Legia - Chojniczanka. Kto na kogo powinien być wkurzony? [SPOSTRZEŻENIA]

Przed meczem spokój pod stadionem. W trakcie meczu na trybunach pustki, ale na murawie pół godziny emocji, które zagwarantował Michał Kopczyński. Po meczu ciekawa rozmowa z Arkadiuszem Malarzem w strefie wywiadów - spostrzeżeniami po wygranej Legii z Chojniczanką (4:1) w ćwierćfinale Pucharu Polski dzieli się Paweł Korzeniowski ze Sport.pl.


Nieudany eksperyment Czerczesowa

Zdecydowanie największym przedmeczowym zdziwieniem było wystawienie Michała Kopczyńskiego na środku obrony. Legionista, który w poprzednim roku zaliczył świetny sezon na zapleczu ekstraklasy w Wigrach Suwałki, z takimi rywalami jak Chojnicznaka radził sobie zwykle bez większych problemów. Tym razem było znacznie gorzej i sam nie wiem, kto może być bardziej wkurzony: Kopczyński na Czerczesowa, czy odwrotnie.

Z jednej strony Kopczyński grając dobrze na wypożyczeniu (jako środkowy pomocnik) zasłużył na solidną szansę na swojej nominalnej pozycji. Z drugiej... Czerczesow może czuć się rozczarowany tym, że jego zawodnik nie radzi sobie w meczu z gatunku "najprostsze na świecie".

Nieudany występ to w tym przypadku i tak eufemizm. Bo "Kopa" na początku meczu zawalił pierwszą bramkę, a w dalszej części, choć Legia już nie traciła goli, i tak często wybijał piłkę za krótko albo niecelnie. Słowem, na oślep. -Nie chce oceniać jego występu, od tego jest trener... - powiedział po meczu jego partner z środka obrony Igor Lewczuk, na którego twarzy widać było jednak wielkie zakłopotanie podczas pytania o Kopczyńskiego.

Furman o kulach

W 43. minucie Dominik Furman został ostro zaatakowany przez jednego z rywali. Pomocnik długo leżał na murawie, na jego twarzy widać było wielki ból. Kiedy wstał, to nie mógł normalnie chodzić, jego stopa nie utrzymywała ciężaru ciała. Potrzebna była pomoc lekarzy.

Furman może mówić o wyjątkowym pechu. Mecz z Chojniczanką był najlepszym momentem na to, by wydostać się z ławki rezerwowych. I od początku wyglądało to obiecująco, bo grał jak lider. Rozrzucał piłki, cofał się, drygował kolegami.

- Nie chcę mówić o stanie zdrowia Dominika Furmana, należy poczekać na czwartkowe badania. Boli go noga, ale na pewno nie jest złamana - mówił po meczu Czerczesow. Noga Furmana kilkanaście minut po meczu była usztywniona, zawodnik poruszał się o kulach.

Cierpliwy jak Malarz

Z mojej perspektywy najciekawszym wydarzeniem całego środowego wieczoru była rozmowa dziennikarzy z Arkadiuszem Malarzem. Bramkarz Legii na pytania odpowiadał przez blisko 10 minut, co jest wynikiem zdecydowanie powyżej przeciętnej, jeśli chodzi o rozmowy w tzw. mixzonie.

Ale wątków i pytań było wiele, bo zawodnik do tej pory albo nie grał, albo był nieuchwytny.Z jego słów dało się wyczuć gorycz bycia rezerwowym, uczucia zawiedzionej ambicji i bez radności. Malarz nie obwiniał za to całego świata. Mówił, że miał swoją szansę w meczu z Lechem Poznań, ale trochę się "podpalił" i podjął złą decyzję. Jej konsekwencją była czerwona kartka i stałe miejsce na ławce rezerwowych.

- Teraz, po tak długiej przerwie, bramkę musiałem odkrywać na nowo - tłumaczył po meczu z Chojniczanką, gdzieś między słowami kierując swój żal do Henninga Berga i wdzięczność do Czerczesowa za to, że ten ponownie dał mu szansę wrócić do bramki.

Szwoch poczeka, Żyro się doczekał

Mecz z Chojniczanką miał być "drugim debiutem" Mateusza Szwocha. Pomocnik znalazł się w kadrze zespołu po raz pierwszy od lutego, czyli momentu, w którym zdiagnozowano u niego arytmię serca. Szwoch ostatecznie nie pojawił się na boisku, na swoją szansę wciąż cierpliwie czeka: - Staram się nie myśleć czy zagram teraz, czy trochę później. Najważniejsze, że mogę grać i ciężko pracować na treningach - mówi.

W środę byliśmy za to jednak świadkami innego powrotu. W 67. minucie spotkania po trzech miesiącach przerwy na boisku zameldował się Michał Żyro. Jego wejście na boisku gorącymi oklaskami nagrodzili kibice, ale też dziennikarze. Brzmi jak banał, ale ci drudzy naprawdę rzadko klaszczą, nawet w momencie jak któryś z piłkarzy strzeli gola, i to nawet tak ładnego jak Tomasz Brzyski w meczu z Chojniczanką.

Idziemy na "rekord"?

- To co, bijemy dziś rekord frekwencji? - ironizowali kibice Legii, z którymi jechałem autobusem przed meczem. Idąc ulicą Łazienkowską czuć było wyjątkową swobodę. Nie trzeba było się przepychać, denerwować, mijać kogoś ulicą - jak zazwyczaj w dzień meczowy. Przy kasach kolejki były niewielkie, wręcz było pusto.

I trudno się dziwić, skoro na meczu z pierwszoligową Chojniczanką zanotowano jedną z najniższych frekwencji w historii nowego stadionu. Klub nie podał oficjalnej liczby widzów, ale zrobił to znany z precyzji portal 90minut.pl. I wyliczył 8368 osób. Nie pomogli nawet studenci Uniwersytetu Warszawskiego, którzy potyczkę tę mogli zobaczyć za darmo. Ich przy Łazienkowskiej pojawiło się ok. tysiąca, choć miało (zarejestrowało się) ponad dwa..

Tak słabo jeszcze nie było. Do czwartku spotkaniem z najniższą frekwencją przy Łazienkowskiej była to z 19 lipca 2014 r. (nie licząc zbojkotowanego meczu o Superpuchar ze Śląskiem z 2012 r. - ok. 5 tys. widzów na trybunach), kiedy Legia grała z GKS Bełchatówm a na mecz przyszło 8699 osób.

W najbliższą niedzielę wszystko powinno wrócić do normy. Legia zagra ze Śląskiem, a wielką oprawę zapowiadają "Nieznani Sprawcy", czyli grupa kibiców ultras, która tego dnia celebrować będzie pierwszą dekadę istnienia.