Michał Żyro: Wciąż wierzymy w awans [ROZMOWA]

- W Belgii zobaczymy inną, lepszą Legię. Taką, która w tej edycji Ligi Europy jeszcze powalczy - mówi przed czwartkowym meczem z Club Brugge Michał Żyro, który wraca do treningów po kontuzji. Początek meczu o godz. 19, relacja na żywo na legia.sport.pl.


Konrad Ferszter: Kilka dni temu w "Przeglądzie Sportowym" powiedziałeś, że pod koniec kadencji Henninga Berga w zespół wkradł się marazm. Co to właściwie znaczy?

Michał Żyro: Po prostu brakowało nam iskry, elementu zaskoczenia. Nie wiem, czy po meczach, których nie wygrywaliśmy, każdy z czystym sumieniem mógł powiedzieć, że dał z siebie absolutnie wszystko. Kiedy na boisku nam nie szło, to odczuwaliśmy duży niedosyt, zawsze czegoś brakowało.

Brakowało sił, motywacji?

- Ani jednego, ani drugiego. Nie umiem jednak wskazać jednej, konkretnej przyczyny naszych niepowodzeń.

Ale w tym samym wywiadzie powiedziałeś, że gdybyście latem trenowali mocniej, to początek sezonu w waszym wykonaniu mógłby być lepszy.

- Zostałem spytany o to, jak pracowaliśmy w okresie przygotowawczym i odpowiedziałem na pytanie. To wszystko. Nie ma sensu rozwodzić się nad tym jakbyśmy grali, gdyby nasze przygotowania w Austrii wyglądały inaczej, ciężej. Taką strategię treningów przyjął nasz sztab szkoleniowy i w zasadzie dla nas nie była ona zła, bo wiele rzeczy wypracowywaliśmy poprzez kontakt z piłką. Ale zostawmy to. Od oceniania strategii jest zarząd, nie ja. To on podejmuje decyzje.

Jako drużyna graliście przeciwko Bergowi - słyszałeś takie opinie?

- Tak, ale to kompletna głupota i bzdury. Nie wiem, jak można sugerować takie rzeczy. Każdy z nas chce wygrywać, więc gra przeciwko trenerowi przeczyłaby zasadom profesjonalizmu.

Do zmiany na stanowisku szkoleniowca w Legii doszło w momencie, gdy byłeś kontuzjowany. Nie martwiło cię to?

- Nie. Do całej sprawy podszedłem bardzo spokojnie, ani przez chwilę nie pomyślałem, że jestem na straconej pozycji. Wróciłem do pełni sił i teraz tylko ode mnie zależy, czy trener da mi szansę. Na pewno nie jest tak, że skreślił mnie z powodu kontuzji.

"Piłkarz zmęczony, to piłkarz szczęśliwy" - mówi Stanisław Czerczesow. W twoim przypadku to wyjątkowo prawdziwe zwłaszcza, że w poniedziałek zacząłeś treningi z pełnym obciążeniem.

- To prawda... Długo czekałem na ten moment. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak mocno pracować na swoją pozycję w drużynie. Straciłem w sumie trzy miesiące. Sporo się w tym czasie pozmieniało w klubie. Teraz od nowa walczę o miejsce w składzie. Jestem jednak szczęśliwy, a zarazem przekonany, że z każdym dniem, treningiem, będę się do niego zbliżał.

Z powodu operacji straciłeś dużo czasu. Kostka do zabiegu nadawała się jednak znacznie wcześniej. Nie żałujesz, że zabiegu dokonano dopiero wtedy, gdy był on niezbędny?

- Nie, widocznie tak musiało być. Nie myślę co by było, gdybym operacji poddał się na przykład w maju. Wtedy na pewno nie zagrałbym w finale Pucharu Polski i miałbym czego żałować. To było wielkie widowisko, wspaniałe wydarzenie zakończone naszym dużym sukcesem. Miałem w tym swój udział. Warto było poczekać.

Sam opóźniałeś datę operacji?

- Nie do końca. Wiosną po prostu nie było takiej potrzeby. Zadowalające efekty przynosiły ćwiczenia i doraźne zastrzyki, więc nie chciałem robić niczego na siłę. W sierpniu, po rewanżu z FK Kukesi, kiedy po jednym ze starć doznałem urazu mechanicznego, nie miałem wyjścia - wtedy pomóc mogła już tylko operacja.

Jak po niej wyglądał twój powrót, indywidualne zajęcia?

- Najtrudniejsze były początki. Przez pierwszy miesiąc tylko leżałem w łóżku z gipsem na nodze, by ta była odpowiednio usztywniona. Później założono mi lżejszy opatrunek, ale i tak poruszałem się jedynie na wózku. Po kolejnych kilku tygodniach mogłem w końcu wejść do siłowni i zacząć właściwą pracę, która miała na celu wzmocnienie zoperowanej kostki. To były trudne zajęcia, bo z reguły są one znacznie intensywniejsze niż te, które mamy na co dzień z piłką przy nodze. Do tego nie były łatwe pod względem psychicznym. Dzisiaj już z innej perspektywy patrzę na Ivicę Vrdoljaka, który codziennie jeździ na rowerze wzmacniając kolano. Współczuję mu. Nie jest łatwo wstawać każdego ranka z myślą, że czekają cię serie ćwiczeń, które wykonywałeś wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. Ale to także część naszego zawodu i z takimi przypadkami musimy sobie dawać radę.

Ciężej znosiłeś bezczynne leżenie czy intensywną pracę na siłowni?

- Zdecydowanie najgorsze było leżenie. Jesteśmy sportowcami, więc uwielbiamy się ruszać. Dlatego, kiedy w końcu mogłem wejść do siłowni, poczułem się znacznie lepiej. W końcu dało się odczuć, że zbliżam się do powrotu na boisko. Mozolnie, ale przynajmniej do przodu.

Postępy przychodziły szybko?

- Nie, bo w przypadku takich kontuzji niczego nie można przyspieszyć. Momenty zniecierpliwienia były wtedy, gdy przez gips praktycznie nie mogłem się ruszać. Wraz z rozpoczęciem ćwiczeń wrócił optymizm.

Jak duże masz teraz zaległości?

- Spore. Mam wiele rzeczy do nadrobienia - czucie piłki, taktyka... Dopiero w poniedziałek zacząłem pracę z nowym trenerem. Wcześniej pracowałem przede wszystkim nad dojściem do pełnej sprawności fizycznej.

Obecny rok nazywasz fatalnym. Legia straciła mistrzostwo Polski, a ty przeszedłeś operacje kostki i nosa.

- Oddzieliłem już wszystko grubą kreską. Nie chcę wracać do tego co było, bo zarówno indywidualnie, jak i drużynowo ten rok nie był dobry. Z trenerem Czerczesowem zaczęliśmy nowy rozdział, z optymizmem patrzę w przyszłość.

Rozmawiałeś z trenerem zaraz po jego przyjściu do Legii?

- Tak. Pytał mnie o to, co mi dolega, jak się czuję i kiedy wracam do gry, a przy tym życzył mi sił i zdrowia.

Zmiana trenera w środku sezonu to dobra decyzja?

- Graliśmy w kratkę, więc można było się spodziewać, że coś takiego może się stać, ale nie do mnie należy ocena takiego ruchu . Oczywiście dochodziły do nas informacje z mediów o możliwości zmiany szkoleniowca, ale nikt nie zaprzątał sobie tym głowy. Razem z trenerem Bergiem robiliśmy swoje.

Wypytywałeś byłych kolegów z szatni o Czerczesowa?

- Czytałem, że trener ma swoje specyficzne metody pracy, ale nigdy nie sugeruję się opinią mediów czy innych piłkarzy. W tym przypadku też spokojnie czekałem na spotkanie z nowym szkoleniowcem i możliwość poznania go. Nie chciałem być w jakikolwiek sposób uprzedzony.

Co teraz, po niespełna miesiącu pracy w Legii, możesz powiedzieć o Czerczesowie?

- Na pewno nie jest żadnym zamordystą. Treningi są cięższe, ale to nie znaczy, że po zajęciach muszę usiąść czy się położyć, bo nie mam na nic siły. Dotychczas nic nie wskazuje na to, by metody trenera Czerczesowa były zdecydowanie inne. Ale zobaczymy jak to będzie zimą. Na razie jesteśmy w środku sezonu, gramy co trzy dni i nie ma czasu na drastyczne zmiany.

Bartosz Bereszyński przyznawał jednak, że treningi są znacznie cięższe niż dotychczas.

- Mówił to w momencie przerwy na mecze reprezentacji, gdy nie graliśmy meczów, a treningi wcześniej u Berga z reguły były lżejsze. Teraz chłopaki pracowali ciężej i to normalne, że pojawiły się zakwasy. Podobnie było w moim przypadku, kiedy po ponad miesiącu leżenia i siedzenia, wróciłem do prostych zajęć. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Wiele zmieniło się pod względem taktyki?

- Pewne elementy na pewno się zmieniły, ale nie mogę opowiadać publicznie o naszej taktyce. Poza tym z trenerem Czerczesowem dopiero się poznajemy. On sam mówi, że to nie jest jego Legia. Myślę, że na wnioski trzeba poczekać do końca obecnego sezonu.

Eksperci wskazują jednak już teraz, że gracie zdecydowanie agresywniej.

- Zawsze staraliśmy się tak grać, ale z efektami bywało różnie. Tak jak mówię - z ocenami poczekajmy do końca sezonu.

Po trzech kolejkach fazy grupowej Ligi Europy macie zaledwie jeden punkt na swoim koncie. Ten awans do 1/16 finału wydaje się mało realny.

- Ale my w niego wierzymy! Nasze szanse nie są tylko matematyczne. Jeśli teraz pokonamy Club Brugge to... Zresztą, na razie o tym nie rozmawiajmy. Jeśli w czwartek wygramy w Belgii, to będziemy się zastanawiać. Dopiero po spełnieniu tego warunku będzie można myśleć o tym, co będzie dalej.

Rok temu po trzech kolejkach mieliście o osiem punktów więcej. Skąd taka różnica?

- Trzeba podkreślić, że w tym sezonie trafiliśmy do dużo trudniejszej grupy. Przed rokiem nie mierzyliśmy się z zespołem tak silnym jak Napoli. Po drugie zabrakło nam trochę szczęścia w meczach z Midtjylland i Club Brugge. Rok temu w Turcji, nawet gdy graliśmy w osłabieniu przeciwko Trabzonsporowi, potrafiliśmy utrzymać dobry wynik, choć rywale strasznie naciskali. Teraz, w pierwszej kolejce, z Duńczykami przegraliśmy po golu samobójczym. Z Brugią u siebie mieliśmy okazje do strzelenia zwycięskiego gola i naprawdę niewiele zabrakło, byśmy dzisiaj byli w zupełnie innej sytuacji. Wciąż jednak wierzę, że w czwartek w Belgii zobaczymy inną, lepszą Legię. Taką, która w tej edycji LE jeszcze powalczy.

Kiedy pomożesz kolegom na boisku?

- W tej chwili najważniejsze dla mnie jest dojście do odpowiedniej formy. Jeśli tak się stanie, to szanse też w związku z tym przyjdą, ale nie celuję w żadną konkretną datę.

Jeszcze rok temu rozmawialiśmy o twoim możliwym transferze na Zachód. Stawiasz sobie jakieś cele na ten sezon?

- Tak, chcę być zdrowy i odzyskać mistrzostwo Polski. Marzę też o wyjeździe na Euro 2016, ale do tego jeszcze daleka droga.





Arsenal, Spartak, Celtic... 10 najbardziej pamiętnych meczów Legii na nowym stadionie


Czy Legia wyjdzie z grupy w Lidze Europy?