Legia i jej model szkolenia. Jak wychowywać młodego legionistę?

- Przez wiele lat Legia była wojskowym klubem, którego w ogóle nie interesowało szkolenie młodzieży. Zaczynaliśmy od zera. Jak 15 lat zakładaliśmy Akademię, to nie było tutaj nic. Pamiętam, jak w 2002 r. do Warszawy przyjechał Luis van Gaal z Barceloną, stanął obok naszego zabłoconego boiska razem z Carlesem Puyolem i obaj, uśmiechając się skrycie, dziwili się, jak mogą tutaj trenować dzieci - mówi Jacek Mazurek, dyrektor ds. wyszkolenia.
Bartłomiej Kubiak: Juniorzy Legii przegrali 1:5 dwumecz w UEFA Youth League z FC Midtjylland. Wynik mówi właściwie wszystko - to przepaść. I to między Polską, a Danią, która przecież żadną potęgą nie jest.

Jacek Mazurek: Widziałem oba mecze, podobnie jak poprzednie, w pierwszej rundzie z bułgarskim Liteksem Łowecz, gdy dwumecz wygraliśmy 5:2. Ale, jak rozumiem, pan pyta, o wnioski z meczów z Midtjylland. No cóż, z Duńczykami przegraliśmy zasłużenie, w tym dwumeczu wypadliśmy bardzo słabo. Brakuje nam takiej rywalizacji na najwyższym poziomie. Pamiętajmy jednak, że rozmawiamy o piłce młodzieżowej, a ta zawsze będzie rządzić się innymi prawami, odbiegać od seniorskiej. Tu duże pokłady są w mentalności. Za tydzień gralibyśmy ponownie dwumecz z tą samą drużyną i gwarantuję, że mógłby pan przecierać oczy ze zdumienia. Oczywiście, po dwumeczu przegranym 1:5 można krytykować wszystko i wszystkich, ale w mojej ocenie ten nasz debiut w Youth League nie wypadł wcale tak źle.

Dlaczego?

- Ktoś powie, że ograliśmy marnych Bułgarów, czyli żadną potęgę. To jednak nie była słaba drużyna. Poza tym w Youth League nasi juniorzy grali po raz pierwszy. Przecież my dopiero pukamy do Europy, gonimy taką Danię, która co prawda w rankingu FIFA jest osiem miejsc niżej od nas, ale w ostatnich latach była wyżej. Nie boję się tego powiedzieć: Midtjylland to mistrz kraju, który w tej chwili jest od nas lepszym zespołem, ale od Broendby i kilku duńskich zespołów też . Z drugiej strony nie dzieli nas aż taka przepaść, by w perspektywie kilku lat jej nie przeskoczyć. Wierzę, że możemy stać się podobną, a nawet lepszą drużyną od Duńczyków. Ale na to potrzeba czasu.

Ile?

- To nie jest tak łatwo określić, ale mamy plan. Po to gramy sparingi z Herthą czy Wolfsburgiem, coraz częściej występujemy w bardzo silnie obsadzonych turniejach międzynarodowych, by to tej Europy zbliżyć się jak najszybciej. Potrzeba też pracy całego kraju.

To znaczy?

- Polska ma blisko 40 milionów obywateli, a więc także wielu utalentowanych zawodników. Ale my sami nie poprawimy wyraźnie poziomu szkolenia. Jeden, przepraszam parę klubów, tego nie pociągnie, nawet z tak rozpoznawalną marką jak Legia.

Jak ten poziom poprawić?

- Nie chcę podważać autorytetów, działań związku, ale zawsze mówię o tym otwarcie i teraz też powiem: powinniśmy w kraju dążyć do bardziej elitarnych rozgrywek. Co mam na myśli? By co drugi rocznik, już od trampkarzy, gdzie w wieku 8-12 lat chłopcy rozwijają się najszybciej, rywalizował z drużynami z całej Polski. Takie podejście do sprawy podniesie poziom, ułatwi selekcję wśród 14, 15-latków, którzy w tym wieku już powinni być elitą szykowaną do gry w pierwszej drużynie, a nie dopiero do niej przymierzaną.

Teraz mamy Centralną Ligę Juniorów i w zasadzie to wszystko. Kształtują się w niej 17, 18-latkowie, ale przecież doskonale wiemy, że nie zawsze w tych rozgrywkach grają najlepsi. Bo albo ktoś pojedzie na kadrę, albo gra w drugiej drużynie czy na co dzień trenuje w pierwszej. Tak będzie zawsze. I dobrze, bo to podnosi poziom rozwoju młodego zawodnika. Ale w młodszych rocznikach takich scentralizowanych rozgrywek nie ma, gramy z dużo słabszymi rywalami. Często wygrane po 15:0 nie dają miarodajnych ocen, ciężko po takich meczach wyciągać sensowne wnioski. Dlatego właśnie jeździmy do takiej Herthy, staramy się organizować sparingi z Lechem albo Zagłębiem Lubin, by mieć lepsze porównanie. Ale to nie wystarczy - sparing nigdy nie ma takiego wymiaru, jak mecz ligowy czy pucharowy. Dlatego ten nasz zeszłoroczny występ w Youth League był sprawdzianem, który dał nam bardzo dużo materiału do analizy. Po tym, jak my albo inny polski klub zagra w tych rozgrywkach kilka razy z rzędu będziemy mądrzejsi, lepsi. W tej chwili nie mamy jednak na co dzień takich przeciwników, by móc to ocenić tu i teraz. Słowem, po dzisiejszych wnioskach na efekty będziemy musieli czekać kilka lat. Ale na tym polega praca z młodzieżą.

"Różnica dzieląca oba zespoły była widoczna szczególnie w pierwszym spotkaniu, ale wynikała ona z ustawienia. Jak się cofamy, to dajemy grać w piłkę drugiemu zespołowi" - mówił po meczach z Midtjylland Arkadiusz Najemski. Nie dziwi pana taka wypowiedź piłkarza Legii, który gdzieś między wierszami skrytykował poziom szkolenia i przygotowania taktycznego?

- Pan mnie teraz prowokuje. Tak, czytałem tę wypowiedź Arka, ale uważam, że nie do końca tak myśli. Poza tym istotne były okoliczności - przecież jakbyśmy grali pierwszy mecz z Midtjylland u siebie, to taktycznie rozegralibyśmy to inaczej - zaczęlibyśmy zdecydowanie agresywniej i odważniej. Z Liteksem też graliśmy najpierw na wyjeździe i też nie atakowaliśmy, a wygraliśmy. Różnica między seniorami, a juniorami jest kolosalna, ale zawodnicy mający po 18-19 lat już nie grają w radosny futbol dla dzieci, tylko przygotowują się do dorosłego grania, gdzie poza podnoszeniem umiejętności też ważna jest strategia.

Myśli pan, że to nasze cofanie z Midtjylland to był strach? Nie. W rewanżu jakoś potrafiliśmy zaatakować Duńczyków. Początek meczu był bardzo dobry w naszym wykonaniu, zdecydowanie najlepszy fragment z tych czterech spotkań w Youth League. Zabrakło nam konsekwencji po straconym golu, którego Duńczycy strzelili nam z kontry. Ale chcę jednoznacznie uzmysłowić, że założenia taktyczne na tym etapie są już bardzo istotne. Obserwowaliśmy Midtjylland przed spotkaniami z nami, wiedzieliśmy, jaki potencjał ma ta drużyna. Że jest bardzo silna. Wyobrażam sobie, jaka byłaby reakcja opinii publicznej, gdybyśmy otworzyli się w pierwszym meczu, zagrali ultraofensywnie i np. wysoko przegrali.

Jak na razie tylko w Polsce możemy zakładać sobie, że bez względu gdzie i z kim gramy, możemy dominować w meczu. I to jest realna ocena stanu rzeczy, i to chyba nie jest nic złego, prawda?

Od dwóch lat oglądam turniej Legia Cup, gdzie wasza drużyna - delikatnie mówiąc - odstaje od konkurencji. Kto był w listopadzie na Łazienkowskiej, ten widział, że w niektórych meczach, np. z Juventusem, mieliście problemy, by wyjść z piłką z własnej połowy, stworzyć ofensywną akcje. Czemu ta różnica jest aż tak widoczna?

- Skłamałbym, gdybym jej nie widział. Od kilku lat przyjeżdżają do nas na Legia Cup drużyny, które najlepiej szkolą młodzież w Europie. Jak na razie są zdecydowanie silniejsze pod względem mentalnym i musimy się z tym pogodzić. Ale to nie oznacza, że nie możemy tego zmienić. To, że chcą przyjeżdżać też jest naszym dużym sukcesem organizacyjnym.

Słowem, konfrontacja z najlepszymi będzie zmniejszała te różnice, a przy tym jest dla nas niezwykle cennym materiałem do analizy. Mamy okazję, nie ruszając się z Warszawy, podpatrywać wzorce, do których chcemy dążyć. Nie chcę nas na siłę usprawiedliwiać, dlatego odpowiedzieć na pytanie o różnicę, wolałbym za jakieś dwa, trzy lata. Jestem przekonany, że ten okres przyniesie duże zmiany na naszą korzyść.

Jak wygląda model szkolenia w Akademii Legii?

- Gdybym miał go panu przedstawić od A do Z, to nie starczyłoby nam czasu. Tym bardziej, że ten model nie jest czymś stałym. Ewoluuje i tak będzie zawsze, bo to jest praca z żywym organizmem, młodymi ludźmi. Oczywiście według wzorców, które w Akademii są spójne dla danych roczników - począwszy od przygotowania motorycznego, przez przygotowanie taktyczne, doskonalenie techniki, kończąc na medycynie i fizjoterapii. W zasadzie już dla dzieci od trzeciego roku życia, które uczestniczą w projekcie Przedszkoli Legii i Soccer Schools mamy wszystko wypracowane.

Nie myśleliście o tym, by obok Legia Soccer Schools stworzyć np. dwie, trzy grupy najzdolniejszych kilkulatków? LSS to projekt masowy, komercyjny.

- Jest masowy, ale nie komercyjny. Oczywiście pobieramy składki, zapisać do nich można każde dziecko od trzech do siedmiu lat. No i rozrastają nam się przedszkola. Ale właśnie o to chodzi. Ta podstawa musi być szeroka. Dlaczego? Bo nie szukamy profesjonalizmu na tym poziomie. LSS to jest zabawa, ale też nauka - systematyczności, współpracy w grupie, podstaw techniki oraz poprawienie ogólnej sprawności fizycznej u dzieci. Chcemy rozwijać te cechy u najmłodszych, a przy tym wychowywać nowe pokolenie kibiców. OK, niewielki procent tych dzieci zostanie piłkarzami, ale pewnie wielu z nich zostanie legionistami na całe życie, co z perspektywy klubu jest równie ważne. A ci, którzy będą mieli największy talent, zapał i cierpliwość zostaną w strukturach Legii, trafią do naszej Akademii, i to jest jasne. Więcej, jestem przekonany, że za kilkanaście lat nie będziemy mówili o Michale Kopczyńskim czy Kubie Szumskim, którzy trafili do nas w wieku ośmiu lat, tylko właśnie o takich trzylatkach grających w pierwszej drużynie, a zaczynających właśnie w naszych przedszkolach.

Do pierwszego zespołu Legii wychowankowie Akademii raczej się nie przebijają. Trener Stanisław Czerczesow na pierwszej konferencji powiedział, że nie jest św. Mikołajem, by rozdawać prezenty. Henning Berg też mówił, że młody nie będzie grał tylko dlatego, że jest młody. Mamy słabszą generację młodych piłkarzy niż jeszcze kilka lat temu?

- Tak, ale to nie chodzi tylko o sport. Po prostu - młodsi są słabsi pod względem siły, wytrwałości, a poza tym, ogólnie, coraz bardziej roszczeniowi. Wymagają od wszystkich, tylko nie od siebie.

Czego brakuje Jakubowi Arakowi? Dlaczego nie ma w Legii Aleksandra Jagiełły?

- Pana pytanie brzmi tak, jakby już nigdy nie mieli szansy zagrać z "elką" na piersi. Na dzisiaj jeszcze nie mają takich umiejętności o czym np. mówią trenerzy pierwszej drużyny, których pan przytaczał. Ale ja naprawdę bardzo w nich wierzę. Wierzę, widzę i jestem przekonany, że będą ciągle zwiększać swoją jakość, co może ich doprowadzić do występów w pierwszej drużynie Legii.

Piłkarze z Akademii są rozpieszczeni?

- Na pewno mają u nas wszystko, co jest niezbędne do rozwoju. O nic się nie martwią, muszą tylko dbać o prawidłową realizację swoich wyznaczonych celów. Ale z drugiej strony stawiamy przed nimi olbrzymie wymagania. Dlatego nie nazwałbym tego rozpieszczeniem.

Czego od nich wymagacie?

- Muszą nie tylko podnosić jakość swojego treningu, dbać o dietę i odpoczynek, ale też zachowywać się odpowiednio w szkole, przywiązywać wagę do rozwoju intelektualnego. Nie chodzi nam o to, by byli najlepszymi uczniami w klasie, ale muszą zdać maturę, nauczyć się na tyle języka angielskiego, by w już w wieku kilkunastu lat byli przygotowani do zagranicznego wyjazdu.

"Najlepiej jednocześnie starać się wychowywać swoich piłkarzy i coraz więcej inwestować w pierwszą drużynę" - mówi Bogusław Leśnodorski. "Nie wiem, czy potrafimy już szkolić, ale chyba umiemy selekcjonować młodych z innych klubów" - przyznaje. To jaką drogą chcecie iść: szkolenie czy szukanie piłkarzy?

- Dwutorowo, i to się w Legii nigdy nie zmieni. Zawsze będziemy starali się sprowadzać najlepszych piłkarzy z Polski i tych z zagranicy, którzy są w naszym zasięgu finansowym. A do tego inwestować w naszą najzdolniejszą młodzież z Akademii. Nie czarujmy się, grając dzisiaj samymi naszymi wychowankami nie zdobędziemy mistrzostwa i nie zagramy w pucharach. No chyba, że po kilku sezonach, ale na chude lata nie możemy sobie pozwolić. Jesteśmy Legią. I nie mówię tak dlatego, że sportowo nie ma takiej możliwości, tylko dlatego, że wyjątkowych wychowanków - co pokazała już nasza krótka historia - nie utrzymamy w naszym klubie.

Jesteście w stanie ściągać najlepszych młodych piłkarzy z Mazowsza?

- Pytanie, co to znaczy "najlepsi"? Ktoś może mieć super umiejętności, ale mentalnie nie da sobie rady, bo ma problemy z motywacją. Takich piłkarzy w Legii nie chcemy. Zresztą, zdarza się, że są tacy, którzy wcale nie chcą do nas przychodzić. Dlaczego? Bo zdają sobie sprawę z rywalizacji, która na nich tutaj czeka. My sami też tego nigdy nie ukrywamy. Nikogo, kto do nas przychodzi, nie oszukujemy, nie koloryzujemy, nie opowiadamy bajek w stylu: "Zrobimy z ciebie piłkarza na 100 proc. Za rok, dwa będziesz grał w pierwszej drużynie".

W ostatnim czasie z Akademii odeszło albo zwolnionych zostało kilku trenerów. Nie uważa pan, że częste zmiany tylko burzą pracę, szczególnie w piłce młodzieżowej?

- Nie jest tak, że my chcemy zwalniać trenerów. Te zmiany wynikają z rozbieżności, są podejmowane po wnikliwiej analizie. Praktycznie każdego trenera mamy już na kontrakcie, a nie na umowie na czas nieokreślony, co ułatwia jego ocenę i możliwość przedstawienia mu ścieżki rozwoju. Taki sam mechanizm działa w przypadku zawodników. Jeśli mamy w Akademii zdolnego piłkarza, ale widzimy, że się nie rozwija albo nie pracuje w myśli filozofii naszego klubu, to się z nim żegnamy, nie przedłużamy kontraktu. Z trenerami jest podobnie. Nie wszyscy pasują.

Młodzi trenerzy, tak samo jak rodzice zawodników, często bywają niecierpliwi, nie mają w sobie pokory. I choć mają wiele pomysłów, patentów i, wydawałoby się, że są wysoko uzdolnieni w jakimś obszarze, to nie potrafią się poświęcić, mieć szacunku do innego współpracownika, czyli jednym słowem klubu. Niewielu z nich udowodniło, że akurat ich pomysł działa. Do tego oni często kwestionują metody doświadczonych trenerów. I to jest dziwne, dla mnie trochę niezrozumiałe. Nie wyobrażam sobie, że jako młody trener, miałbym uczyć Rudolfa Kaperę. Oczywiście, miałem zawsze swoje zdanie, czasami się z trenerem Kaperą nie zgadzałem, ale to on był moim przełożonym, więc musiałem szanować jego wizję. W dzisiejszych czasach tego szacunku za wiele nie ma. Niestety duże grono młodych osób jest zapatrzonych w siebie, interesuje się tylko i wyłącznie swoim rozwojem. Zapomina o tym, że najlepszy nauczyciel lub trener, to ten który potrafi nauczyć inną osobę, nie siebie.

Czemu z Akademii odszedł Andy Sasimowicz?

- Nie określaliśmy sobie, jak długo będzie u nas. Andy bardzo chciał spróbować szkolić w Polskim klubie, a my bardzo chcieliśmy, by zaszczepił u naszych trenerów i młodych zawodników wzorce jaki panują w Anglii. Moim zdaniem próba się powiodła. Poza tym Andy przyjechał tu bez żony i rodziny. Pobyt w Warszawie nie był dla niego łatwy. Po kilku miesiącach koordynowania naszej Akademii postanowił wrócić do Anglii. To była jego decyzja, którą zaakceptowaliśmy i uszanowaliśmy.

Bardzo ciepło wspominamy Andy'ego. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nas odwiedzi i zobaczy, jak to wszystko się zmienia.

Często słyszy się, że nie możemy dobrze szkolić, bo nie mamy infrastruktury: bazy z pięcioma boiskami, bursy - czy to nie jest wymówka?

- Sam się nad tym zastanawiałem, i to długo, czy nie dochodzimy do takiego momentu, w którym szukamy wymówek, stajemy się oportunistami. Ale nie. Jak przypomnę sobie czasy, kiedy powstawała nasza Akademia i kiedy o 17 robiło się ciemno, to musieliśmy skracać treningi, bo nie mieliśmy oświetlenia. Teraz oświetlenie jest. Ale do niedawna mieliśmy inny problem, bo kiedy nasypało śniegu po kolana i złapał kilku, a nawet kilkunastostopniowy mróz, to boisko nie nadawało się do użytku. Od dwóch lat mamy balon, który daje nam komfort trenowania nawet zimą. Pamiętając to, co było trzy lata temu, nie możemy narzekać na bazę. Ale przecież, gdybyśmy mieli infrastrukturę na jeszcze lepszym poziomie, to proces szkolenia byłby ułatwiony. Tym bardziej, że na Łazienkowskiej priorytetem była jest i będzie pierwsza drużyna. Jak ona gra u siebie mecz ligowy, to nie trenujemy. Jasne, że więcej boisk nie oznacza, że ktoś będzie lepszym zawodnikiem. Ale ośrodek z prawdziwego zdarzenia przyspieszyłby nasz rozwój.

Został pan dyrektorem ds. wyszkolenia, co to tak właściwie oznacza?

- Mam wpływ na trenerów, na zawodników, a moim zadaniem jest sprawić, by Akademia funkcjonowała spójnie z pierwszą i drugą drużyną. Ktoś powie, że z pozycji dyrektora sportowego przeszedłem na niższy szczebel, ale ja do tego tak nie podchodzę. Klub mnie widzi na tym stanowisku, a ja czuję się na nim dobrze. Od zawsze praca z młodzieżą była dla mnie niesłychanie ważna.

Akademia Legii ma już 15 lat - jak pan podsumuje ten czas?

- Przez wiele lat Legia była wojskowym klubem, którego w ogóle nie interesowało szkolenie młodzieży. Zaczynaliśmy od zera. Jak 15 lat zakładaliśmy Akademię, to nie było tutaj nic. Pamiętam, jak w 2002 r. do Warszawy przyjechał Luis van Gaal z Barceloną, stanął obok naszego zabłoconego boiska razem z Carlesem Puyolem i obaj, uśmiechając się skrycie, dziwili się, jak mogą tutaj trenować dzieci.

Teraz krytykuje się nas, że przegrywamy z mistrzem Danii, a prawda jest taka, że jeszcze kilkanaście lat temu przegrywaliśmy mecze w Warszawie. Po tych pierwszych naborach zajmowaliśmy na stołecznych turniejach ostatnie albo jedne z ostatnich miejsc. Gdy już się poprawiliśmy, to zaczęliśmy szukać sparingpartnetów poza Warszawą i też było źle, przegrywaliśmy. Dopiero od kilku lat liczymy się w rozgrywkach młodzieżowych w Polsce, zdobyliśmy drużynowo kilka młodzieżowych mistrzostw Polski i wyszkoliliśmy kilku zawodników na wysokim poziome, którzy odeszli z Legii za parę milionów euro.

Teraz stawiamy kolejny krok, chcemy zacząć liczyć się w Europie. I jeżeli zachowamy cierpliwość, będziemy nadal wyciągać odpowiednie wnioski, to w tej Europie będziemy się liczyć. Ja jestem w Akademii od początku, przeżyłem przez te lata naprawdę wiele zmian w sztabie pracowniczym. Mimo ich i tak sztab naszych ludzi staje się coraz bardziej doświadczony. Co widać po tym, że osoby z Akademii piastują bardzo ważne funkcję w klubie w różnych obszarach, jak szkolenie w pierwszej czy drugiej drużynie, fizjoterapii czy skautingu.

Wiem, że gdyby właściciele Legii nie mieliby tyle cierpliwości, to nigdy nie doszlibyśmy do takiego poziomu, w którym jesteśmy. Dlatego przestańmy narzekać, tylko zacznijmy szukać sposobów, by cały czas stawać się lepszym.

Ale ja nie chcę narzekać, tylko - podobnie jak kibice - czekam na prawdziwego wychowanka, który będzie regularnie występował w pierwszym zespole. Kiedy taki się pojawi?

- A Rafał Wolski, Dominik Furman, Michał Żyro, Daniel Łukasik, nawet Ariel Borysiuk? Każdy z nich, to jest praca naszej Akademii i nieważne w jakim wieku ci piłkarze do niej przyszli. Jest ich pięciu, a minęło właśnie pięć lat jak Akademię opuścili zawodnicy z rocznika 1991. Rachunek jest prosty: średnio w każdym roku Legia potrafi wyeksportować jednego zawodnika za duże pieniądze. A co to znaczy "duże", to każdy już sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jak na tak krótkie tradycje Legii w piłce młodzieżowej, to wydaje mi się, że to nie jest zły wynik.

Ale wymieniona piątka to nie są legioniści od dziecka, chłopcy, którzy futbolu nauczyli się przy Łazienkowskiej. Ich ściągaliście z Mazowsza albo okolicy.

- Jak mówiłem: zawsze będziemy starali się sprowadzać najlepszych piłkarzy z Polski. Akurat z tymi tak było, ale trudno powiedzieć, że nic im nie daliśmy, niczego nie nauczyliśmy. Przeciwnie - w Legii się rozwinęli. A że potem odchodzili? Powtórzę jeszcze raz: najlepszych zawodników nie utrzymamy w klubie. No chyba, że Legia będzie grała regularnie w Lidze Mistrzów, co pewnie nawet i wtedy może się nie udać.

Dlaczego zawodnicy z Akademii, którzy wyjeżdżali do przeciętnych albo średnich europejskich klubów - Furman do Toulouse, Wolski do Fiorentiny, Borysiuk do Kaiserslautern - nie byli w stanie wywalczyć sobie miejsca w składzie? Właściwie tylko jeden piłkarz z Akademii poradził sobie w innym klubie, i to nie na zachodzie, a na wschodzie - Maciej Rybus w Tereku, który swoją drogą przyszedł późno do Legii, bo wieku 18 lat.

- Widać, że nie pokonali swoich słabości. Może trochę będę mówił przeciwko nam, ale w Polsce nie mamy szkolenia na takim poziomie jakie jest w tych krajach, do których wyjeżdżali ci piłkarze. Zresztą - już abstrahując od tych nazwisk - problemem w naszym kraju jest nie tylko szkolenie, ale też mentalność piłkarzy. Z presją oni sobie raczej radzą, ale nie do końca z motywacją. A ta nie zależy już tylko od klubu, trenera czy dyrektora. My możemy mówić, że trzeba pracować. Ale z drugiej strony taki piłkarz słyszy: "Nie, ciebie tu nie doceniają, odejdź do innego klubu, tam będziesz grał". W takich przypadkach albo zawodnik jest skołowany, albo ma głowę na karku. Pracujemy nad tym, by tych drugich było więcej.

I jest?

- Profesjonalne kluby z pierwszej, drugiej, trzeciej ligi cały czas chcą naszych piłkarzy. Od stycznia tych zapytań było tyle, że w zasadzie, gdybyśmy się godzili, a piłkarze chcieli odchodzić, to nie mielibyśmy w tym momencie całej drugiej drużyny i juniorów starszych.

Nikt nie chciał odchodzić?

- Generalnie działa taka reguła, że jeśli ktoś trafił do Legii w późniejszym okresie, to chce w niej zostać jak najdłużej. Ci co jeszcze nigdy nie zakosztowali gry w innych klubach, to często - będąc nie przygotowanym w pełni na rywalizację w dorosłej piłce - chcą spróbować czegoś innego. Ale takich piłkarzy wielu nie ma. Poza tym, jak później wracają albo się spotykamy, to dopiero doceniają wszystko, co spotkało ich w Legii.

Ale to szeroka dyskusja. W skrócie: nam zależy, by ukształtować nie tylko dobrego piłkarza, ale i człowieka. Samoświadomość w życiu jest bardzo ważna.

Jestem jednak przekonany, że dojdziemy do takiego poziomu, i to nie za 15 lat, a za kilka, że będziemy kształtować jednostki, które zaczną u nas grać, wyjadą na Zachód i tam, w lepszych zespołach, będą sobie radzić. Ale, by takich piłkarzy było więcej, to są potrzebne szersze zmiany. Sama Legia ich nie wyprodukuje. Dlatego cieszy nas, że np. Zagłębie Lubin mocno inwestuje w swoją akademię. Im więcej klubów z mocnymi fundamentami, tym lepiej dla wszystkich.