Napastnik Michał Żyro, pocieszający Pablo Dyego i czarna chmura nad Cichą [SPOSTRZEŻENIA PO RUCHU]

- Legia próbowała zaskoczyć Ruch manewrami taktycznymi w ataku, dobrze grał Dominik Furman, ale strzały do siatki nie trafiały. Guilherme trzeba było pocieszać, a mecz na chwilę przerwać po wybrykach ultrasów Ruchu - obserwacjami z piątkowego meczu w Chorzowie dzieli się Konrad Ferszter z Legia.sport.pl.


Taktyczna elastyczność na prawej stronie

Ustawienie legionistów na mecz z Ruchem nie dziwiło. Podobnie jak w minioną niedzielę w starciu z Zawiszą na pozycji ofensywnego pomocnika ustawiony został Guilherme, na prawym skrzydle Michał Żyro, a w ataku - Marek Saganowski. Często była to jednak tylko teoria.

W trakcie meczu piłkarze bardzo często zmieniali się pozycjami - Guilherme schodził na prawe skrzydło, Saganowski na pozycję ofensywnego pomocnika, a rolę napastnika pełnił Żyro. 23-latek po meczu spytany o ten manewr przyznał, że był to element taktyki, który miał zaskoczyć chorzowian.

Ale pomimo że na prawej stronie z rywalami radził sobie Guilherme, że uwagę przeciwników ściągał na siebie Żyro, że legioniści oddali aż 21 strzałów (także z karnego!), to mistrzom Polski nie udało się strzelić gola. Piłkarze Waldemara Fornalika nie tylko rozczytali grane często schematy warszawiaków, ale także poradzili sobie z zastosowanym elementem zaskoczenia.

Kolejny dobry mecz Furmana

23-letni pomocnik w Chorzowie zagrał tylko dlatego, że kontuzja wykluczyła Ivicę Vrdoljaka. Ale Furman w starciu z Ruchem nie zawiódł nikogo. Wypożyczony z Toulouse zawodnik od początku meczu ustawiony był bliżej bramki rywali niż partnerujący mu w środku pola Tomasz Jodłowiec. To nie przeszkadzało jednak Furmanowi w dobrym przerywaniu akcji gospodarzy i skutecznych odbiorach piłki.

Pomocnik radził sobie jednak nie tylko w defensywie, ale także skutecznie napędzał ataki Legii. Furman próbował robić to zarówno prostopadłymi podaniami, jak i długimi przerzutami na skrzydła. Było to trzecie spotkanie ligowe, które rozpoczął w pierwszym składzie. Furman coraz mocniej naciska na będącego w nierównej dyspozycji Jodłowca.

Dyego i Leśnodorski pocieszają

Z nietęgą miną opuszczał szatnie chorzowskiego stadionu Guilherme. Brazylijczyk w 34. min zmarnował rzut karny, który zaważył o tym, że legioniści ze Śląska zamiast z wygraną wrócili z remisem.

Wyraźnie rozczarowanego i złego 24-latka pod wyjściem z szatni starał się pocieszyć Pablo Dyego. Przebywający na dwutygodniowych testach przy Łazienkowskiej Brazylijczyk podszedł do swojego rodaka, przywitał się z nim i wziął w objęcia, poklepując po plecach. Guilherme pocieszał także prezes Bogusław Leśnodorski, który podobnie zachował się w stosunku do Michała Żyry. - Bardzo dobry mecz, Michał, szkoda tego wyniku - mówił prezes, ściskając dłoń 23-letniego zawodnika.

Nerwy Ruchu, nerwy Legii

Od samego początku piątkowe spotkanie było trudne do prowadzenia dla sędziego Jarosława Przybyła i jego asystentów. W pierwszej połowie ogromne pretensje do pracy arbitra mieli piłkarze gospodarzy. Chorzowianie, wspierani przez komplet publiczności, kwestionowali każdą decyzję sędziego na korzyść Legii i wywierali na nim presję, dyskutując z nim w kilka osób. Piłkarze Ruchu z arbitrem kłócili się nawet wtedy, gdy ten jak najbardziej słusznie podyktował rzut karny dla warszawian.

Ale to nie był koniec problemów sędziego. W drugiej połowie, wraz z upływem kolejnych minut, pracę utrudniali mu także legioniści. Będący pod presją czasu mistrzowie Polski coraz częściej nie zgadzali się z decyzjami sędziowskimi i frustrację spowodowaną własnymi trudnościami pod polem karnym przeciwnika wylewali na arbitrów.

Apogeum pretensji wywołała jedna z akcji w końcówce spotkania, kiedy w polu karnym upadł Orlando Sa. Z sędzią głównym kłócili się piłkarze na murawie, do arbitra technicznego swoje niezadowolenie nerwowo wykrzykiwał Henning Berg, a z liniowym długo kłócili się rezerwowi - Arkadiusz Malarz, Igor Lewczuk i zmienieni wcześniej Saganowski oraz Żyro.

Czarna chmura nad Cichą

Na mecz z Legią chorzowscy kibice przygotowali specjalną oprawę. Ta, polskim zwyczajem, oczywiście nie mogła obyć się bez pokazu pirotechnicznego. Fani Ruchu odpalili nie tylko race, ale także świece dymne. Wydarzenia wydały się jednak uciec spod kontroli ultrasów, bo w pewnym momencie na trybunie pojawił się żywy ogień.

Płonęły krzesełka, a unoszący się dym w połączeniu z tym ze świec dymnych spowodował powstanie gęstej, czarnej chmury, która powoli zmierzała ku płycie boiska. Ograniczona do minimum widoczność zmusiła sędziego do przerwania gry w 75. min spotkania. Nawet po jej wznowieniu do końca meczu nad boiskiem unosił się czarny pył, który pokrywał nawet przeciwną trybunę.