Rzeźniczak z szacunkiem, Kuciak świetny bez brody, Guilherme (prawie) jak Dean Saunders [SPOSTRZEŻENIA PO PIAŚCIE]

Legijni Jakubowie obchodzili w Wielką Sobotę swoje okrągłe jubileusze, Guilherme pokazał, jak można kreatywnie rozwiązać wyrzut z autu, a Orlando Sa wciąż nie umie się cieszyć. Wszystko przykrył jednak padający śnieg, deszcz oraz grad. Spostrzeżeniami po spotkaniu z Piastem dzieli się Piotr Nowicki z Legia.sport.pl.


Kwiecień plecień

O tym, że pogoda w marcu i kwietniu do przewidywalnych nie należy, mówią przysłowia. Ale podczas ostatnich meczów Legii aura zmienia się jednak wyjątkowo. W Bielsku, gdy mistrzowie Polski wyszli zapoznać się z murawą, przykrywała ją warstwa śniegu. Natomiast gdy mecz się rozpoczynał, była ona już całkowicie zielona. W sobotę nie spodziewano się już żadnych anomalii, a jednak na około 20 minut przed rozpoczęciem meczu z Piastem zaczęło padać. Stało się to tak nagle, że obecni na stadionie dopiero po chwili zorientowali się, co się dzieje. Padał śnieg, deszcz ze śniegiem oraz grad. Wyglądało na to, że może się powtórzyć scenariusz z Bielska.

Trawa, która w ostatnim czasie trochę odpoczęła podczas przerwy reprezentacyjnej, z czego przed meczem cieszyli się trener Henning Berg i jego piłkarze, znów została wystawiona na próbę. Na szczęście opad był krótkotrwały, a murawie nic się nie stało i legioniści mogli płynniej niż ostatnio na Łazienkowskiej wymieniać podania i konstruować akcje.

To nie pierwszy raz, gdy mistrzowie Polski grali w Wielką Sobotę w ciężkich warunkach atmosferycznych. Gdy dwa lata temu miały miejsce ostatnie derby Warszawy w ekstraklasie, temperatura utrzymywała się poniżej zera, boisko na stadionie przy Konwiktorskiej było mocno zmrożone, a wokół niego leżał śnieg. Oba te mecze Legia rozstrzygnęła jednak na swoją korzyść.

"Żyleta" dziękuje Rzeźniczakowi

Zanim zszedł po przedmeczowej rozgrzewce do szatni, obrońca Legii otrzymał koszulkę z liczbą 200. Spotkanie z Piastem było jego dwusetnym na boiskach ekstraklasy. Z kolei w Bielsku Jakub Rzeźniczak rozegrał mecz numer 300. w barwach mistrza Polski. Milsze od pamiątkowego trykotu było prawdopodobnie skandowanie w ramach podziękowań jego nazwiska przez "Żyletę". Nie zawsze tak było. Rzeźniczak urodził się w Łodzi, na Łazienkowską trafił ze znienawidzonego przez warszawskich kibiców Widzewa. W lidze debiutował w wieku 16 lat, ale nie okazał się tak dobrym zawodnikiem, jak przewidywano. Nigdy jednak nie odpuszczał, zawsze grał w pełni zaangażowany. Ulubieńcem kibiców nie był długo, ale teraz ma już u nich szacunek.

W meczu z Piastem Rzeźniczak pokazał swoje typowe atuty i wady. Jest najlepszym strzelcem w ekstraklasie wśród obrońców, a w 21. minucie miał dobrą szansę, by poprawić swój dorobek. Jego pierwszy, słaby strzał obronił bramkarz gości, a dużo lepszą dobitkę odbił na linii bramkowej Kamil Wilczek. Widać było również, że Berg ceni u Rzeźniczaka dobrą grę głową. Podobnie jak w środowym meczu z Podbeskidziem, mogliśmy zaobserwować interesujące rozegranie rzutu wolnego, w którym po dośrodkowaniu Tomasza Brzyskiego miał zgrywać piłkę na środek pola karnego do Tomasza Jodłowca. Z kolei w obronie Rzeźniczak popełnił poważny błąd w 71. minucie, gdy zamiast wybić piłkę podał ją pod nogi Sasy Zivca. Jego pomyłkę naprawił jednak dobrym wyjściem Duszan Kuciak. U Berga Rzeźniczak jest pewniakiem do gry i raczej nie zmieni się to w najbliższym czasie. O drugie miejsce w środku obrony będą rywalizować Inaki Astiz, Igor Lewczuk i Dossa Junior.

Swój mały jubileusz miał tez Jakub Kosecki, który na kwadrans przed końcem wszedł na boisko w miejsce Guilherme i tym samym zaliczył swój setny mecz w barwach Legii. Po dobrej zmianie i bramce w Bielsku "Kosa" ma duże szanse zagrać w środę w rewanżu z Podbeskidziem.

Odrodzony Kuciak

Wielki powrót do bramki Legii zaliczył Słowak. Jesienią świetne występy w Lidze Europy przeplatał kuriozalnymi błędami w ekstraklasie. Mnożyły się jego niecelne wybicia i podania pod nogi rywali. Przy Łazienkowskiej uznali, że czuje się zbyt pewnie i za pół miliona złotych ściągnięto Arkadiusza Malarza. Teoretycznie do zwiększenia konkurencji, tymczasem wkrótce to Polak zajął na stałe miejsce w bramce mistrzów Polski. Przed spotkaniem z Wisłą, pierwszym od debiutu ważnym meczem, w którym zasiadł na ławce rezerwowych, Kuciak napisał na Facebooku, że nie zamierza się poddać i będzie walczył. Szansę na odzyskanie miejsca w składzie otrzymał już tydzień później. W Poznaniu wszedł jednak bez rozgrzewki po usuniętym z boiska Malarzu i w kilka minut wpuścił dwa strzały.

Przyszła jednak przerwa reprezentacyjna. Kuciak powołania nie dostał i wziął się do ciężkiej pracy. Zgolił brodę, a na treningach bronił jak w transie. Ćwiczył indywidualnie obronę rzutów karnych, element, w którym dotychczas nie błyszczał. I już w Bielsku obronił strzał z jedenastu metrów Dei. Z Piastem zachował czyste konto, przypominając, dlaczego uważano go za najlepszego bramkarza w lidze. W 19. minucie obronił kąśliwy strzał Murawskiego. Po chwili fantastyczną paradą na linii zatrzymał mocne uderzenie Wilczka. Nie popełnił żadnego błędu, był skoncentrowany i pewny w interwencjach. W 71. minucie po błędzie Rzeźniczka na czystą pozycję wyszedł Sasa Zivec, ale i on nie znalazł sposobu na Słowaka. Choć zdarzyło mu się kilka pustych przelotów i niecelnych wykopów, w ogólnym rozrachunku Kuciak bronił na tyle dobrze, że bez echa przeszło jego zachowanie z końcówki, gdy najpierw otrzymał żółtą kartkę za opóźnienie gry, a w ostatniej akcji meczu nakrzyczał na sędziego Złotka, który nie pozwolił wrócić na boisko Rzeźniczakowi. Podobno dobry golkiper musi mieć gen szaleństwa w sobie, a Słowak ma go aż nadto. Ale nie przeszkadza to kapitanowi Legii Ivicy Vrdoljakowi, który uważa Kuciaka za najlepszego bramkarza, z jakim kiedykolwiek grał.

Guilherme wyrzuty z autu rozgrywa sam ze sobą

Nie ulega wątpliwości, że Brazylijczyk jest zawodnikiem uniwersalnym. W Portugalii wystawiano go na środku pomocy, Berg widział go na skrzydle, a gdy kontuzja wykluczyła z gry Brzyskiego, Guilherme został przesunięty do obrony. Pomimo kilku udanych spotkań na tej pozycji nie przekonywał, a kontuzja Michała Żyry była doskonałą okazją, by powtórnie zrobić z niego bocznego pomocnika. I wydaje się, że tutaj będzie z niego największy pożytek.

Już w Bielsku pokazał się z dobrej strony, imponując świetnym wyszkoleniem technicznym. Z Piastem zaliczył pierwszorzędną asystę, i przynajmniej on się cieszył z bramki Orlando Sa. Zanim jednak Legia podwyższyła prowadzenie Guilherme pokazywał, że w każdym sektorze boiska czuje się dobrze. Najpierw po odegraniu piętą od Sa popisał się podaniem bez patrzenia do Michała Kucharczyka, którego strzał z trudem obronił golkiper gości. Po rzucie rożnym i kontrze gliwiczan w ostatniej chwili głową zdjął piłkę z nogi Tomasza Podgórskiego, który już szykował się do oddania uderzenia z bliskiej odległości. Po chwili otrzymał w środku pola piłkę i wyłożył ją jak na tacy Sa. Trzy minuty, trzy akcje, każda świadcząca o klasie, zmyśle do gry kombinacyjnej i odpowiedzialności taktycznej. Nawet jeśli nigdy nie będzie topowym lewym obrońcą, to zawsze chętnie defensywnie pomoże.

Guilherme w sobotnim meczu pokazał nie tylko duże umiejętności, ale i spryt. W 55. minucie starł się z Hebertem przy linii bocznej boiska na wysokości pola karnego Piasta. Piłka wyszła poza boisko, a Brazylijczyk był przekonany, że ostatni dotknął jej rywal. Chciał szybko wznowić grę, ale żaden z jego kolegów nie kwapił się, by podjeść bliżej. W obliczu takiego obrotu sprawy Guilherme obił piłką plecy obrońcy gliwiczan i pobiegł na bramkę Rusova. Akcję przerwał jednak sędzia Stefański, który przyznał rzut z autu gościom. Zagranie skrzydłowego mistrzów Polski było bardzo pomysłowe i zgodne z przepisami. W podobny sposób w 1998 roku gola w meczu Sheffield United - Port Vale strzelił Dean Saunders, który po wyjściu bramkarza rywali poza pole karne rzucił w niego z autu piłką i trafił do opuszczonej bramki. Zagranie Guilherme było sprytne, ale nie chamskie, a po zakończeniu spotkania legionista wymienił się koszulkami ze swoim rodakiem z Piasta.

"Cieszynka" Orlando

Wiele napisano już o konflikcie Portugalczyka Legii z Bergiem, według najnowszych plotek powodem absencji Sa w meczu w Poznaniu wcale nie była drobna kontuzja. Napastnik nie zagrał także w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Polski w Podbeskidziem, a zastępujący go Marek Saganowski zmarnował kilka doskonałych szans na gola. Z Piastem Orlando zagrał już od początku. Był aktywny, nie bał się wziąć ciężaru gry na siebie. Często strzelał na bramkę. Choć momentami zachowywał się egoistycznie, to właśnie on zaliczył asystę przy bramce Kucharczyka.

Dobrze wyglądała zresztą jego współpraca z oboma skrzydłowymi. W 63. minucie Sa ładnie odegrał piętą do Guilherme, a dwie minuty później Brazylijczyk odwdzięczył się podaniem, po którym Sa wyszedł na czystą pozycję i pewnie pokonał bramkarza gości. Jego "cieszynka" była, delikatnie mówiąc, umiarkowana. Najskuteczniejszy strzelec Legii w tym sezonie po raz kolejny wyraźnie pokazał, że nie akceptuje roli rezerwowego. Gdy w doliczonym czasie gry zmieniał go Saganowski, Sa nie był zbyt chętny do podania ręki Bergowi. Norweg musiał sam chwycić dłoń swojego zawodnika, nie był chyba jednak na niego zły, bo po chwili poklepał go plecach. Portugalczyk niespodziewanie pojawił się w strefie mieszanej, choć nie zatrzymał się w niej ani na moment. Na jego twarzy gościł jednak szeroki uśmiech.