Wraca koszmar Legii? Jak obecny sezon przypomina ten przegrany, sprzed trzech lat...

Przy Łazienkowskiej nie uczą się na błędach. Taki wniosek można wysnuć, jeśli przeanalizuje się rundy wiosenne obecnego sezonu i tego sprzed trzech lat.


Sezon 2014/15 wchodzi w decydującą fazę, a do gry i wyników Legii w rundzie wiosennej można mieć wiele zastrzeżeń. Mistrzowie Polski wygrali tylko pięć z 14 rozegranych meczów. Eksperci i kibice, a nawet piłkarze zaczynają wspominać, choć w różnych kontekstach, sezon 2011/12, gdy na finiszu warszawiacy przegrali walkę o tytuł mistrza Polski.

Co dokładnie powtarza się w tym sezonie?

Przygotowania do (przegranego) dwumeczu w Europie

W 2012 roku Maciej Skorża zapowiadał, że na początku przygotowań do rundy wiosennej będzie się skupiał przede wszystkim na odpowiednim przygotowaniu Legii do meczów 1/16 finałów Ligi Europy. Ówczesny trener drużyny z Warszawynie ukrywał , że to dla niego dwumecz życia. I choć po rundzie jesiennej w tabeli ekstraklasy Legia traciła cztery punkty do Śląska, to forma przygotowywana była na zespół z Lizbony, a rozgrywki ligowe zeszły na dalszy plan. Skorża nie chciał popełnić błędu z lata 2009 roku, gdy prowadząc Wisłę założył, że jego drużyna nawet bez formy przejdzie Levadię Tallin. Legioniści przeciwko Portugalczykom zaprezentowali się obiecująco i do awansu zabrakło niewiele (2:2 u siebie, 0:1 na wyjeździe), przebieg rundy wiosennej i utrata na finiszu pewnego mistrzostwa pokazała, że plan przygotowań był chybiony.

W tym roku pod wiosenny dwumecz w pucharach drużynę przygotowywał też Henning Berg. Z Ajaksem miała zagrać Legia nie gorsza niż ta, która jesienią wygrała dziesięć meczów z rzędu w Europie. Rotacja i oszczędzanie kluczowych zawodników w meczach przed i w trakcie rywalizacji z mistrzami Holandii nie przyniosły jednak pozytywnych efektów. Legioniści drugą połową w Amsterdamie dali nadzieję - podobną, jaką przyniósł pierwszy mecz ze Sportingiem, - ale podobnie jak i w 2012 roku przygoda Legii w pucharach zakończyła się na 1/16 finału. Gorzej, że tak samo jak trzy lata temu drużyna wygląda na źle przygotowaną do rozciągniętych w czasie rozgrywek ligowych.

Osłabienie składu za pięć dwunasta

Do dziś zimowe okienko transferowe 2012 roku w wykonaniu Legii uchodzi za modelowy przykład tego, jak nie przeprowadzać transferów. Na kilka dni przed rozpoczęciem sezonu bezprecedensowo, nawet w polskiej skali, osłabiono drużynę. Jeszcze w styczniu do Kaiserslautern odszedł Ariel Borysiuk, który jesienią 2011 roku był kluczowym zawodnikiem w taktyce Skorży. Jeszcze większą stratą było odejście Macieja Rybusa, który podczas obozów przygotowawczych był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem Legii - w sparingach skrzydłowy często zagrażał bramce rywali dobrze wykonywanymi stałymi fragmentami gry, strzelił gola w spotkaniu ze Steauą Bukareszt (1:2), próbie generalnej przed Sportingiem. Pięć dni przed meczem z Portugalczykami podpisał jednak kontrakt z Terekiem Groznym, gdzie gra do dziś. "Ukoronowaniem" wyprzedaży było odejście Marcina Komorowskiego, też do Tereka, dwa dni po pierwszym meczu ze Sportingiem.

Teraz, pod koniec lutego, tuż przed meczem z Ajaksem, Legia sprzedała do Chin Miroslava Radovicia. Od transferu minęły już prawie dwa miesiące, ale jego brak wciąż jest głównym usprawiedliwieniem dla słabej i schematycznej gry mistrzów Polski. Prezes Legii Bogusław Leśnodorski bronił się, wskazując na bajeczne warunki kontraktu, jakie liderowi Legii zaproponowało China Hebei Fortune. Nie ulegało jednak wątpliwości, że okoliczności i czas odejścia były dużą porażką dla klubu z Łazienkowskiej. Na transferach Borysiuka, Rybusa, Komorowskiego i Radovicia Legia zrobiła około 8 milionów euro, ale wiele też straciła.

Na marginesie - Skorży udało się wywalczyć, żeby Rybus pomógł Legii w domowym meczu ze Sportingiem, pomimo podpisanego już kontraktu z Terekiem. Berg na wieść o prawdopodobnym odejściu Radovicia nie włączył Serba do kadry meczowej na spotkanie w Amsterdamie.

Rozbite schematy ofensywne

Jesienią 2011 roku Skorży, po roku pracy i wielu eksperymentach (Iwański, Cabral, Mezenga, próby reaktywacji Chinyamy) udało się wreszcie ułożyć grę ofensywną. W oparciu o odrodzonego na nowej pozycji Radovicia i sprowadzonego latem Danijela Ljuboję warszawiacy zaczęli grać efektownie i efektywnie. Szybko do serbskiego duetu dołączył Rybus, dzięki czemu atak Legii był bardzo urozmaicony i groźny dla każdego. Współpraca tej trójki, przy udziale również mądrze wprowadzanego do drużyny Rafała Wolskiego gwarantowała Legii punkty. Zimą wszystko to jednak się posypało. Odszedł Rybus, a podczas sparingu z reprezentacją Turkmenistanu poważnie żebra uszkodził Radović i wypadł ze składu. Skorża w meczach ze Sportingiem postawił na Michała Żyrę, który przy prowadzeniu 1:0 zmarnował sytuację sam na sam z bramkarzem rywali. Na ławce mecz z Portugalczykami zaczął Wolski, który w końcówce zaliczył asystę przy bramce Janusza Gola. Radović w meczach 1/16 finału LE nie wystąpił. Wrócił do zdrowia już na ważne spotkanie ze Śląskiem we Wrocławiu, ale rundę wiosenną miał fatalną (tylko jedna bramka). Wolski wiosną błyszczał, ale w końcówce sezonu doznał kontuzji pięty, która znacząco zahamowała jego karierę, przez co nie był w stanie pomóc drużynie w decydujących momentach.

Jesienią 2014 roku pomysł na atak Legii jesienią opierał się na Radoviciu i Ondreju Dudzie. Współpraca tej dwójki nie wygląda tak idealnie, jak niektórzy uważali, ale obecność dwóch tak kreatywnych i groźnych zawodników w środku pola powodowała, że więcej miejsca mieli skrzydłowi. Podczas zimowych przygotowań schemat miał być kontynuowany. Powtórzyła się jednak sytuacja sprzed trzech lat. Duda doznał poważnej kontuzji, a odchudzony, będący w dobrej formie Radović zmienił pracodawcę. Słowak wrócił do zdrowia szybciej niż oczekiwano, ale po dobrym początku zgubił formę, w ostatnich meczach nie pomaga drużynie. Berg próbował, zachowując system, zmienić wykonawców, ale nie przyniosło to spodziewanych efektów.

Drogie i nietrafione transfery

Złość Skorży i kibiców z powodu odejścia kluczowych zawodników miały opanować transfery - Argentyńczyka Ismaela Blanco i Hiszpana Nacho Novo. Zawodników doświadczonych, uznanych, z sukcesami w swojej karierze. Blanco był dwukrotnym królem strzelców ligi greckiej, Novo z kolei był legendą Glasgow Rangers, a zanim zameldował się w Warszawie zdążył jesienią strzelić trzy gole w Primera Division. Nowi piłkarze przyszli za darmo, ale tani nie byli - według plotek na ich pensje Legia wydawała miesięcznie ponad 200 tysięcy złotych. Kibice i eksperci zastanawiali się, ile bramek zdobędą, ale eksperyment się nie powiódł. Blanco, wystawiony przez Skorżę w debiucie w środku pola, podczas gry w Legii nie potrafił w żaden sposób odnaleźć się w taktyce zespołu z Warszawy, błąkając się po boisku i ze zdziwieniem przyglądając swoim kolegom. Zawiódł również Novo. Kibice przecierali oczy ze zdumienia, widząc jak zawodnik, który cztery lata wcześniej grał w finale Pucharu UEFA, ma ogromne problemy z przyjęciem piłki. Hiszpańskojęzyczny duet strzelił dla Legii trzy gole, wszystkie w Pucharze Polski w meczach przeciwko Gryfowi Wejherowo i Arce Gdynia. Po przegranym sezonie pożegnano się z nimi bez żalu.

Wzmocnieniem składu nie jest na razie Michał Masłowski, który przyszedł zimą z Zawiszy za 800 tys. euro. Masłowski miał być nowym partnerem Dudy w ofensywie, jedynego swojego gola strzelił w krajowym pucharze. Trudno wyrokować, jaka będzie jego przyszłość przy Łazienkowskiej, ale w tej chwili nie można powiedzieć, by były to dobrze zainwestowane pieniądze. Choć Kazimierz Sokołowski, asystent Berga, zarzeka się, że sztab szkoleniowy jest z Masłowskiego zadowolony, jego wpływ na grę Legii jest niewielki. Podczas ostatnich dwóch meczów, z Podbeskidziem i Lechią, nie pojawił się na boisku ani na minutę.

Oprócz Masłowskiego wydano pół miliona złotych na Arkadiusza Malarza. Doświadczony bramkarz miał być realnym konkurentem dla Duszana Kuciaka i "straszakiem" na Słowaka, który jesienią w lidze popełnił wiele błędów. Malarz swoją szansę wykorzystywał, dobrymi występami posadził nawet konkurenta na ławce, ale po niezrozumiałym wyjściu poza pole karne i czerwonej kartce w Poznaniu nieprędko znów pojawi się na boisku. Kuciak w ostatnim czasie broni lepiej niż wcześniej, ale wyjazdowa porażka z Lechem może się okazać bardzo bolesna w końcowym rozrachunku.

Zbytnie przywiązanie do nazwisk i brak świeżej krwi

W zimą 2012 roku odszedł Borysiuk, Skorża stracił kluczowy element w swojej taktyce opartej na trzech środkowych pomocnikach. W meczu ze Sportingiem i kilku następnych defensywnym pomocnikiem był Jakub Rzeźniczak. Pomysł nie wypalił. W kadrze Legii był co prawda Daniel Łukasik, w Młodej Ekstraklasie błyszczał Dominik Furman, ale trener Legii nie chciał podejmować ryzyka. Łukasik jesienią wyszedł w pierwszym składzie w meczu Ligi Europy z Hapoelem, ale trenera do siebie nie przekonał. Wiosną rozegrał cały wyjazdowym mecz w Pucharze Polski z Gryfem, wszedł na ostatnie pół godziny w meczu z Ruchem, gdy z powodu kartek pauzowali Gol i Artur Jędrzejczyk. W marcu był blisko wypożyczenia do Piasta Gliwice, ale w ostatniej chwili ten ruch zablokował Skorża. Furman na boisku pojawił się tylko przez 20 minut w Wejherowie. Gdyby nie zmiana szkoleniowca, prawdopodobnie obaj pomocnicy już wówczas zmieniliby klub. Prawdziwą szansę dostali dopiero od Jana Urbana, który odważnie postawił na nich w kolejnych sezonie.

Z drugiej strony z Blanco i Novo Skorża zrezygnował dopiero po klęsce w Gdańsku, do końca ufał też Radoviciovi. Nie oznacza to, że był zupełnie pozbawiony innych opcji w ofensywie. Zamiast będącego zupełnie bez formy Serba mógł postawić na strzelającego gola za golem w drugiej drużynie Michała Efira. W meczu we Wrocławiu zadebiutował Bartosz Żurek. Mimo krytyki, Skorża do końca trzymał się jednak kurczowo zawodników, którzy ostatecznie przegrali mistrzostwo.

Podobne zastrzeżenia do pracy trenera Legii pojawiają się i teraz. Gdy jesienią Berg stosował niespotykaną w Polsce rotację, dawał szansę wielu młodym zawodnikom. Wiosną Norweg kombinuje, szuka, ale wciąż obraca się w kręgu tych samych nazwisk, czasem podejmując zupełnie niezrozumiałe decyzje. Igor Lewczuk, który dobrze prezentował się na obozach przygotowawczych, na początku rundy przegrywał rywalizację z Inakim Astizem. Pojawił się w składzie mistrzów Polski dopiero po kilku kolejnych poważnych błędach Hiszpana. Najlepszy na boisku w meczu z Koroną Furman, na kolejny występ musiał czekać miesiąc. Z meczu na mecz słabnie Tomasz Jodłowiec, ale o miejsce w składzie nie musi się martwić. Apatyczny Michał Żyro, po którego prostych stratach Legia traciła gole w Poznaniu i Gdańsku, wciąż jest wyżej w hierarchii niż chaotyczny, ale aktywny Kosecki. Jaki jest status w drużynie Orlando Sa nie wie nawet on sam. Łukasz Broź, poważny kandydat do reprezentacji, przegrywa walkę z Bartoszem Bereszyńskim, któremu do klasowego defensora wciąż daleko. Żaden z młodych zawodników, którzy zadebiutowali jesienią w ostatnim czasie, nie łapie się nawet do kadry meczowej. Jednym widocznym plusem jest przesunięcie bliżej bramki rywali Guilherme, który na wiosnę na lewej obronie tylko się męczył.

Trener przedłuża kontrakt w trakcie sezonu

Na konferencję prasową po ostatnim meczu sezonu 2010/11 Skorża przychodził z przeświadczeniem, że dłużej przy Łazienkowskiej nie popracuje. Nie dogadano się jednak z Vladimirem Weissem, a po udanej jesieni 2011 roku pozycja trenera Legii nagle znacznie się wzmocniła. Do tego stopnia, że w kwietniu, jeszcze w trakcie sezonu, przedłużono z nim kontrakt, by mógł przy pełnym komforcie poprowadzić klub do podwójnej korony. Decyzja okazała się fatalna w skutkach. Zamiast komfortu było rozprężenie, a gdy w końcu - po przegranym sezonie - Skorża stracił pracę, to wciąż był przez Legię utrzymywany na liście płac. Dymisją decyzję o prolongowaniu kontraktu zapłacił prezes Paweł Kosmala.

Do 14 stycznia 2018 r. swój kontrakt z klubem z Łazienkowskiej przedłużył Berg. Trudno przewidzieć, jak zachowaliby się właściciele Legii w przypadku, gdy powtórzyła się historia z 2012 roku. Z pewnością jednak pozycja Norwega nie jest tak mocna jak jeszcze jesienią.

0:1 w Gdańsku

Gol Jakuba Wilka w Gdańsku w przedostatniej kolejce sezonu 2011/12 ostatecznie przekreślił szanse Legii na mistrzostwo Polski, przelał czarę goryczy i zapoczątkował zmiany. Pracę stracił Skorża, w cień usunął się Mariusz Walter, a pod koniec roku przy Łazienkowskiej pojawił się Leśnodorski. Jeszcze później Legia zmieniła właściciela. Klęska nad morzem, choć bolesna i traumatyczna, okazała się być potrzebnym katharsis. Nawet w pokazanym podczas fety na Agrykoli filmie podsumowującym zwycięski sezon 2012/13 cała historia zaczynała się od tamtego meczu.

Po trzech latach fatalna gra i wynik się powtórzyły, choć przed mistrzami Polski jeszcze trzy mecze rundy zasadniczej i cała runda finałowa, która może zupełnie zmienić postrzeganie sezonu. W 2012 roku potknięcie Legii wykorzystał Śląsk. Teraz rywale się zbliżają, choć np. w ostatniej kolejce szansę na zepchnięcie Legii z pozycji lidera zmarnował Lech.

Przyjazd Rumaka...

21 kwietnia 2012 pierwszy raz w roli trenera przyjechał na Łazienkowską Mariusz Rumak. Jego Lech pokonał wówczas Legię 1:0 po bramce Artioma Rudniewa. Gdy przejmował drużynę z Poznania, ta była na dziewiątym miejscu w tabeli. Sezon skończyła ostatecznie na czwartej pozycji. Kolejne wizyty nie były już tak udane, bo Lech przegrał trzy kolejne mecze z Legią, nie strzelając w nich ani jednego gola.

19 kwietnia 2015 roku Rumak zjawi się w Warszawie po raz kolejny. Tym razem jako trener Zawiszy, którego ostatnia pozycja w tabeli jest myląca - gdyby wziąć pod uwagę tylko wiosnę, to zespół Rumaka byłby w takiej tabeli najlepszy, a legioniści zajmowaliby tylko ósmą pozycję.

Czy Rumak znów wygra w Warszawie i przedłuży listę koszmarnych dla Legii porównań do przegranego sezonu sprzed trzech lat? Czy może to mistrz Polski w końcu weźmie się w garść, pokona Zawiszę i pokaże, że na finiszu sezonu potrafi wyciągać wnioski z porażek i historii?