Sport.pl

Karykatura Legii. Po porażce z Lechią spokój w Warszawie co najwyżej pozorny

Najpierw zaszokował trener lidera - na wpół rezerwowym składem. A potem piłkarze - zagrali z Lechią fatalnie, przegrali 0:2 i o mistrzostwo Polski muszą bić się do ostatniej kolejki
- Gratulacje dla trenera Stanisława Czerczesowa, że na dwie kolejki przed końcem, walcząc o tytuł, wystawia taki skład. Trzeba mieć charakter - rzucił do kamery tuż po meczu Sebastian Mila. Gdański rozgrywający chyba ironizował, bo Legia nie pokazała nic, by liczyć na choćby punkt.

Dziesięć zwycięstw, jeden remis, 25 strzelonych goli i tylko cztery stracone - to bilans Lechii z 10 ostatnich meczów na własnym stadionie. Drużyna Piotra Nowaka dzięki środowej wygranej ma prawie pewne miejsce w europejskich pucharach. Legia z kolei wciąż musi szarpać się o mistrzostwo. Jeśli w ostatniej kolejce nie wygra z Pogonią, a Piast poradzi sobie z Zagłębiem, to pozycję lidera straci.

Trzy dni temu nikt o takim czarnym scenariuszu w Warszawie nikt nawet nie myślał. Rozbiwszy 4:0 Piasta, piłkarze Czerczesowa zapewnili sobie w poprzedniej kolejce względny spokój. W najważniejszym meczu sezonu byli lepsi, i to w każdym miejscu boiska. W środę w Gdańsku nie musieli za wszelką cenę wygrać. Ale oni nie tylko nie wygrali, oni zagrali bardzo niemistrzowsko, może nawet poniżej wszelkiej krytyki - i teraz spokój w klubie może być co najwyżej pozorny.

- Czego się boję przed meczem? Głupich pytań - mówił we wtorek Czerczesow. Rosjanin nie miał ochoty na rozmowy z dziennikarzami, odpowiadał półsłówkami. Był zły, bo chwilę wcześniej dowiedział się od sztabu medycznego, że do Gdańska nie może zabrać Tomasza Jodłowca.

Potem nie włączył do kadry meczowej innego reprezentanta kraju, Michała Pazdana (choć ten nie leczy kontuzji). Do tego wystawił Adama Hlouška na środku obrony, a także rezerwowych Michała Masłowskiego (w pomocy) i Michaiła Aleksandrowa (na skrzydle). Skład Legii wybrany przez Czerczesowa był szokujący. Bardzo daleki od optymalnego.

Trener tłumaczył po meczu, że Legia zagrała kilkanaście meczów więcej niż rywale, dlatego rotacja w składzie miała sens. A na pytanie, dlaczego po przerwie wpuścił Michała Kopczyńskiego, bardzo głębokiego rezerwowego, odburknął, że "tak zdecydował".

I w Gdańsku nie zobaczyliśmy agresywnej i wybieganej Legii. Takiej, która od pierwszej minuty rzuca się rywalom do gardeł. Inicjatywę przejęła Lechia. Po piłkarzach gości sportowej złości i wielkiej chęci wygranej widać nie było. Próbowali grać pressingiem, czyli tak, jak życzy sobie Czerczesow. No właśnie - tylko próbowali. Wychodziło im to wyjątkowo nieudolnie.

Jeśli dodamy do tego nieskuteczność w ataku, indywidualne błędy w obronie, czerwoną kartkę dla Igora Lewczuka, wolno rozgrywane akcje od tyłu i dwa piękne gole Lechii strzelone zza pola karnego, to otrzymamy kompletny obraz legijnej degrengolady. Karykaturę warszawskiej drużyny. I podobieństwo do tej ze schyłku kadencji Henninga Berga, która nie miała iskry, by walczyć, pokazać, że się da.

W Gdańsku po szoku spowodowanym stratą dwóch bramek zespół Czerczesowa się nie otrząsnął. Do końca spotkania Lechia była lepiej zorganizowana w defensywie. I choć z czasem coraz częściej oddawała inicjatywę gościom, to można było odnieść wrażenie, że robiła to z premedytacją.

Legia przegrała zasłużenie, ale wciąż pozostaje najbliżej sukcesu. Jedyne, z czym musi się zmagać, to wszechogarniająca presja. Ta po meczu w Gdańsku jest większa, ale nie jest niemożliwa do przezwyciężenia. Tym bardziej, że nikt nie ma wątpliwości, że Rosjanin w Legii drużynę zbudował. I to niezłą. Może na Europę wciąż niedoskonałą, ale w lidze - mimo wszystko - najlepszą. Taką, która pod jego wodzą wygrała najwięcej meczów w lidze (16), najmniej przegrała (cztery). Choć - co może niepokoić jej kibiców - arcymocną tylko u siebie. Tam celująco zdała ostatnio oba trudne testy (4:0 z Piastem, 4:0 z Cracovią), tymczasem na wyjazdach nie strzeliła gola od 405 minut gry.

Jeśli Czerczesow do zdobytego tydzień temu Pucharu Polski dołoży w niedzielę mistrzostwo, to o porażce z Lechią nikt nie będzie pamiętał. Wszyscy będą mówić o dublecie. Szóstym w historii Legii, który wcześniej osiągnęło ledwie pięciu trenerów - Jan Urban (2013), Paweł Janas (1995, 1994), Ryszard Koncewicz (1956) i Węgier János Steiner (1955).

W niedzielę stadion Legii w trakcie meczu z Pogonią chyba uniesie się od napięcia. Nogi, głowy i łokcia nie odstawi nikt, walka do upadłego potrwa do ostatniej sekundy. W Legii nikt nie przewiduje czarnego scenariusza. Celem minimum jest mistrzostwo, ale tu myśli się o czymś więcej. O tym, że latem znowu przyjdzie czas, by zmierzyć się z marzeniami - zasadzić się na Ligę Mistrzów.

Ale w środę Legia w Gdańsku mogła się kojarzyć ze wszystkim, tylko nie z Ligą Mistrzów.



Stadiony Z Czuba, czyli najładniejsze gole weekendu, których nie widzieliście [WIDEO]


Więcej o:
Komentarze (4)
Karykatura Legii. Po porażce z Lechią spokój w Warszawie co najwyżej pozorny
Zaloguj się
  • z1946b

    Oceniono 1 raz 1

    Piast - Mistrz Polski!
    Legia uLegła - dała dupy jak zwykle!

  • ga.spar

    0

    jaki pozorny ? luzik z palcem w de
    wystarczy rzucić okiem na kursy:
    Legia - Pogoń 1,25 - 11,5
    Piast - Zagłębie 2,1 - 3,3
    gliwickim mietkom-podnietkom w niedzielę ponownie zaserwujemy wiadro zimnej wody na rozpalone główki

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX