niedaleko, w pięknym Heidelbergu, skąd miałem blisko do Frankfurtu i Stuttgartu. Po treningach zawsze miałem się gdzie ruszyć, ale były one tak ciężkie, że marzyłem tylko o powrocie do domu i odpoczynku. Cisza, spokój, super miejsce do życia.

A sportowo?

- Pierwsze pół roku było naprawdę dobre. Potem przytrafiła mi się kontuzja, a klub zdecydował, że mnie nie wykupi. Wiedziałem, że wrócę do Legii, więc powiedziałem trenerowi, że chcę się wyleczyć, by móc tutaj w stu procentach walczyć o miejsce w składzie. Szkoleniowiec nie miał z tym problemu, zresztą i tak chciał stawiać na młodszego zawodnika, który został w Sandhausen na kolejny sezon. Rozstaliśmy się z szacunkiem.

Nie żałujesz, że nie zostałeś w Legii?

- Od samego początku było mi żal, że muszę wyjechać. Legia to mój klub i zawsze chciałbym spędzać tu jak najwięcej czasu. Mam tutaj rodzinę, bliskich i przyjaciół. Nie ma dla mnie drugiego takiego miejsca na ziemi. Ale rok temu nie było innego wyjścia i nie żałuję swojej decyzji. Nie po drodze było mi z Henningiem Bergiem, którego nie chcę nawet wspominać. Byłem gotowy przyjąć rolę rezerwowego i walczyć o miejsce w podstawowej jedenastce, ale widziałem, że nie mam na to najmniejszych szans. To był jedyny powód mojego odejścia z Legii. Ale to wszystko już za mną. Wiem, że teraz będzie lepiej.

Besnik Hasi jest inny niż Berg?

- Trudno cokolwiek powiedzieć po tak krótkim czasie. Po pierwszym treningu mogę tylko stwierdzić, że nowy trener wygląda na osobę, która lubi mieć wszystko poukładane od A do Z. Ja to bardzo lubię, z podobną organizacją spotkałem się w Niemczech. Cały plan dnia ułożony był co do chwili.

Twój kontrakt z Legią kończy się za rok. Wypełnisz go?

- Bardzo chciałbym zostać, ale decydujące zdanie mieć będzie trener. Jeżeli on uzna, że ja nawet prosto biegać nie potrafię, to będę zmuszony poszukać sobie miejsca gdzie indziej. Ale na razie o tym nie myślę. Liczy się tylko Legia i walka o miejsce w podstawowym składzie. Wierzę w swoje umiejętności. Wiem, że jeżeli będę grał na swoim najwyższym poziomie, to mogę sporo dać tej drużynie.

Śledziłeś wyniki zespołu w poprzednim sezonie?

- Oczywiście! Po każdym swoim spotkaniu, kiedy tylko mogłem, to oglądałem chłopaków w akcji i im kibicowałem. Kiedy nie miałem takiej możliwości, to wyniki sprawdzałem w internecie. Bardzo się cieszę, że na stulecie drużyna sięgnęła po podwójną koronę, a trzecią w środę dołożyli juniorzy starsi.

Idealnym uzupełnieniem sukcesów na stulecie byłby awans do Ligi Mistrzów.

- Oczywiście, ale nie ma co składać zbędnych deklaracji. Wychodźmy na boisko i dawajmy z siebie wszystko tak, byśmy po każdym treningu i meczu mogli z czystym sumieniem spojrzeć sobie w oczy. Wtedy będzie dobrze, jestem o to spokojny.