Tak Legia awansowała do Ligi Mistrzów [WSPOMNIENIA PO 20 LATACH]

?Na pytanie, gdzie jest ta Legia, odpowiadam: w Lidze Mistrzów? - te słowa Dariusza Szpakowskiego zna chyba każdy kibic Legii. W niedzielę 23 sierpnia minęło 20 lat od rewanżowego meczu z IFK Göteborg i awansu stołecznego klubu do tych elitarnych rozgrywek.
Najpierw wygrana 1:0 w Warszawie, dwa tygodnie później zwycięstwo 2:1 w Göteborgu. Legia do Ligi Mistrzów pierwszy i ostatni raz awansowała 20 lat temu. Oddajemy głos piłkarzom, którzy wywalczyli historyczny awans, oraz naocznym świadkom tamtych wydarzeń. Poniżej wspominają tamten sukces.

Bogusław Łobacz, kierownik drużyny: - Po wylosowaniu Göteborga miałem mieszane uczucia. Cały czas w głowie siedział mi Hajduk Split, z którym odpadliśmy rok wcześniej, przegrywając w dwumeczu 0:5.

Mirosław Jabłoński, asystent trenera Pawła Janasa: - Pięciokrotnie oglądałem Göteborg w lidze. Z tego, co pamiętam, to Paweł Janas też widział go ze dwa, trzy razy na żywo. Do spotkań ze Szwedami podeszliśmy szalenie profesjonalnie. Wiedzieliśmy o nich wszystko. Że to bardzo silna drużyna, ćwierćfinalista Ligi Mistrzów poprzedniego sezonu. Ale absolutnie nie baliśmy się jej. Legia wówczas nie bała się niczego.

Cezary Kucharski, napastnik: - Początek drugiej połowy pierwszego spotkania. Dostaję dobre podanie od Grzegorza Lewandowskiego, biegnę prawym skrzydłem, wpadam w pole karne, a w nim fauluje mnie Magnus Johansson. Rzut karny. Po chwili z 11 metrów trafia Jerzy Podbrożny, wygrywamy 1:0. Do dziś mam satysfakcję, że miałem mały udział przy tej bramce.

Jerzy Podbrożny, napastnik: - Wykonanie rzutu karnego nie stanowiło dla mnie większego problemu. To, że w bramce nie stał słynny Thomas Ravelli, który z powodu kontuzji musiał opuścić boisko, tylko jego zmiennik, nie było dla mnie żadnym ułatwieniem. Od zawsze miałem tak, że starałem się kontrolować postawę bramkarza do samego końca. Decyzję o wyborze rogu podejmowałem w ostatniej chwili. Bramkarz Göteborga nieco ułatwił mi zadanie, bo dość wcześnie wybrał stronę, w którą się rzuci. Spokojnie przymierzyłem więc w drugi róg.

TAK LEGIA AWANSOWAŁA DO LIGI MISTRZÓW. ZOBACZ REPORTAŻ MULTIMEDIALNY >>

Jacek Bednarz, defensywny pomocnik: - Rewanż w Göteborgu? Trzeba zacząć od tego, że nasza podróż do Szwecji zaczęła się nietypowo. W latach 90. kontrole na lotniskach były bardziej szczegółowe, niż ma to miejsce teraz. Nie było taryfy ulgowej dla nikogo, tylko mozolne sprawdzanie paszportów. O dziwo, kiedy znaleźliśmy się z drużyną na lotnisku, to jakimś trafem przeszliśmy zupełnie bez żadnej kontroli. Nie wiedzieliśmy za bardzo, o co chodzi. Po prostu odlecieliśmy do Szwecji. W trakcie lotu okazało się jednak, że musimy wracać, bo przyszła dyspozycja z Warszawy, że przeszliśmy bez sprawdzania paszportów. To było dziwne, ale samolot zawrócił. Wyszliśmy na lotnisko i sprawdzono nam te paszporty, ale też nie jakoś szczegółowo. Ktoś naprawdę musiał być uparty.

Marcin Meller, dziennikarz: - Byłem jedynym dziennikarzem, który na mecz popłynął promem z kibicami. Do sprawy podszedłem otwarcie: powiedziałem kibicom, kim jestem, dlaczego tu jestem i że chcę napisać z tego wyjazdu reportaż. Spotkałem się z ich szefem, gdzieś w okolicach Torwaru. Chwilę wszyscy się zastanawiali, bo wiadomo, że kibice stronią od dziennikarzy, ale ostatecznie mi pozwolili. Plusem było moje ówczesne czyste konto - nigdy wcześniej nie napisałem czegoś, co mogło ich obrazić. W trakcie wyprawy kibice traktowali mnie neutralnie, nawet czasami olewali. Nawet kiedy kupiłem skrzynkę wódki w ramach podziękowania, to podchodzili do mnie z rezerwą.

Zbigniew Mandziejewicz, obrońca: - W końcu dolecieliśmy do Szwecji. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że za moment patrzyć będzie na nas cała piłkarska Polska. Ale czy byliśmy tym stremowani? Nie do końca. Mieliśmy świadomość, że dobrze odrobiliśmy lekcję sprzed roku, kiedy dostaliśmy lanie od Hajduka. Do tego tym razem klub zorganizował nam świetny obóz przygotowawczy we Włoszech, graliśmy sparingi z naprawdę mocnymi ekipami i czuliśmy się mocni. Tyle że ekipa z Göteborga w ogóle się tym nie przejmowała. Była bardzo pewna siebie. Wiedziała, że będzie mieć za sobą kibiców. Specjalnie zorganizowała mecz nie na głównej płycie, tylko na bocznej murawie, żeby kibice w kameralnej atmosferze zrobili kocioł. Chcieli nas wystraszyć. Musieli się zdziwić, że kocioł był, ale dzięki fanom Legii.

Leszek Pisz, pomocnik: - Minęło 20 lat, wiele się przez ten czas zmieniło, wiele z głowy wyleciało, ale takie mecze jak te z Göteborgiem pamięta się do końca życia. Szczególnie w głowie utkwił mi rewanż. Po pierwsze dlatego, że usiadłem na ławce, czym zarówno ja, jak i koledzy, byliśmy mocno zdziwieni. Po drugie dlatego, że strzeliłem bramkę dającą nam remis. Na boisko wszedłem zły, ale była to taka sportowa złość i jak się okazało, wyszło nam to wszystkim na dobre.

Jacek Bednarz: - Decyzja z posadzeniem Pisza na ławce? Powiem tak: w piłce nożnej nie ma demokracji, musi być zgoda. Oczywiście, że drużyna chciała, by Leszek grał. Czułaby się pewniej. Ale musieliśmy zaakceptować decyzję trenera Janasa. Szanuję ją, bo mogła się okazać kluczowa dla dwumeczu.

Mirosław Jabłoński: - To była moja decyzja. To znaczy ja byłem jej pomysłodawcą. Był to szalenie ryzykowny krok. To tak jakby Barcelona - oczywiście z zachowaniem odpowiednich proporcji - posadziła na ławce Leo Messiego. Pisz to był nasz najlepszy zawodnik, wiedzieliśmy jednak, że rywale - silna drużyna - zrobią wszystko, by od początku meczu wyeliminować go z gry.

Cezary Kucharski: - Szybko straciliśmy gola. Rewanż zaczął się najgorzej, jak mógł... Śliczną bramkę uderzeniem zza pola karnego zdobył Jesper Blomqvist. Pamiętam jak dziś, że trenerzy uczulali nas na to, że Szwed ma doskonale ułożoną lewą nogę, a tymczasem on huknął w samo okienko z prawej.

Jacek Bednarz: - Nerwy pojawiły się szybko. Na początku rewanżowego meczu za mój pierwszy faul, chyba na Blomqviście, dostałem żółtą kartkę. Trochę się przestraszyłem, że sędzia nie pozwoli mi dograć meczu do końca. Tym bardziej że arbitrem spotkania był David Elleray z Anglii. Wiedzieliśmy, że nie ma on problemu z tym, by wlepiać kartki i wyrzucać piłkarzy z boiska. Sędziował nam rok wcześniej mecz z Hajdukiem w Splicie i po 15 minutach gry ukarał żółtymi kartkami Jacka Zielińskiego i Krzysztofa Ratajczyka. Dlatego przez długie minuty w Göteborgu bałem się ostro walczyć o piłkę. Właściwie przestałem się pilnować dopiero w 74. minucie, czyli po bramce Pisza.

Marek Jóźwiak, obrońca: - Gol Pisza? Poszła kontra, chyba Tomek Wieszczycki zagrał na skrzydło do Grześka Lewandowskiego, a ja dobiegłem do środka boiska i wszystko obserwowałem. Miałem dobrą perspektywę - wrzutka na 11. metr, a tam najniższy Pisz pakuje głową piłkę w długi róg bramki. Zamurowało mnie, cieszyć zacząłem się dopiero po chwili.

Jerzy Podbrożny: - Na 2:1 strzeliliśmy w samej końcówce. Piłka została dośrodkowana z lewej strony i przeleciała przez całe pole karne. Ja pobiegłem za nią i złapałem ją tuż pod linią autową. Od razu podałem do Jacka Bednarza, chociaż nie wiem po co, bo powinienem był grać na czas... Ważne, że skończyło się dobrze, bo Jacek strzelił gola, a sędzia chwilę później zakończył spotkanie.

Jacek Bednarz: - Mój gol? Zacznijmy od tego, że nie planowałem tej wycieczki w pole karne. Piękne uczucie - strzelam, chwilę później sędzia kończy mecz, no i euforia. Zaczynamy się cieszyć, podbiegamy pod trybunę naszych kibiców i w głowie mam myśl, że tym razem moja koszulka musi ze mną zostać. Na zawsze. Po chwili wpadam jednak na Grześka Lewandowskiego, który jest już bez koszulki i drze mi się do ucha: "Rzuć tę koszulkę kibicom, rzuć ją! Zobaczysz, wtedy wyjdziemy z grupy". Grzesiek mnie przekonał, z grupy wyszliśmy, ale dylemat był. I to spory, bo tak rzuciłem tą koszulką, że ta zawisła na drucie kolczastym otaczającym klatkę, w której zamknięci byli nasi kibice. "No nie, chciałem mieć pamiątkę, a zaraz wszyscy rozedrą mi ją na strzępy" - pomyślałem sobie. Po latach dowiedziałem się jednak, że koszulka jest w całości, udało się komuś ją uratować.

Bogusław Łobacz: - Awans? Nie ma co owijać w bawełnę - świętowaliśmy do białego rana. Hotelu nie roznieśliśmy, ale radość była ogromna. Po takich meczach sen nie przychodzi. Cały czas człowiek się szczypał, by sprawdzić, czy to jednak nie sen, czy naprawdę jesteśmy w tej Lidze Mistrzów.

Cezary Kucharski: - Impreza trwała długo - dobrych kilka godzin, odkąd wyruszyliśmy ze stadionu na lotnisko. Bawiliśmy się w autokarze, na lotnisku, w samolocie. W Warszawie mało kto był trzeźwy, ale w końcu było co świętować. To był wielki sukces nie tylko Legii, ale całej polskiej piłki nożnej.

Mirosław Jabłoński: - Po awansie prezes Rymanowski w hotelu zorganizował wielką kolację. Było piwko, coś mocniejszego - "łyskacz". Ci, którzy chcieli się bawić, to się bawili. Było przyjemnie. Pamiętam radośnie taki bardzo malowniczy obrazek - siedzimy nad jakimś kanałem, pijemy, a obok nas przepływają duże statki.

Jacek Bednarz: - Nie ukrywam, głowę mam słabą. Kiedy przyszedł moment imprezy i kiedy mogliśmy się już bawić, to pamiętam to wszystko jak przez mgłę. Kojarzę jedynie, że skakaliśmy do basenu w ubraniach. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy Maciek Szczęsny robił to ze mną, ale na pewno był gdzieś obok.

Marcin Meller: - Zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów było nieprawdopodobną radością. Ale nie było w nas świadomości, że jest to wyjazd, o którym będzie się pisać artykuły za 20 lat.

Dariusz Szpakowski, komentantor i autor słynnego cytatu: "Na pytanie, gdzie jest ta Legia, odpowiadam: w Lidze Mistrzów" - W trakcie meczu emocje były ogromne, ale po ostatnim gwizdku, kiedy odłożyłem już słuchawki, zwyczajnie wróciliśmy z ekipą do hotelu. Byliśmy bardzo zmęczeni. Każdy świętował sukces na własny sposób, kibice mogli się bawić, ale my pragnęliśmy już tylko snu.