Olaf Lubaszenko, czyli legionista wpatrzony w Lucjana Brychczego

- Przywiązanie do Legii zawdzięczam otoczce, atmosferze meczu, a nie temu, co się działo na murawie. Trybuny oddziałują na wszystkie nasze zmysły, to jest nieprawdopodobne. To obrazy, dźwięki, zapachy... - mówi Olaf Lubaszenko, aktor, reżyser i kibic Legii.


Paweł Jędrusik: Dlaczego nie rozmawiam teraz z byłym piłkarzem Legii, który zagrał w ekstraklasie 400 meczów?

Olaf Lubaszenko: Bardzo żałuję, że tak się nie stało, bo piłka to była moja pierwsza i naturalna miłość. Nie twierdzę, że nie czuję się dobrze w swojej pracy aktora, ale jeszcze większą radość czerpałbym z futbolu. A czemu nie zostałem piłkarzem? Bo oprócz tego wszystkiego co ma np. Robert Lewandowski - systematyczności, rozsądku, dążenia do perfekcji, po prostu zabrakło mi też predyspozycji, czyli dynamiki, szybkości, wytrzymałości. Szczególnie ta ostatnia cecha przekreślała mnie na starcie. W juniorach jeszcze jakoś nadrabiałem współpracą z kolegami, przewidywaniem pewnych sytuacji, ale poziom wyżej bym przepadł. Na całe szczęście szybko to zrozumiałem i nie skończyłem w lidze okręgowej.

Trenerem nigdy nie chciał pan zostać?

- W pewnym momencie życia mogłem pójść w tę stronę, ale dużo czasu zajmowała mi praca zawodowa i gdzieś te marzenia odleciały. Czasami jednak realizuję się jako trener, w cudzysłowie oczywiście, prowadząc Reprezentację Artystów Polskich.

Gdzie zaczynał pan grać w piłkę?

- Na boisku przy ul. Emilii Plater 29, które istnieje do dziś. Wtedy należało do dawnej szkoły podstawowej im. Wojska Polskiego, obok liceum im. Klementyny Hoffmanowej i parafii, na terenie której grywaliśmy z kolegami wcześniej. To był park, w którym bramki były oczywiście z drzew. Później okazało się, że znajduje się dziki cmentarz ofiar epidemii cholery z XVII wieku. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, przestaliśmy tam grać.

Gdzie się przenieśliście?

- W pewnym momencie gra z kolegami na podwórku przestała mi wystarczać i poszedłem na Legię. Mój rocznik prowadził pan Lucjan Brychczy. To był czas, kiedy zrezygnował z prowadzenia pierwszego zespołu. I ja, jakimś cudem, odważyłem się pójść na ten trening. Po tym treningu pan Lucjan pozwolił mi zostać w zespole. To był mój pierwszy samodzielny sukces. Nikt mnie tam nie zaprowadził. Po prostu poszedłem, zapytałem czy mogę, pograłem i tak się zaczęło.

Czyli pierwszy casting w życiu poszedł bardzo dobrze.

- Może pan trener miał po prostu dobry humor, może zobaczył coś w moich oczach. Czułem, że dostałem duży kredyt zaufania. Trenowałem pod jego okiem dwa lata. A w zasadzie nie tyle trenowałem, ile byłem w trenera Brychczego wpatrzony. Obserwowałem go, słuchałem, przyglądałem jego postawie życiowej. To skromny, wspaniały i bardzo dowcipny człowiek, który na boisku potrafił absolutnie wszystko. Każdym dotknięciem piłki nas zawstydzał. Ale robił to taktownie (śmiech).

Co było po tych dwóch latach?

- Trener Brychczy wrócił do pierwszej drużyny, a nami zajął się Władysław Stachurski, z którym po latach miałem zaszczyt przejść na "ty". Świetny gość. Potrafił być bardzo ostry, ale nikt nie miał wątpliwości, że kocha piłkę.

Ktoś z pańskiego rocznika przebił się do pierwszej drużyny Legii?

- Chyba tylko Jarek Wojciechowski. Zagrał kilka lub kilkanaście meczów. Ale miał trochę pecha, bo trafił do Legii pogrążonej w kryzysie, która o mały włos nie spadła z ligi.

Pamięta pan swoją pierwszą wizytę na Łazienkowskiej?

- Był to mecz z Pogonią, ale wyniku nie pamiętam, roku też. Zapamiętuję raczej obrazki, osoby, zdarzenia. Z tego pierwszego meczu zapamiętałem scysję jednego legionisty z sędzią z Tarnowa. Arbiter nazywał się Jan Sądowicz. Obrońca Legii powinien skończyć mecz z czerwoną kartką po tym, jak go odepchnął. Skończyło się jednak tak, że Sądowicz przepraszał naszego piłkarza. Było zabawnie, tym bardziej że zawodnik był dużo potężniejszy niż sędzia.

Wspomnienia nie wywołują u pana entuzjazmu?

- Nie, bo z dzisiejszej perspektywy na te wszystkie mecze z lat 70. i 80. patrzę z pewnym dystansem. Niestety, znaczna część meczów była w ten czy inny sposób ustawiana. To, co wtedy wydawało się emocjonujące, nieprawdopodobne, mogło być wynikiem pewnej umowy. Nie mówię o tym meczu, który przywołałem, ale generalnie o tamtym czasie.

Dziś jest lepiej?

- Jest inaczej. Futbol nigdy nie będzie wolny od patologii, bo tam gdzie jest do zarobienia pieniądz - szybki, łatwy, nieobciążony podatkami, tam zawsze pojawi się ktoś, kto będzie chciał zrobić biznes. Jestem jednak przekonany, że dziś wszystkie tego typu chore zjawiska nie są już tak powszechne. Albo inaczej: dziś, w czasach transmisji, powtórek, ta choroba jest tam, gdzie nie ma kamer, czyli w niższych ligach, w piłce juniorskiej. O czym opowiadał choćby ciekawy film dokumentalny "Ustawione rozgrywki" o zakładach bukmacherskich przyjmowanych w Tajlandii.

Może trochę optymizmu zrodzi pytanie o pierwszy mecz na trybunach - jakie to przeżycie dla kilkunastoletniego chłopaka?

- Coś niezwykłego. Być może tłumaczy to moją niepamięć co do wyników. Byłem pochłonięty tym, co się działo na trybunach, atmosferą meczu. Myślę, że przywiązanie do Legii zawdzięczam właśnie otoczce, a nie temu, co się działo na murawie. To, co usłyszałem, zobaczyłem, zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Trybuny oddziałują na wszystkie nasze zmysły, to jest nieprawdopodobne. To obrazy, dźwięki, zapachy. Do dziś pamiętam drewniane ławki na starym stadionie, z którymi wiąże się pewna anegdota. Legia grała z Interem i z tej okazji postanowiono tę trybunę odświeżyć. Żołnierze pomalowali ławki w barwy klubowe. Problem w tym, że zrobiono to dzień przed meczem. A wieczorem Inter miał trening, na którym zjawili się prezesi, trenerzy i działacze włoscy. Wszyscy w pięknych płaszczach od Armaniego. I goście usiedli na tych elegancko odnowionych ławkach trybuny honorowej. Nie muszę kończyć jak to się skończyło. Obraz był bardzo filmowy (śmiech).

Przypominają się panu jeszcze jakieś anegdoty?

- Był taki pewien lodziarz, ulubieniec trybun. Pewnego razu, być może z powodu lekkiej niedyspozycji, stoczył się przez kilka rzędów w dół, wysypując po drodze lody Bambino z drewnianego pudełka. Otrzymał oczywiście owacje od trybun. Na szczęście nic się mu nie stało. To był właśnie folklor tamtych czasów, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bardzo lubiłem jednego pana, stałego bywalca, który upodobał sobie Darka Wdowczyka. Darek grał na lewej obronie, więc tylko w jednej połowie biegał po stronie trybuny krytej, na której siadałem. Gdy tylko Wdowczyk pojawiał się po naszej stronie, gość wstawał i krzyczał: - Darek, do przodu! Jak ruskie czołgi po Niemcach!

Nie brakuje panu tego folkloru na nowym stadionie?

- Nowy stadion jest świetny, przepiękny. Patrzę na niego z podziwem i wzruszeniem. Ale moim marzeniem jest, by tamten stadion, na którym przez lata siadałem na sektorze B, na górnej części krytej, stał nadal, a obok wzniósłby się drugi obiekt - ten, na którym dziś dopingujemy Legię. Stary stadion to było miejsce, na którym zostało tyle wspaniałej energii... Dobrze, że została przynajmniej część trybuny.

Najlepszy piłkarz Legii w historii?

- Powiedziałbym, że Lucjan Brychczy, gdyby nie Kazimierz Deyna. Niech będzie ex equo. Za ich plecami umieściłbym Darka Dziekanowskiego. Pewnie mógł osiągnąć więcej, ale poziom, który prezentował był niezwykle wysoki.

W juniorach Legii grał pan z numerem osiem. Tak, jak w obecnej Legii Ondrej Duda. Co pana zdaniem się z nim stało?

- Przyczyn jego słabszej gry szukałbym w głowie, bo to właśnie tam ma swój początek to, co dzieje się z nami. Dobrego i złego. Proszę spojrzeć na naszych skoczków. Oni mogą być doskonale przygotowani do sezonu, ale gdy w głowie przestaje działać jeden element, to wszystko się zaczyna sypać. A jak już wszystko się posypie, wpada się w pewną spiralę. Potrzebny jest wtedy ktoś, kto taką sytuację uzdrowi. Może Duda miał gdzieś z tyłu głowy to, że czekają go nowe wyzwania w wielkim, zagranicznym klubie. Może jego podświadome zaangażowanie nie było już na tym samym poziomie, co na początku gry w Legii. On na pewno bardzo chce, ale gdzieś brakuje połączenia między chęcią, a wiarą płynącą z serca w to, że warto.

Stanisław Czerczesow naprawi Dudę i Legię?

- Ocenimy to niebawem. Myślę, że z jego metody spowodują to, że kilku piłkarzy nie da sobie rady i odpadnie, ale ci najbardziej utalentowani odżyją. Nie spodziewam się jeszcze wielkich sukcesów w lutym i w marcu, ale myślę, że w kwietniu, gdy przyjdą te najważniejsze spotkania, Legia zacznie grać na właściwym poziomie. I Duda też będzie tym Dudą, którego chcemy oglądać, bo jest to niewątpliwy talent.

Czerczesow to dla Legii lepszy trener niż Henning Berg?

- Zawsze ten nowy trener jest lepszy, bo niesie nadzieję. Nie można jednak przekreślać zasług Berga. Norweg wpadł w pewnym momencie w jakiś rozdźwięk między rzeczywistością, a swoim światem wewnętrznym. Zamknął się i widzieliśmy zjawisko oblężonej twierdzy. Być może osiągnął swój pułap, którego nie potrafił przeskoczyć.

My, kibice padliśmy z kolei ofiarą mitu Alexa Fergusona, według którego doskonały menedżer pracuje w klubie kilkanaście lat. Ten mit w wypadku Berga zadziałał ze zdwojoną siłą, bo był on w pewnym sensie wychowankiem Szkota. Zresztą sam temu nie zaprzeczał. Czasami trener może pracować tylko kilka lat z drużyną i odcisnąć na niej piętno, zmienić historię klubu. Być może on swoje apogeum w Legii osiągnął w Lidze Europejskiej.

Berg pana zawiódł?

- Trochę tak. Nie zachował się honorowo w momencie, gdy było wiadomo, że nic z tego nie będzie. Obserwowaliśmy grę pracownika z pracodawcą, miałem wrażenie że w pewnym momencie chodzi już tylko o wysokość odprawy. Ale nie zabierze mi to wzruszeń i chwil przyjemnych, gdy ta drużyna grała naprawdę dobrze. Największym sukcesem Norwega było moim zdaniem pozbieranie drużyny po tąpnięciu, którym była sprawa Bartosza Bereszyńskiego. Po drugim tąpnięciu, czyli odejściu Miroslava Radovicia zaczął się wyraźny regres. Drużyna utraciła nadzieję.

Widzi pan jakieś podobieństwa w zawodzie trenera i reżysera?

- Tak. Bardzo wiele zależy w obu przypadkach od sfery, którą trudno nazwać racjonalną. Trener może zrobić wszystko najlepiej jak się da, uniknąć błędów, świetnie przygotować drużynę i przeżyć najgorszy sezon w swojej karierze. W reżyserii jest podobnie. Filmy świetne - jeśli chodzi o rzemiosło, relację jakości do ceny, realizację scenariusza - często bywają niedocenione, są niepopularne. Mówiąc prościej - liczba popełnionych błędów nie zawsze ma przełożenie na wynik.

Oglądając obecną Legię ma pan nadzieję na Ligę Mistrzów?

- My, kibice klubu z Łazienkowskiej, mamy przeznaczoną rolę tych, którzy żyją nadzieją. W ogóle kibice wszystkich klubów żyją nadzieją, tylko że tym z Madrytu, Barcelony czy Monachium te nadzieje się spełniają często, a nam tylko od czasu do czasu. Proszę spojrzeć na reprezentację - jedno zwycięstwo z Niemcami wzniosło tę drużynę na wyższy poziom, czego efekty widzieliśmy w kolejnych miesiącach. I ja wierzę, że Legia wejdzie do Ligi Mistrzów i że to wydarzenie będzie takim symbolicznym zwycięstwem nad Niemcami, które spowoduje wiele pozytywnych zmian. Także w całej ekstraklasie.

W książce, wywiadzie-rzece "Chłopaki niech płaczą", mówił pan: "Na co dzień staram się tłumić swoje oczekiwania, choćby po to, by przeżywać miłe niespodzianki". To się odnosi także do Legii?

- To się odnosi do wszystkiego. Ile razy w życiu szedłem gdzieś z przekonaniem, że nie będzie żadnych problemu, tyle razy te problemy się pojawiały. To się nazywa pokora. Oczekuję jak najmniej, by wszystko co dostanę było nagrodą, by przynosiło satysfakcję. Trzeba iść krok po kroku, ciężko pracować i wierzyć, że na końcu czeka nagroda. Dzięki takiemu podejściu, przynajmniej mnie samemu, żyje się łatwiej.

Legii brakuje pokory?

- Nazwałbym to pułapką, w którą się wpada, gdy żyje się dość dobrze. Mówię tu o piłkarzach. Komfort powoduje pewne uśpienie ambicji i obniżenie poziomu determinacji. Tak bywa i nad tym powinni pracować właściciele Legii i innych klubów ekstraklasy. Chodzi mi o takie konstruowanie kontraktów, które w jak największym stopniu wpływałoby na motywację w każdym meczu, a w jak najmniejszym stopniu powodowały przyjemną stabilizację. Bo przyjemna stabilizacja jest dobra na emeryturze, a nie w sporcie.

Polska piłka jest przepłacona?

- Tak myślę. Spójrzmy na Czechy, spójrzmy na Piast Gliwice i Kamila Vacka, który podniósł poziom rozgrywek za stosunkowo niewielkie pieniądze. Nam się wydaje, że płacąc za piłkarzy coraz większe pieniądze, do klubu trafią wprost proporcjonalnie do pensji lepsi gracze. To tak nie działa. Bardzo szybko większość z nich - nie mówię, że wszyscy - zaspokaja swoje aspiracje już na samym początku kariery.

Jak to zmienić?

- Polityką kontraktową. Nasza liga może być świetną trampoliną do wielkiej kariery. A nie możliwością zarobienia przez kilkanaście lat takich pieniędzy, które pozwolą na dostanie życie - w porównaniu z resztą społeczeństwa. Piłkarze nie mogą tu osiągać finansowego spełnienia, muszą cały czas być stymulowani do chęci rozwoju. Oni muszą wiedzieć, że pierwsze poważne pieniądze zarobią dopiero wtedy, gdy opuszczą ekstraklasę.

Muszę tu przytoczyć pewną historię, która zilustruje to, o czym mówię. Czytałem kiedyś wywiad z pewnym piłkarzem, który wyjechał z ekstraklasy mając 23, może 24 lata. Miał wtedy na koncie chyba sześć meczów w reprezentacji i około 30 meczów w ekstraklasie, w której strzelił 10 goli. Wywiadu udzielał już za granicą, po kilkunastu meczach w nowym klubie. I w tej rozmowie powiedział, że ma poczucie, iż w futbolu osiągnął już wszystko. I dodał, że brakuje mu motywacji. Zapamiętałem to, bo były to słowa tragiczne i to nie mógł być jednostkowy przypadek. Nawet zrobiło mi się go żal, że człowiek z pewnym uzdolnieniem nie ma szans osiągnąć więcej, bo tego nie potrzebuje. Co zatem mają powiedzieć Messi, Ronaldo czy Lewandowski, którzy są na światowym topie? Raz jeszcze powtórzę: stabilizacja jest zakałą polskiej piłki.

Sprawia pan wrażenie spokojnej, stonowanej osoby. Na meczach to się zmienia?

- Raczej nie. Oczywiście zdarzają się wulgaryzmy, ale unikam ogromnych emocji. Zarówno skrajnej radości, jak i skrajnej frustracji, to zjada człowieka . Są jednak dwa przypadki kiedy się bardzo denerwuję i jestem więcej niż impulsywny. To mecze decydujące o awansie Legii do rozgrywek europejskich lub awansie reprezentacji do dużego turnieju. A druga rzecz? Może zostanę uznany za heretyka, ale dostaję białej gorączki, gdy oglądam drużyny prowadzone przez Pepa Guardiolę. Ten styl to morderstwo dokonywane na żywym organizmie futbolu, którego kwintesencją są długie przerzuty, błyskotliwe ataki skrzydłami i efektowne strzały z dystansu. Nie mogę patrzeć na te nudne, hipnotyzerskie mantry Guardioli. Ale doceniam jego wyniki, z nimi trudno dyskutować.

W 2010 roku był pan jedną z twarzy tzw. kampanii "truskawkowej", promującej nowy stadion i nową drużynę. Krytyka tej akcji była ogromna. Żałuje pan tej roli?

- Nie żałuję i bardzo mocno chcę zaakcentować jedną rzecz: niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że ja lub Wojtek Gąssowski, który też brał w tym udział, wzięliśmy choćby złotówkę za to przedsięwzięcie. Zrobiliśmy to tylko i wyłącznie z miłości do klubu. Tym bardziej krytyka tej kampanii jest moim zdaniem nie na miejscu. Być może był to zły czas, bo już wtedy rodził się konflikt władz z kibicami, ale za te relacje proszę nas nie winić. To my poświęciliśmy swój czas, swoją energię i naraziliśmy się na falę krytyki tylko dlatego, że chcieliśmy jak najlepiej dla Legii.

Jak się panu podoba aktualna kultura kibicowska?

- Moje kibicowanie jest oparte na szacunku, a nie na niechęci. Wierzę w to, że można budować swój sukces, niekoniecznie kosztem innych. Kibicuję Legii Warszawa, nie kryję się z tym i nic tego nie zmieni. Jestem dumny z tego, że jestem legionistą. Nie oznacza to jednak tego, że mam pogardzać kimkolwiek ze względu na to, że jest kibicem innego klubu. To prosta i normalna filozofia, ale o sprawach normalnych i oczywistych często trzeba przypominać.

A cała kultura kibicowska to rzecz fenomenalna na skalę światową. Przecież niektóre oprawy przechodzą do historii. Ale jednocześnie pewnym ludziom zdarzają się rzeczy niewybaczalne, które przekreślają wszystkie wcześniejsze dokonania. Jedna rozróba potrafi przekreślić cały sezon doskonałego kibicowania i wspaniałych opraw. Wierzę, że wszyscy będą pamiętać o tym, że każdy fałszywy krok jednej osoby może uderzyć w klub - nie mówię tylko o Legii - po którym tenże może się nie podnieść.

Jakie jest pana marzenie związane z Legią?

- Marzy mi się sytuacja, w której mistrz Polski będzie miał automatycznie zapewnione miejsce w Lidze Mistrzów, a wicemistrz w Lidze Europy. I oczywiście, żeby to pierwsze miejsce zawsze zajmowała Legia Warszawa.

No, prawie zawsze (śmiech).









Wytatuowali sobie herby klubu na ciele, choć grają gdzie indziej [ZDJĘCIA]