Aleksandar Vuković: Przy Czerczesowie mogę się naprawdę dużo nauczyć [ROZMOWA]

- Treningi Rosjanina zaskoczyły mnie nowoczesnością. Jego podejście i stosowanie się do tego, co jest w trendach szkoleniowych na całym świecie, powinno napawać kibiców optymizmem przed kolejnymi meczami - mówi Aleksandar Vuković.


W niedzielę wieczorem na Twitterze prezes Bogusław Leśnodorski poinformował o odsunięciu Besnika Hasiego od roli pierwszego szkoleniowca Legii. Obowiązki Albańczyka tymczasowo objął Aleksandar Vuković, w przeszłości zawodnik Legii. Serb grał przy Łazienkowskiej w latach 2001 - 2004 i 2005 - 2008. Do klubu wrócił na początku 2015 roku. Pracował wtedy z drużyną rezerw, jako asystent Krzysztofa Dębka. Później do swojego sztabu włączył go Stanisław Czerczesow. Rosjanin do Polski zabrał ze sobą trzech współpracowników. Mirosław Romaszczenko i Gintaras Stauce zostali jego asystentami, a Władimir Panikow trenerem od przygotowania fizycznego. Trzecim asystentem Czerczesowa został właśnie Vuković.

Konrad Ferszter, Michał Zachodny: Do Legii wrócił pan na początku 2015 roku i przez dziesięć miesięcy zaliczył pan dwa awanse. Taka sytuacja zdarza się bardzo rzadko.

Aleksandar Vuković: Ważniejsze dla mnie jest to, że ze strony władz klubu jest wobec mnie pozytywne nastawienie. Ustalaliśmy sobie, że wszystko ma się potoczyć naturalnie. Zaznaczałem, że moim planem na przyszłość jest praca z seniorami, ale na początek nie miałem przeciwwskazań, by pracować w akademii. Pierwsze pół roku obserwowałem juniorów, potem pracowałem w drugiej drużynie i kolejnego awansu się nie spodziewałem. Dla mnie to olbrzymie wyróżnienie.

Kiedy pojawiły się pierwsze sygnały, że dołączy pan do sztabu Stanisława Czerczesowa?

- Wiedziałem, że coś takiego może się zdarzyć, jeszcze przed zatrudnieniem nowego trenera.

Ma pan w Legii wyznaczoną ścieżkę rozwoju?

- Wydaje mi się, że w klubie widzą we mnie potencjał i mają wobec mnie plany. Ja nastawiam się na cierpliwy rozwój w pracy trenerskiej. Pierwszy krok to była rola asystenta w Koronie Kielce. Dopiero teraz zaczęła mi się szkoła trenerów, w której wyrabiam potrzebne licencje, co pozwala mi systematyzować wiedzę. Wcześniej była ona chaotyczna. Teraz z każdym półroczem wygląda to lepiej. Ostatnie trzy miesiące pracy z Krzysztofem Dębkiem w drugiej drużynie były dla mnie dużym krokiem naprzód. Nawet te pierwsze dni pracy z Czerczesowem pokazały mi coś nowego. A bałem się tego, jakim jest trenerem i czy w ogóle będę mógł się czegoś od niego nauczyć. Zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby zostać przy drugiej drużynie. Ale już wiem, jak mądry jest to szkoleniowiec, jak duże ma doświadczenie. Pracując z nim, będę na zupełnie innym etapie, mogę się naprawdę dużo nauczyć.

Jak wygląda sytuacja z pana uprawnieniami trenerskimi?

- Na razie jestem uczestnikiem kursu UEFA A, ale jeszcze jestem daleki od wyrobienia sobie potrzebnych papierów, by pracować wyżej i samodzielnie. Zrobię je pewnie pod koniec przyszłego roku, a później zacznę kurs UEFA Pro. Dopiero po jego skończeniu będę mógł prowadzić drużyny w najwyższych klasach rozgrywkowych.

Mówił pan o porządkowaniu wiedzy z chaosu. Jak wygląda ten proces?

- Dużo rzeczy, które są dla mnie istotne po prostu zapisuję. Na przykład ćwiczenia treningowe - przez lata wykonywałem je nie myśląc dlaczego, a teraz muszę znać każdy ich szczegół. Składam wszystkie notatki do przygotowanych folderów, np. "praca nad defensywą", "praca nad ofensywą". Ale to także praca z ludźmi, więc spisuję swoje obserwacje ich reakcji. Teraz poznaję relacje z piłkarzami z drugiej strony. Znam myślenie zawodnika, ale ono jest zupełnie inne. W pewnych aspektach mógłbym polegać na pracy swoich asystentów, ale chcę być przygotowany na wszystko.

Najtrudniejszą rzeczą w pracy trenera jest umiejętność wychodzenia w kryzysu.

- Tego nie da się nauczyć na żadnym kursie, a jest to absolutnie kluczowe. Dopiero życie pokaże, czy ja potrafię w takich momentach kryzysu odpowiednio zareagować. Mogę mieć swoje przemyślenia, przewidziane reakcje, ale to nie może być zero-jedynkowe myślenie, bo każda sytuacja jest inna. Mam nadzieję, że będę potrafił sobie z tym radzić i wiem, że to zadecyduje o tym, jakim będę trenerem. Bo to nie tylko panowanie nad sytuacją trudną, ale też dobrą. Mówi się, że gdy jest za dobrze, to robi się niebezpiecznie.

Jakie miał pan zadania w sztabie szkoleniowym Czerczesowa?

- Trenerzy włączają mnie w dyskusje o Legii, nikt jednak nie obarcza mnie żadną odpowiedzialnością i presją. Jest na to za wcześnie. Służę wiedzą w ocenie naszych zawodników, ale też przeciwników, z którymi gramy w lidze. Taka rola jest teraz dla mnie wymarzona. Bardzo ważnym elementem jest też oczywiście współpraca z drugą drużyną.

W jakim języku się porozumiewaliście?

- Dzięki zmianie dowiedziałem się, że, o dziwo, dużo rozumiem po rosyjsku. Nie potrzebuję tłumacza, gdy trener do mnie mówi. Poza tym Czerczesow używa kilku języków obcych nawet w jednym zdaniu, by wszyscy mogli go jak najlepiej zrozumieć. Mam jednak problem z mówieniem.

Czerczesow wszedł do klubu z wielką pewnością siebie. Czy taki jest również w relacjach z zespołem?

- Trener musi być pewny siebie, jeśli chce panować nad szatnią i zawodnikami. Każdy szkoleniowiec w tej kwestii musi przynajmniej udawać, że tak jest. Musi pokazać wszystkim, że wierzy w swoje metody. Czerczesow wierzy. Teraz jego pewność siebie musi przenieść się na zespół.

Bardzo dużo ze sobą rozmawiamy. Trener dużo pyta o to, co wcześniej robiliśmy, jak trenowaliśmy. Ja, choć nie działałem przy pierwszym zespole, to często obserwowałem, jak on funkcjonował za czasów Berga. Oglądałem treningi, znam ten sposób gry, który teraz - co już zdążyliśmy zauważyć - się zmieni.

W Legii z pewnością siebie było różnie. Raz drużyna potrafiła rozbić Ruch Chorzów 4:1, by za chwilę ledwie remisować z Zagłębiem Lubin.

- To całkowicie niewytłumaczalne. Nie wiem z czego mogło to wynikać. Nie byłem tak blisko drużyny Berga, by oceniać to bezpośrednio i wyłącznie dla krytyki. Na pewno czegoś jednak brakowało.

Problemy Legii ograniczały się do mentalności?

- Ta zawsze jest problemem, gdy wyniki są poniżej oczekiwań. Sam tego doświadczyłem grając tutaj - czasem bardziej liczy się siła mentalna niż umiejętności piłkarskie. Wielu bardzo dobrych zawodników z tego powodu nie zaistniało w Warszawie. Wydaje mi się, że problem trwał już od czerwca, kiedy zespół stracił mistrzostwo Polski.

Jaka jest największa zmiana w funkcjonowaniu klubu?

- Na pewno inne są treningi. Czuć, że są w klubie nowi ludzie, ale to akurat naturalne.

Mówił pan w wywiadzie dla portalu Weszło.com, że zna starszą szkołę Dragomira Okuki, ale doświadczył też tej innej, nowszej metodologii treningowej. Gdzie by pan umieścił Czerczesowa i jego warsztat szkoleniowy?

- Zobaczymy w styczniu. Treningi, które mieliśmy dotychczas, zaskoczyły mnie nowoczesnością. Tak jak bałem się pierwszego kontaktu i relacji z trenerem Czerczesowem, tak też obawiałem się, że jego styl będzie archaiczny. Jest zupełnie inaczej. Jego podejście i stosowanie się do tego, co jest w trendach szkoleniowych na całym świecie, powinno napawać kibiców optymizmem przed kolejnymi meczami.

Rozmawiając z rosyjskimi dziennikarzami o Czerczesowie i jego wizji słyszeliśmy, że nie jest przywiązany do jednego ustawienia i stylu gry. Czy w dalszej perspektywie jest to również coś, co zobaczymy w Legii?

- Chyba on najlepiej by na to pytanie odpowiedział. Co prawda nikt mi nie zabrania, ale nie sądzę, by trener chciał, żebym wyskakiwał przed szereg i o naszej taktyce opowiadał w mediach. Kibice na pewno dostrzegą zmiany.

Pytaliśmy Czerczesowa, czy zna już najbardziej utalentowanych zawodników w drużynie. Odpowiedział, że to im powinno zależeć na tym, by zwrócił na nich uwagę. Jakie jest jego podejście do wprowadzania młodzieży?

- Po pierwszych obserwacjach mogę powiedzieć, że młodzi piłkarze są traktowani normalnie. Na pewno nikt nie jest traktowany lepiej, bo jest młody. Bardzo ważne jest uporządkowanie paru kwestii, zwłaszcza po ostatnim okresie, gdy ci młodzi ludzie niekoniecznie musieli zapracować na uznanie trenera, a czasem przedwcześnie dostawali swoją szansę. Później pewnych rzeczy nie potrafili docenić.

Mariusz Pawełek narzekał, że młodzi piłkarze w Polsce są poddawani zbyt dużej opiece. Czy pańskim zadaniem będzie znalezienie równowagi między ich ochroną, a uświadamianiem ich obowiązków?

- Tak, wspomniana przez was równowaga jest, podobnie jak w wielu innych przypadkach najważniejsza. Nie możemy przesadzać w żadną ze stron. Na młodego zawodnika nie można chuchać i dmuchać przy każdej okazji, ale nie można też dopuścić do sytuacji, w której byłby tępiony i czuł się obco w szatni. Spróbuję zadbać o to, by ci piłkarze mogli pokazać swoje charaktery i udowodnić jakość na boisku. Wydaje mi się, że w tej kwestii będę mógł zrobić najwięcej. Nie mogę ingerować w metody treningowe czy ustawienie, więc w aspekcie psychologicznym widzę dla siebie największy potencjał. Myślę, że wiem, kiedy młodzi potrzebują słów wsparcia, a kiedy reprymendy.

W 2001 roku wchodził pan do szatni Legii pełnej silnych charakterów jako 22-letni obcokrajowiec. Tamto doświadczenie pomoże panu w obecnych obowiązkach?

- Będzie ono bezcenne. W Warszawie łatwo nie było, a podobne trudności przeżywałem jeszcze w Belgradzie, kiedy jako nastolatek wchodziłem do szatni Partizana. Odpowiednie podejście i zachowanie w piłkarskiej szatni na przestrzeni lat się nie zmieniły, więc jestem przekonany, że mogę pomóc.

Na co najbardziej uczula pan młodych zawodników Legii?

- Przede wszystkim na to, by nigdy nie odpuszczali i pokazywali maksymalne zaangażowanie na każdym treningu i meczu. Młody zawodnik nie może się obrażać i pokazywać, że jest niezadowolony ze swojego statusu w zespole. To jest niedopuszczalne, bo na swoje nazwisko i pozycję trzeba sumiennie zapracować.

Kiedy trenerem rezerw Legii był Jacek Magiera wiele mówiło się o problemach we współpracy drugiej drużyny z zespołem Berga. Czy istnieje w ogóle jakiś idealny model kooperacji?

- Trzeba podkreślić, że zdecydowanie najważniejsza jest pierwsza drużyna i to, że na początku obecnego sezonu współpraca trenera Berga z rezerwami zaczęła wyglądać zdecydowanie lepiej. Nie znaczy to jednak, że wszystko było idealnie. Trener Czerczesow dopiero objął swoją funkcję i potrzebujemy czasu, by odpowiednio poukładać tę współpracę. Druga drużyna musi przede wszystkim utrzymać się w trzeciej lidze, co przy obecnym systemie łatwe nie jest.

Teoretycznie najlepszy model współpracy to taki, w którym zespół rezerw składać się będzie z kilku zawodników "jedynki" i młodych piłkarzy. Jedni potrzebują utrzymywania rytmu meczowego, czego może nie gwarantować im ekstraklasa, a drudzy muszą nabierać nowych doświadczeń. Żaden trening z pierwszą drużyną nie da młodzieży tego samego, co mecz o punkty z seniorami. Spójrzcie na Roberta Lewandowskiego. Na wypożyczeniu w Zniczu Pruszków okrzepł i stał się lepszym zawodnikiem, co później udowodnił w ekstraklasie.

Berg twierdził jednak, że niektórzy zawodnicy nie są jeszcze gotowi na wypożyczenia i największą korzyścią dla nich będzie regularny trening z pierwszym zespołem.

- Musimy dążyć do tego, by młodzi zawodnicy, którzy na razie nie mają szans na grę w pierwszej drużynie jak najczęściej występowali w rezerwach. Tam też jest określony cel do osiągnięcia i wyniki drugiego zespołu także są dla nas ważne. Zupełnie inaczej odbierani są piłkarze, którzy wygrywają niezależnie od poziomu rozgrywek na którym występują.

O swoich początkach w Legii mówił pan: "Mieszkałem w hotelu Agrykola, najwięcej czasu spędzałem na spacerach w Łazienkach. Stanko Svitlica miał żonę i obowiązki, więc często byłem sam. Restaurację hotelową zamykano o 19, więc gdy byłem głodny, jechałem taksówką na plac Unii Lubelskiej i w McDonaldzie przy Supersamie kupowałem hamburgery na wynos. Tak minął mi pierwszy miesiąc". To było zagrożenie?

- Zawsze byłem bardzo świadomym zawodnikiem. Z domu do akademii Partizana wyjechałem w wieku 15 lat, więc kiedy kilka lat później znowu zmieniałem otoczenie, nie było to dla mnie nic strasznego. Bardzo chciałem regularnie grać w pierwszym zespole, chociaż te wizyty w McDonaldzie mogą o tym nie świadczyć. Na to mogłem sobie jednak czasem pozwolić - najczęściej w nagrodę po wygranych meczach. Teraz świadomość młodych zawodników jest różna. Wielu z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, co jest najważniejsze, i potrzebują osoby, która będzie nad nimi czuwać.

Miał pan swojego opiekuna w pierwszych dniach w Warszawie?

- Dużą rolę odegrał Dragomir Okuka. Świadomość tego, że moim trenerem będzie Serb, dawała mi pewność, że się zrozumiemy. "Drago" poznałem jednak dopiero na lotnisku w Warszawie. Nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawialiśmy. Dopiero później dowiedziałem się, że obserwował mnie w jednym meczu, w którym oglądał też Stanko Svitlicę. On również był ważny, bo był jedyną osobą, z którą mogłem rozmawiać bez pomocy tłumacza, więc spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Po pół roku jednak rozumiałem wiele, a po 12 miesiącach już potrafiłem bez problemu dogadać się po polsku.

Jak został pan przyjęty w szatni Legii?

- Do drużyny przyszedłem w bardzo trudnym momencie. Sezon 2000/2001 zespół zakończył trzema kolejnymi porażkami, a na początku następnego dołożył jeszcze dwie. Pozycja trenera była zagrożona, piłkarze patrzyli na niego wrogo, więc nic dziwnego, że niezbyt ciepło przyjęli w szatni jego rodaka. Tym bardziej że Okuka na mnie stawiał. Ale wiecie, co jest najlepsze w serbskich piłkarzach? To, że my dostrzegamy problemy, ale mamy je gdzieś, po prostu koncentrujemy się na pracy. Tak też było w moim przypadku, ale dość szybko przekonałem chłopaków do siebie. Po pierwsze, pokazałem, że umiem grać w piłkę, a po drugie, wyraźnie dałem do zrozumienia, że mimo iż trenerem jest mój rodak, to ja nie przyjechałem do Legii po to, żeby na kogokolwiek w szatni donosić. Pod koniec sierpnia graliśmy w Olsztynie ze Stomilem i wygraliśmy 6:1. Ja miałem tam dwie albo trzy asysty. Po tamtym spotkaniu poczułem, że drużyna zaufała mi całkowicie.

Przez boisko zaufanie zdobywa się najłatwiej.

- Oczywiście. Chłopacy zobaczyli, na co mnie stać, poznali mnie też jako człowieka. Po meczu w Olsztynie moje życie w Warszawie stało się łatwiejsze. Dlatego potem, kiedy byłem kapitanem Legii, starałem się, by każdy nowy piłkarz w szatni czuł się komfortowo. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, w której ktoś czułby się jak ja w pierwszych tygodniach.

Legii nie brakuje dzisiaj silnych charakterów w szatni?

- To jest temat, który pojawia się zawsze, kiedy Legia przegra kilka spotkań. Tak samo jest np. z przygotowaniem fizycznym. W tej grupie jest dużo zawodników, których można nazwać charakternymi i jestem przekonany, że zobaczycie to już niedługo.

Jaki kontakt ma pan z piłkarzami Legii?

- Chociaż z niektórymi dzieliłem szatnię, a z częścią bardzo się lubię prywatnie, to jeszcze zanim objąłem stanowisko asystenta trenera, to ustaliliśmy sobie zasady funkcjonowania. Chłopaki wiedzą kiedy i na co sobie mogą pozwolić, ale żeby obyło się bez niedomówień zwracają się do mnie "trenerze". To samo przeżywałem, kiedy asystentem został Jacek Magiera, z którym do niedawna byliśmy kolegami z boiska.