Aleksandar Prijović. Bohater nieoczywisty

Strzelił jedynego gola w finale Pucharu Polski, żeby zaraz złamać rękę, przez co nie zagra w trzech ostatnich meczach sezonu Legii. Idealnie wpisuje się to w karierę Szwajcara, który strzela gole, ale... Zawsze jest jakieś ?ale?.
Mierzy aż 190 cm, ale nie potrafi grać głową. Zdarza mu się przyjąć piłkę na dwa metry, ale potrafi zaskoczyć zagraniem skomplikowanym technicznie - w poniedziałkowym finale PP strzelił Lechowi gola piętą. Często nie wykorzystuje łatwych okazji bramkowych, by wykorzystać najtrudniejszą. Dzieli i kibiców, i ekspertów. A najpewniej są też tacy, których co mecz rozrywa na pół. Ten sam kibic może raz cenić Prijovicia, a za chwilę się z niego natrząsać. Prijović jest dobry i zły. Skuteczny i nieskuteczny.

- Jest jednym z liderów Legii, ale gdyby latem przyszła oferta za 1 mln euro, tobym go sprzedał - mówi Grzegorz Mielcarski. - Nie ma szybkości, nie potrafi grać głową. Umie współpracować, wyjść na pozycje, to zawodnik zespołowy. Ale nie jest trudno zastąpić takich piłkarzy. Dla mnie w samej lidze polskiej znajdziemy z pięciu lepszych snajperów.

- Wiosną się przekonałem. Lepiej wygląda motorycznie, ma parcie na gole. W tej formie to czołówka, top pięć napastników w ekstraklasie - mówi z kolei Andrzej Juskowiak.

W 26-letnim Prijoviciu każdy może polubić lub znienawidzić, co zechce. Niektórzy widzą w nim marną podróbkę Zlatana Ibrahimovicia, bo wiąże włosy w kitkę, stylizując się na szwedzką supergwiazdę. Wręcz cieszy się z tych nawiązań, a w finale PP rzeczywiście wbił gola bardzo zlatanowego. I potem przyznał, że ogląda sporo filmików z bramkami snajpera PSG.

Wypomina mu się "marne CV", bo zanim latem trafił do Warszawy, występował w dziesięciu klubach (szwajcarskich, włoskich, angielskich, szwedzkich, tureckim). Można powiedzieć, że z Legią niczego do życiowych sukcesów nie dopisał, bo jako wysuniętego napastnika obnażyło go starcie u siebie z Napoli, gdzie przegrywał główki i pojedynki. Znów można go jednak obronić - jako jedyny z legionistów wyszedł z twarzą z łomotu 2:5 w neapolitańskim rewanżu. Półgodzinne wejście z ławki przemienił na gola i asystę. A tej samej jesieni przy Łazienkowskiej pogrążył Midtjylland. Tamte dwie bramki zdobył po strzałach głową, chociaż... nie powinien. Wedle statystyk InStat w 49 meczach Legii wygrał tylko 39 proc. pojedynków główkowych.

Z Polską przywitał się opowieściami, które brzmiały jak scenariusz filmu "Jak wywołałem drugą wojnę światową". Otóż Prijović - wedle Prijovicia - niczym pechowy szeregowiec Franek Dolas zawsze znajdował się w złym miejscu i czasie, prowokując niekorzystne wydarzenia dla swojej, w przeciwnym razie, kwitnącej kariery. Dostał powołanie do szwajcarskiej armii, trenerzy rzucali mu kłody pod nogi, motywację odbierali nieżyczliwi prezesi. Jak zarządcy Derby County - po wbiciu dwóch goli rezerwom Arsenalu mieli zamknąć go w szatni, by londyńczycy nie mogli natychmiast dobić targu.

Występ w niedzielnym starciu o tytuł z Piastem Gliwice rzeczywiście odebrał mu pech. A wiosną napastnik mocno pracował, by więcej osób uwierzyło w Prijovicia, któremu los rzuca kłody pod nogi. Konsekwentnie wbijał kluczowe gole dla Legii. Dwukrotnie jedyne w meczach z Lechem - w finale PP i na początku rundy mistrzowskiej. W końcówce wyjazdowego meczu z Cracovią jego sprytne uderzenie dało wygraną. Nie do podważenia były jego bramki otwierające mecz z Cracovią (4:0) i Zagłębiem (2:1), odpowiednio w drugiej i siódmej minucie gry. A także asysty przy dwóch pierwszych bramkach wiosny, z Jagiellonią. I pierwszy sezon w Legii zakończył z 16 golami we wszystkich rozgrywkach oraz dziewięcioma asystami w 49 meczach.

Skąd wziął się lepszy Prijović? Jesienią Artur Płatek, doradca szefów Piasta, powiedział, że "nigdy by go nie kupił, bo żeby Szwajcar strzelał, trzeba by ustawić pod niego cały zespół". I być może więcej dobrego Prijovicia oglądamy wiosną dlatego, że częściej biegał bliżej pola karnego, a superstrzelec Nemanja Nikolić nieraz zastępował go w pracy dla drużyny.

- Prijović się rozwinął, ale przede wszystkim lepiej wpasował do zespołu - mówi Juskowiak. - Jesienią brakowało mi go i pod bramką, i daleko przed polem karnym, bo tam kiepsko radził sobie z rozegraniem. W końcu żaden z niego kreator ani drybler. Dzisiejsza pozycja i zestawienie z Nikoliciem lepiej wykorzystuje jego umiejętności, dużo dała mu gra w połączeniu z innym napastnikiem.

- Gdy przychodził, to myślałem, że jest killerem pola karnego - dodaje Mielcarski. - Zasugerowałem się wyglądam i wzrostem. A on nie ma predyspozycji szybkościowych i technicznych, nie potrafi zgrać piłki głową, potrzebuje trzech-czterech okazji do zdobycia bramki, najlepiej wygląda właśnie w duecie. Jeśli ma być jednym z kilku napastników Legii, na których rozkłada się ciężar zdobycia kilkudziesięciu goli w sezonie, to w porządku. Ale jeśli ma ciągnąć drużynę do Ligi Mistrzów, to obawiam się, że to nie wystarczy.

Niebieskie kanapki, murale, psy i piwo ku czci Vardy'ego. A piłkarze trenują, czyli Leicester dzień po [ZDJĘCIA]




Czy Legia zdobędzie mistrzostwo Polski?