Aleksandar Prijović. Dziś stać cię na wszystko, jutro możesz zostać z niczym [ROZMOWA]

- Był moment, że stałem się bardzo arogancki. Teraz chcę być najlepszy, ale dla samego siebie - mówi Aleksandar Prijović, napastnik Legii Warszawa


25-letni Szwajcar trafił do Legii latem z tureckiego Boulsporu za 320 tysięcy euro. W barwach wicemistrzów Polski wystąpił w 31 spotkaniach i strzelił 10 goli.

Paweł Jędrusik: Koniec roku to zawsze czas podsumowań. Jaki to był rok dla Aleksandara Prijovicia?

Aleksandar Prijović: Dobry. Pierwszą część roku spędziłem w Turcji, strzeliłem tam dziewięć goli i moja postawa została dostrzeżona przez Legię. W Warszawie do tej pory zdobyłem 10 bramek, walczymy o mistrzostwo, o Puchar Polski, graliśmy w fazie grupowej Ligi Europy. Oczywiście zawsze może być lepiej, ale ja nie jestem z tych, co narzekają.

Czujesz się szczęśliwym 25-latkiem?

- I to jak! Zdrowie dopisuje, gram w piłkę i co najważniejsze - spodziewamy się z żoną dziecka. Ja i moja rodzina będziemy przez to związani z Warszawą w szczególny sposób. Radość jest ogromna, oby tak dalej.

W sumie byłeś już w 10 klubach - nie brakuje ci stabilizacji?

- Kiedy wiele lat temu moi rodzice wyprowadzali się z Sankt Gallen do miejscowości położonej o kilka kilometrów dalej, pytali mnie: czy chcę też zmienić ten klub, bo była taka możliwość. Stwierdziłem, że nie chcę niczego zmieniać, bo to mój klub, gram w nim osiem lat, i tak musi zostać. Dopiero później uświadomiłem sobie, że w tym biznesie zmiany to coś zupełnie naturalnego. Jak grasz słabo - idziesz w odstawkę. Jak się wyróżniasz - zgłasza się po ciebie ktoś lepszy. Ale masz rację, zjechałem już pół Europy, dlatego mam nadzieję, że w Warszawie zostanę na dłużej. Z drugiej strony zdarzają się pewnie zawodnicy, którzy całą karierę spędzają w jednym klubie, ale nawet nie potrafię w tej chwili wskazać kogoś.

Paolowi Maldiniemu się udało, Stevenowi Gerrardowi prawie.

- Ale po pierwsze, to nie napastnicy, a po drugie, co innego, jak jesteś wychowankiem Realu, Milanu albo Barcelony, a co innego, jak twoim macierzystym klubem jest drużyna z małej wioski. Spójrz na Roberta Lewandowskiego. Gra w najlepszym klubie na świecie, a ciągle spekuluje się o tym, czy odejdzie z Bayernu, czy zostanie. Piłka nożna to trudny biznes. Musisz podejmować ciągle wybory - czasami związane z pieniędzmi, czasami z chęcią życia w innym miejscu, a czasami możliwościami rozwoju sportowego. Kibice często nie potrafią tego zrozumieć, bo kierują się emocjami.

Tak było w przypadku odejścia z Legii Miroslava Radovicia.

- Znam tę historię. Cóż, piłka nożna to nasza praca. Jeśli pracujesz w firmie i nagle inna zaproponuje ci lepsze warunki, to odchodzisz. Trzeba myśleć o rodzinie.

Ty o niej myślisz?

- Bardzo często i bardzo poważnie. Zamierzam inwestować w nieruchomości, bo dziś to jest najpewniejszy kapitał. Szczególnie w dużych miastach. Dziś mogę dobrze zarabiać, ale jutro mogę złapać kontuzję i zostać z niczym. Czasami wystarczy jeden dobry sezon, by ustawić się na całe życie. I trzeba z tego korzystać. Dla mnie celem jest to, by po zakończeniu kariery móc zdecydować - czy chcę pracować czy nie. Jeśli dalej sam będę dla siebie szefem, to uznam, że moja kariera była bardzo dobra.

Muszę też myśleć poza boiskiem. Kiedy pojawiają się pieniądze, nagle pojawiają się też nieznani wcześniej przyjaciele. Nie można ich słuchać. Polecam każdemu autobiografię Mike'a Tysona. Facet był milionerem, a został bankrutem. Potrafisz sobie wyobrazić, że co tydzień wydawał osiem tysięcy dolarów na same ręczniki? Przecież to jest 30 tysięcy miesięcznie! A on miał to gdzieś.

Pieniądze potrafią uderzyć do głowy. Miałeś tak?

- Może nie tyle przez same pieniądze, ale tak, wiele lat temu, na początku kariery, był moment, że stałem się bardzo arogancki. To było w Sankt Gallen. Wyróżniałem się, wychodziły mi dryblingi, strzelałem gola za golem, czułem się lepszy od innych. Grałem w szwajcarskiej wiosce, a uważałem się za najlepszego piłkarza na świecie.

A teraz za jakiego się uważasz?

- Pewności siebie mi nie brakuje. Wciąż chcę być najlepszy, ale dla samego siebie. Jak wychodzę na boisko, to w głowie cały czas siedzi mi to, że jestem lepszy. Szanuję, ale nie podziwiam swoich przeciwników.

Jak ci się żyje w Warszawie? Coś cię w niej szczególnie zaskoczyło?

- Jest zimno, ale tego się spodziewałem. Cieszę się, że mamy połowę grudnia i jeszcze nie spadł śnieg - ciężko się gra w takich warunkach. Co do miasta, to przez natłok meczów nie poznałem go jeszcze dobrze. Mieszkam w okolicy Wilanowa. Znam kilka tras. Gramy co trzy dni i tak jak mówiłem - nie miałem jeszcze okazji lepiej poznać miasta.

Polacy?

- Nie znam jeszcze waszego języka, ale ktoś mi mówił, że dużo narzekacie. Nie kupiłem tego. W innych miejscach na świecie też się narzeka: Szwajcarzy na to, że za dużo pracują Serbowie, że nie mogą znaleźć pracy. Jak widać każdy musi sobie ponarzekać.

Dostrzegasz inne podejście kibiców do piłkarzy w Warszawie, niż w innych miastach, w których grałeś?

- We Włoszech jest pewno jest inaczej. Ludzie mają większy temperament, są bardziej otwarci. Ale w Warszawie też sporo osób podchodzi do mnie i zagaduje o różne rzeczy, prosi o autografy. Oczywiście są też tacy, którzy mnie poznają, patrzą się, ale wstydzą się podejść. W Turcji z kolei cię albo kochają, albo nienawidzą. Przy tym mają absolutnego bzika na punkcie piłki. Pamiętam, jak pojechałem kiedyś od Stambułu, czyli miasta, które pewnie liczy z 20 mln mieszkańców. Poznawali mnie wszędzie, pokazywali zdjęcia w telefonie, cały czas zapraszali na herbatę. A ja przecież grałem w drugiej lidze - w Boulsporze, nie w Galatasaray. To było niewiarygodne.

Lubisz być w centrum uwagi?

- Chyba każdy lubi. Szczególnie jeśli wiąże się to z okazywanym szacunkiem, pozytywnym zainteresowaniem twoją osobą. Nie wydaje mi się jednak, bym sam jakoś specjalnie szukał świateł reflektorów. Taką mamy pracę, że czasami udzielamy wywiadów, robimy sobie zdjęcia z fanami. Niektórzy mogą próbować tego unikać, ale mi jest trudno. Choćby ze względu na wzrost, długie włosy czy tatuaże. Jak ktoś na mnie spojrzy, to od razu wie, że to Prijović albo...

Ibrahimović.

- Dokładnie.

Czemu się na nim wzorujesz?

- Bo dla mnie to najlepszy napastnik na świecie. Bez urazy, ale moim zdaniem jest lepszy nawet od Lewandowskiego. Łatwiej jest strzelić cztery gole Realowi tak, jak zrobił do Polak, niż z 30 metrów zdobyć bramkę przewrotką przeciwko Anglikom, co wyszło Zlatanowi. Podziwiam go właśnie za takie pomysły, imponuje mi jego gra, ale to tyle. Wzrost? To zasługa Boga. Długie włosy? Podobają się mojej żonie, to po pierwsze. A po drugie, to rodzinna tradycja - mój wujek miał długie włosy, mój starszy brat też je ma. Poza tym świetnie się w nich czuję, choć początki nie były łatwe.

Jeszcze tatuaże.

- Ich akurat mam więcej od Ibravimovicia! Jeśli to nie wystarczy, to powiem wprost - idola piłkarskiego miałem i mam jednego, a jest nim Brazylijczyk Ronaldo. Podziwiam go. Tyle razy upadał, a jednak zawsze potrafił się podnieść, i do tego wracał mocniejszy. Piłkarsko to był magik, wirtuoz. Zawsze chciałem być taki jak on. Swoją drogą, to słyszałem, że ulubionym piłkarzem Ibrahimovicia był Ronaldo. Czyli jednak wiele nas łączy.

Odwiedziłeś już jakieś studio w Warszawie, by zrobić nowy tatuaż?

- Nie, mam swojego człowieka, który się tym zajmuje. Od momentu przyjścia do Legii niczego nowego nie zrobiłem, ale już coś mi chodzi po głowie. Tatuaże mi się podobają, ale ważniejsze jest to, że każdy coś znaczy. Mam na ciele imiona swoich rodziców, datę moich urodzin, kompas, który ma wskazywać mi drogę, mapę, na której kilkoma pinezkami mógłbym zaznaczyć miejsca, w których byłem. Mam też tekst, który napisała mi moja żona i ruletkę, na której wypadło zero. To jedyny numer na kole, który nie jest ani czarny, ani czerwony. Jest inny niż cała reszta - tak, jak ja. Co jeszcze? Cytat z Bukowskiego mówiący o tym, że w życiu trzeba ryzykować. Może teraz wytatuuję nogi - chciałbym zaznaczyć na nich miejsca, w których żyłem. Coś, co mi się kojarzy z czasem spędzonym w różnych krajach.

Po zwycięstwie 4:1 w Pucharze Polski nad Lechią na pytanie dlaczego Legia częściej nie wygra, odpowiedziałeś: Bo nie zawsze gram od początku. Jak to traktować - poważnie czy z przymrużeniem oka?

- No poważnie, takie są fakty. W całej rundzie od pierwszej minuty zagrałem w 17 meczach i wiesz ilu nie wygraliśmy? Czterech, w tym jednego z Napoli, które jest wielką drużyną.

Najgorszy moment, jaki spotkał cię w Legii?

- Chyba porażka z Lechem. Był ostatni w tabeli, mogliśmy go dobić, a zamiast tego wskrzesiliśmy go do życia. Jestem pewien, że to właśnie po tej wygranej złapali rytm i w tabeli bardzo się do nas zbliżyli [Po 20 kolejkach Legia ma dziewięć punktów przewagi nad Lechem - red.]. To było dla mnie ogromne rozczarowanie.

A tydzień spędzony w rezerwach?

- Nie było to miłe doświadczenie, ale zapewniam, że porażka z Lechem była bardziej bolesna.

Po spięciu z Igorem Lewczukiem, do którego doszło po tamtym meczu, nie ma już śladu?

- Nie ma, bo nie jesteśmy dziećmi. Igor to świetny gość, a nasze relacje są bardzo dobre. Wtedy było głośno, on czegoś nie dosłyszał, a ja zareagowałem zbyt impulsywnie. Emocje nas poniosły - to się zdarza. Zwłaszcza że obaj przegraliśmy mecz. Często bywa tak, że po jakimś zdarzeniu między dwójką osób wszystko się wyjaśnia i później są one dobrymi kumplami. Tak jest w tym przypadku.

Jak się zachowujesz w szatni: jesteś typem przywódcy, dowcipnisia, a może - w co nie wierzę - siedzisz cicho?

- Przywódcą bym siebie nie nazwał. Mówię tyle co inni. Ciężko mi się sklasyfikować. Na pewno dużo się uśmiecham. No i lubię żarty.

W styczniu dołączy do was Artur Jędrzejczyk. Grał już wcześniej w Legii, to znany żartowniś.

- Zobaczymy, kto jest lepszy. Może powinienem go uprzedzić, zanim on mi wywinie jakiś numer? Pomyślę nad tym. Jak grałem w Anglii, to np. często można był zostać oblanym wiadrem wody, gdy spokojnie siedziało się w toalecie. Mogę zapewnić, że Artura zimny prysznic z mojej strony nie spotka. Ja jestem pomysłowy, wymyślę coś innego, swojego.

Dlaczego usunąłeś konto na Instagramie? To przez ten infantylny komentarz dotyczący twojej żony?

- Nie, zupełnie nie o to chodziło. Tamten komentarzy był jeden, a wszystkie inne bardzo pozytywne. Skasowałem Instagrama po prostu dlatego, zabierał mi zbyt dużo czasu i powiedziałem stop. Teraz mam wolną głowę.

Treningi pod okiem Stanisława Czerczesowa, to najcięższe treningi jakie spotkały cię w życiu?

- Bardzo ciężkie treningi miałem w Anglii - w Derby County. Nie miałem po nich ochoty żyć. Standardowe zajęcia wyglądały tak, że trzy drużyny grają mecze po ośmiu, małe boisko, duża intensywność. Po gierkach były sprinty, czasami interwały. A wszystko zakończone wyścigiem, w którym ten, kto przybiegał ostatni, serwował swoim kolegom z gierki dalsze bieganie. Wyobrażasz sobie, co wszyscy chcieli zrobić temu, który przybiegł ostatni? Chyba nie muszę mówić. Zresztą, we Włoszech nie było lepiej. W Parmie bywały treningi, na których czułem, że albo za chwilę zemdleję, albo po prostu z bólu zrobię w spodnie. Poważnie. Ale ja tam lubię ciężką pracę. Jestem takim typem piłkarza, któremu mocny trening robi najlepiej.

Jakie plany na Święta?

- Odwiedzę rodzinę, którą mam w Serbii i tam pewnie spędzimy Święta. Będą też moi rodzice, którzy mieszkają w Szwajcarii. Mój ojciec zaraz idzie na emeryturę, więc mam nadzieję, że w 2016 r. będzie miał więcej czasu, by odwiedzać mnie w Warszawie.

Czego ci życzyć w Nowym Roku?

- Więcej bramek. W 2015 było w sumie 19, to niech w 2016 będzie przynajmniej 25!





Wzmocnienia z ekstraklasy? Oni przydaliby się Legii