Legia miażdżąca po przerwie, kopniak dla "Jędzy" i czemu winne były bandy reklamowe? [SPOSTRZEŻENIA]

W drugiej połowie, a zwłaszcza na jej początku, legioniści zagrali dokładnie tak, jak oczekuje od nich Stanisław Czerczesow, czyli daleko od własnej bramki i agresywnie. Chociaż warszawianie pokonali gości 3:1, to na stadionie przy Łazienkowskiej nie brakowało nerwowych spięć - spostrzeżeniami po meczu Legia - Górnik dzieli się Konrad Ferszter z Legia.sport.pl.
Czemu winne były reklamy?

Zanim w doliczonym czasie gry pierwszej połowy bramkę na 1:1 zdobył Adam Hloušek, gra piłkarzy Czerczesowa nie wyglądała najlepiej. Legioniści nie potrafili przebić się przez szczelną defensywę Górnika, byli chaotyczni i bardzo niedokładni. Momentami warszawianie wyglądali wręcz na drużynę bezradną i sfrustrowaną. Złe zagrania piłkarze odreagowywali w różny sposób. Po jednym z nieudanych dryblingów, na bandzie reklamowej wyżył się Michał Kucharczyk. Skrzydłowy Legii z całej siły kopnął w baner stojący pod trybuną północną.





Równie mocno, reklamę stojącą przy ławce rezerwowych, kopnął też Czerczesow. Spokojny zazwyczaj Rosjanin przy wyniku 0:1 nie wytrzymał i upust swojej złości dał na gumowej bandzie ustawionej przy jego strefie. Sytuację zauważył sędzia techniczny, który zareagował natychmiastowo i upomniał szkoleniowca Legii. Dyskusja między oboma panami trwała przez kilka chwil.

Frontalny atak po przerwie

W drugiej połowie gra wicemistrzów Polski wyglądała już znacznie lepiej. Legioniści ruszyli do zdecydowanych ataków, zaczęli stosować wysoki i bardzo agresywny pressing. Piłkarze Górnika mieli ogromne problemy, by wyjść z piłką z własnej połowy. Miażdżącą przewagę gospodarzy najlepiej podkreślają statystyki. W pierwszym kwadransie po przerwie Legia miała aż 76 proc. posiadania piłki. W tym czasie, goście z piłką przy nodze na połowie warszawian, znajdowali się przez... 14 sekund. To wynik jeszcze gorszy od tego, który przy Łazienkowskiej miała Jagiellonia (21 sek.).





Borysiuk aktywniejszy w ataku

Chociaż po meczu z Termalicą Bruk-Bet (0:3) jedynym chwalonym legionistą był Ariel Borysiuk, to przed spotkaniem z Górnikiem usłyszeliśmy, że Czerczesow miał wiele zastrzeżeń do środowej postawy defensywnego pomocnika. Obok nieudanych prób przerywania kontrataków zespołu z Niecieczy, trener Legii zarzucał zawodnikowi zbyt zachowawczą grę w ofensywie. 24-latek słowa szkoleniowca wziął sobie mocno do serca i w sobotę swoje statystyki wyraźnie poprawił.

W porównaniu do starcia z Termalicą, w spotkaniu z Górnikiem Borysiuk podawał częściej (56 razy w środę, 72 w sobotę) i dokładniej (73 proc. w Niecieczy, 83 proc. przeciwko zabrzanom). W sobotę pomocnik częściej operował zagraniami średnimi i długimi, zaliczył także dwa kluczowe podania, kiedy przeciwko Termalice nie miał ani jednego. W oczy rzuca się też statystyka dotycząca podań konstruktywnych, czyli takich, które rozwijają ataki zespołu. W środę skuteczność Borysiuka w tym elemencie wyniosła 68 proc., a w sobotę 76 proc.

Nieszablonowa radość Kucharczyka

W 63 min. gry gola na 2:1 dla Legii strzelił Artur Jędrzejczyk. Boczny obrońca warszawian pokonał Radosława Janukiewicza głową po dośrodkowaniu Kucharczyka. Asystent przy tym trafieniu z bramki swojego przyjaciela cieszył się nietuzinkowo. 24-latek najpierw w koszykarskim stylu zderzył się z kolegą barkami, a później... kopnął go w pośladki. Nie wiemy, czy był to kopniak na szczęście, ale wszystko odbyło się w przyjacielskiej atmosferze pełnej humoru - charakterystycznej dla obu zawodników.

Upomnienie dla "Vuko"

Mecz Legii z Górnikiem to jedno z takich spotkań, gdzie piłkarze nie odstawiają nogi, a atmosfera na boisku potrafi być bardzo napięta. Nie inaczej było w sobotę, jednak emocje udzielały się nie tylko zawodnikom, ale także trenerom. W 75 min. gry, po jednej z decyzji sędziowskich na niekorzyść warszawian, w szał wpadł asystent Czerczesowa Aleksandar Vuković. Serb wybiegł z ławki rezerwowych i miał olbrzymie pretensje do bocznego arbitra. Sytuację łagodzić musiał sędzia główny, który pozostał niewzruszony na przeprosiny byłego piłkarza Legii. "Vuko" został wezwany na krótką, ale bardzo stanowczą rozmowę, w której arbiter nie pozostawił wątpliwości czym skutkować będzie kolejny taki wybryk. Wychowawcze słowa poskutkowały, bo Vuković wrócił na swoje miejsce i do końca spotkania już go nie opuścił.