Napastnik potrzebny Nemanji Nikoliciowi, czyli Aleksandara Prijovicia gra w cieniu

W piątek gol Szwajcara dał Legii zwycięstwo w meczu z Lechem. - Mogłem strzelić pięć goli. Brak koncentracji jest niewybaczalny - mówił po spotkaniu.
Serb ze szwajcarskim paszportem w piątek został bohaterem Legii, ale po meczu i tak musiał tłumaczyć się ze zmarnowanych sytuacji. Prezentów od obrony Lecha dostał kilka - najlepszy od Paulusa Arajuuriego w pierwszej połowie. Ta okazja była podobna do gola, którego Nemanja Nikolić strzelił jesienią w Gdańsku, wykorzystując błąd techniczny bramkarza Lechii. Prijović, w przeciwieństwie do reprezentanta Węgier, szansy nie wykorzystał.

- W zmarnowanych okazjach zabrakło mi koncentracji, co jest niewybaczalne - tłumaczył się po meczu zawodnik. Słowa Szwajcara pokazują jednak różnicę między nim a Nikoliciem. Gdy ten w czterech pierwszych dużych szansach nie potrafi się skoncentrować, Węgier na podobne sytuacje skupia się w stu procentach.

Prijoviciowi zbyt często zdarza się przedkładać efektowność nad efektywność. Świadczą o tym liczby: co drugi strzał Nikolicia jest celny, Prijovicia co trzeci. Nic dziwnego, że Węgier częściej dochodzi do dobrych sytuacji - koledzy wiedzą, że on jest pewnym wyborem. Najlepszy strzelec Legii miał kilkanaście spotkań, w których oddał przynajmniej cztery strzały, dla Prijovicia mecz z Lechem był dopiero czwartym.

Co więcej, Szwajcarowi zdarzyły się 24 spotkania, w których miał maksymalnie jeden strzał (Nikoliciowi - 13). Nic dziwnego, że np. przed meczem z Lechem niemal w ogóle nie mówiło się o jego serii kilku godzin bez gola. Gdy w taki kryzys na początku wiosny wpadł Nikolić, był to jeden z najgorętszych tematów w ekstraklasie.

Szwajcar jest jednak potrzebny Nikoliciowi. To on bierze na siebie odpowiedzialność za pojedynki z obrońcami (ma ich średnio 28 w meczu), gdy najskuteczniejszy napastnik ligi wykorzystuje wolne przestrzenie. Prijović przyznaje także, że mają najlepszy kontakt w drużynie, wzajemnie się motywują.

- W szatni byłem wściekły - mówił Szwajcar w piątek po spotkaniu, które powinno skończyć się wysokim zwycięstwem Legii przy szansach, które zmarnował. Dodawał, że gola strzelił w momencie, gdy wydawało mu się, że zostanie zmieniony. Stanisław Czerczesow na konferencji żartem potwierdzał domysły napastnika Legii, dodając, że "musiał się go przestraszyć".

Prijović jest napastnikiem trudnym do scharakteryzowania. Sam przyznaje, że dla niego "gole nie są priorytetem". Jak na swój wzrost wcale nie gra dobrze głową (wygrywa 38 proc. pojedynków w powietrzu). Na pierwszego gola w ekstraklasie czekał siedem meczów, na kolejnego - dwa miesiące. Dopiero w marcu trafił do siatki w dwóch kolejnych spotkaniach ligowych, teraz też czekał kilka godzin.

Zimą udowodnił jednak Czerczesowowi swoją przydatność dla gry Legii - Rosjanin woli wystawić drugiego napastnika niż rozgrywającego. On po prostu potrzebuje piłkarza, który absorbowałby uwagę rywali, gdy Ondrej Duda lub Kasper Hämäläinen byliby kolejnymi piłkarzami czekającymi na wolne miejsce. Prijović także schodzi do bocznych stref, ale przy swojej technice lepiej przytrzymuje piłkę nawet pod presją rywala. Nie szuka dryblingu jak Słowak, choć zbyt często szuka przesadnie skomplikowanych rozwiązań.

Warto Prijovicia także docenić. On swoją rolę rozumie - wie, że rzadko będzie miał takie spotkania jak przeciwko Lechowi. Nie jest głównym celem podań kolegów, nigdy pewnie nie będzie też ulubieńcem kibiców. Ale siódmy gol strzelony w lidze oznacza, że w poprzednim sezonie byłby drugim najlepszym strzelcem Legii.