Arkadiusz Malarz: Łza mi się zakręciła, gdy "żyleta" skandowała moje nazwisko

- Na to zasługują Artur Boruc, Łukasz Fabiański, Grzesiu Szamotulski, Lucjan Brychczy czy nawet "Niko", który kompletnie pozamiatał, ale ja?! Na początku wydawało mi się, że się przesłyszałem, ale potem miałem już pewność. Pomyślałem: ja pi****lę, uznali mnie za swojego - mówi w rozmowie z serwisem Weszło.com bramkarz Legii Arkadiusz Malarz.
36-letni zawodnik na Łazienkowską trafił w lutym 2015 r. z GKS Bełchatów. Na transfer Malarza naciskał Henning Berg, który chciał mieć w drużynie równorzędnego konkurenta dla Duszana Kuciaka.

W rundzie wiosennej sezonu 2014/15 bramkarz rozegrał pięć meczów w ekstraklasie w Legii. Po jego błędzie w meczu z Lechem w Poznaniu (1:2) norweski szkoleniowiec posadził Malarza na ławce rezerwowych i kolejnej szansy już mu nie dał. - Wiedziałem, ile Duszan zrobił dla Legii, ale od początku przychodziłem, by walczyć o bluzę z jedynką. Nie zadowalałem się samymi wpływami na konto. Że jestem z Pułtuska, 50 kilometrów od Warszawy, tutaj się osiedliłem i mogę kończyć karierę. Punkt zwrotny nastąpił, gdy trener Berg dał mi szansę, ale sam się wyeliminowałem błędem w Poznaniu. Ludzie mówią: "zawaliłeś, zawaliłeś", a zawalić to się może most. Po prostu podjąłem złą decyzję - mówi Malarz w rozmowie z serwisem Weszło.com.

I dodaje: - Mówiłem o przepisach, bo faktycznie akurat wtedy mieliśmy w tygodniu spotkanie z sędziami i usłyszeliśmy, że można zasłaniać twarz. Ale nie kwestionuję decyzji arbitra - kiedy bramkarz za polem karnym dostanie w rękę przy takiej sytuacji, jest rzut wolny i czerwona. Bez dwóch zdań. Kasper był szybszy, piłka odbiła się do boku i źle to wszystko obliczyłem. Gdybym jednak dostał czerwoną i skończyło się 0:0, może nie byłoby wielkiego halo. Najgorsze, że drużyna przeze mnie przegrała. Trener Berg powiedział, że sam był piłkarzem i to rozumie, ale musiałem sobie to indywidualnie poukładać w głowie. Czekałem na kolejną szansę, ale się nie doczekałem. To też bolało.

Kolejną szansę na grę Malarz otrzymał dopiero u Stanisława Czerczesowa. Rosjanin wystawił bramkarza w meczu Pucharu Polski z Chojniczanką w Chojnicach, gdzie 36-latek dał się zaskoczyć Patrykowi Mikicie. Były napastnik Legii strzelił gola z dystansu, a winą za straconą bramkę obarczono Malarza.

- Kiedy bramkarz broni co tydzień, ma automatyczną pewność siebie. Nie broniłem wtedy przez pół roku i trochę jej straciłem. To był mocny, zaskakujący strzał. Piłka odchodziła i prześlizgnęła mi się po łapie. Potrafię się przyznać do błędu, ale to nie był kartofel między nogami. Takie rzeczy się zdarzają. Zdarzają się też mecze, kiedy bronię dobrze, ale wybiję dwie piłki na aut i potem sam sobie to w domu wyrzucam. Wyrocznią jest jednak trener. Jego słowo jest święte, a sam był bramkarzem, więc potrafi ocenić naszą pracę. Po Chojniczance poklepał mnie po plecach i tyle. Najważniejsze, że wygraliśmy, a z każdym kolejnym meczem łapałem tę pewność siebie - tłumaczy Malarz.

Po tym jak zimą do angielskiego Hull odszedł Kuciak, Malarz został numerem jeden w bramce Legii. Zawodnik swoją postawą, oraz zachowaniem w finale Pucharu Polski zapracował na szacunek warszawskich kibiców.

- Zdarzały się mecze, gdy zawodziliśmy jako drużyna. Z Termaliką mieliśmy też nieporozumienie z "Pazdkiem". Ktoś powie, że to błąd Malarza, ale tak musi być - presja w Legii jest inna. Przychodząc tutaj musisz wiedzieć, co cię czeka i jak sobie z tym radzić. Czy się wybroniłem? Myślę, że wyszło nieźle. Łza mi się jednak zakręciła, gdy "żyleta" skandowała moje nazwisko. Tego nigdy się nie spodziewałem. Na to zasługują Artur Boruc, Łukasz Fabiański, Grzesiu Szamotulski, Lucjan Brychczy czy nawet "Niko", który kompletnie pozamiatał, ale. ja?! Na początku wydawało mi się, że się przesłyszałem, ale potem miałem już pewność. Pomyślałem: ja pi****lę, uznali mnie za swojego. Niesamowite uczucie. Najważniejsze, że mogliśmy się odwdzięczyć za zaufanie, zdobyliśmy dublet na stulecie i zapisaliśmy się w historii - kończy Malarz.