Michał Żyro o początkach, postępach, drwinach i transferze: Granie w Legii czyni mnie szczęśliwym człowiekiem [DŁUGA ROZMOWA]

- Gdybym w każdej kolejce ligowej strzelał gola i po każdym meczu w Legii znajdował się w jedenastce kolejki, to może bym pomyślał, że w Warszawie się już nie rozwinę. Ale jeśli teraz zostanę w Legii na kolejne miesiące, to nie będę tego żałował ani czuł się pokrzywdzony - mówi Michał Żyro.


Konrad Ferszter: Jakub Rzeźniczak w Legii gra od 10 lat i ma najdłuższy staż w pierwszej drużynie. Nie wszyscy pewnie zdają sobie sprawę z tego, że taki sam jubileusz w tym roku w Legii obchodzisz także ty.

- To bardzo miłe, że ktoś o tym pomyślał. Rzeczywiście do Akademii Legii przyszedłem w 2004 roku. Strasznie szybko ten czas płynie...

Pamiętasz moment, w którym Legia zgłosiła się do Piaseczna w twojej sprawie?

- Klub bardzo wnikliwie obserwował mecze kadry Mazowsza, w której grałem regularnie. Po jednym z nich dyrektor Jacek Mazurek rozmawiał z moim tatą, który był obecny na trybunach. Po spotkaniu właśnie od taty dowiedziałem się o zainteresowaniu Legii i tym, że zaprosiła mnie na treningi. Na początku miałem tylko zobaczyć, czy będzie mi się podobało i czy chciałbym w tym klubie zostać. Wątpliwości jednak nie było.

Jakie były twoje początki w drużynie Młodych Wilków?

- Wiele szczegółów nie pamiętam. Jedyne, co zapadło mi w pamięci, to fakt, że chłopaki mieli do mnie sporo pretensji o moją egoistyczną grę. Przez pierwszy rok rzeczywiście podawałem mało, a oddawałem dużo strzałów. Mecze wygrywaliśmy średnio siedmioma czy ośmioma golami, a ja raz za razem wpisywałem się na listę strzelców. Uważali mnie za samoluba.

Masz w pamięci jakieś szczególne wydarzenie z lat gry w juniorach Legii?

- Najlepiej wspominam awans do zespołu Młodej Ekstraklasy, a później do pierwszej drużyny. Wyjątkowe było też mistrzostwo Mazowsza. Bardzo ważne było także wicemistrzostwo Polski juniorów młodszych, które zdobyliśmy w 2009 roku. Mieliśmy wtedy naprawdę silną drużynę i ten turniej był dla nas bardzo wartościowym doświadczeniem.

W tamtym zespole oprócz ciebie grali m.in. Dominik Furman, Rafał Wolski i Michał Efir. Oprócz nich także kilku zawodników, którzy grali bądź grają w ekstraklasie. Mistrzostwa Polski jednak nie zdobyliście.

- Trudno mi powiedzieć, czego wtedy zabrakło. W decydującym meczu z Lechem straciliśmy gola po stałym fragmencie gry. Daliśmy się zaskoczyć prostym podaniem z połowy boiska. Mieliśmy swoje szanse, ale strat ostatecznie nie odrobiliśmy. Każda porażka w takim wieku to jednak impuls do nauki i tamto doświadczenie zaprocentowało, co widać po tym, jak rozwinęły się kariery niektórych z członków tamtej drużyny.

W Akademii Legii spędziłeś blisko pięć lat, dzisiaj trenuje w niej twój młodszy brat. Jak przez tych kilka lat zmieniły się treningi młodzieżowych zespołów?

- Przede wszystkim zmieniły się warunki do treningu. Dzisiaj chłopaki nie mają problemu z nierównymi boiskami, co zdarzało się mojemu rocznikowi. Na pewno dzięki różnym stażom i wymianie doświadczeń większą wiedzę mają sami trenerzy. Mecze w młodzieżowych ligach są dzisiaj bardziej wyrównane, co także pozytywnie wpływa na rozwój zawodników grających w Legii.

Co do samego treningu, to dzisiaj większą wagę przykłada się do odpowiedniego rozwoju fizycznego - więcej zajęć odbywa się na siłowni. Wszystko też podporządkowane jest pierwszej drużynie, zespoły młodzieżowe pracują podobnie do seniorów, co zapewnia odpowiednie przygotowanie na przyszłość.

Jesteś pierwszym wychowankiem Akademii Legii, który trafił do pierwszego zespołu.

- To wspaniałe uczucie. Dla mnie osobiście to wielkie wyróżnienie i powód do dumy.

Pamiętasz swoje pierwsze zajęcia z drużyną seniorów?

- Nie wiem, które konkretnie mógłbym tak nazwać. Trener Jacek Magiera do pierwszej drużyny wprowadzał nas stopniowo. Początkowo byliśmy zapraszani na zajęcia indywidualne, ale nie zdarzało się to regularnie - czasami trzy razy w miesiącu, a czasami dwa razy w tygodniu. Nie byliśmy wtedy brani pod uwagę przy ustalaniu kadry meczowej, sama możliwość obcowania z piłkarzami "jedynki" miała być dla nas motywacją do dalszej ciężkiej pracy. Na pewno jednak każdy trening z pierwszym zespołem był dla mnie wyjątkowy i był dużym przeżyciem.

Jak młodego Żyrę przyjęła doświadczona szatnia?

- Samo wejście do drużyny było dla mnie trudnym do opisania uczuciem. Tych zawodników oglądałem w telewizji, ewentualnie podawałem piłki w meczach ligowych. Początkowo z nikim nie rozmawiałem. Przychodziłem pół godziny przed treningiem i bardziej przyglądałem się chłopakom - patrzyłem, co robią i o czym rozmawiają. Na sam trening wychodziłem strasznie skoncentrowany, by pokazać się z jak najlepszej strony. Po zajęciach szybko jechałem do domu, bo musiałem odrabiać lekcje i pakować się do szkoły. Trening zawsze był święty, ale nauka też była ważna.

Opieka nad sprzętem jednak na pewno cię nie ominęła.

- Tak, to było moim obowiązkiem, ale zawsze traktowałem to jako przyjemność. Taka jest kolej rzeczy, że młody z treningu zawsze schodzi jako ostatni.

Miałeś w szatni swojego opiekuna, który wprowadzał cię do drużyny?

- Trudno wskazać jednego konkretnego zawodnika. Bardzo pomocni byli Miro Radović, Dickson Choto i Pance Kumbev. To była trójka, która w największym stopniu zaangażowała się w to, bym w szatni czuł się swobodnie. Bardzo dużo rozmawiałem z Janem Muchą, duszą towarzystwa był Bartłomiej Grzelak. Niemal z każdym miałem dobry kontakt, ale bałem się Wojciecha Szali. On był kapitanem i jednym z najbardziej doświadczonych piłkarzy z naprawdę starej szatni Legii.

Bałeś się słynnego łokcia Szali, którym wiadomo, że lubił traktować swoich rywali na boisku?

- Tak to chyba można nazwać.

Przechodziłeś chrzest?

- Nic takiego, niestety, nie miało miejsca.

Pozmieniało się trochę...

- Naprawdę żałuję. Myślę, że coś takiego pozwoliłoby mi lepiej wkupić się do pierwszego zespołu i złapać jeszcze lepszy kontakt z chłopakami. Cóż, może lepiej dla zdrowia.

Chodzi o imprezy?

- Na myśli miałem siniaki, które jak słyszałem, czasem po chrztach się pojawiały. Przynajmniej mnie nic nie bolało.

Jakub Rzeźniczak opowiadał o dowcipach, jakie w szatni spotykały zawodników. Ciebie ominęło obcinanie nogawek u spodni albo przyklejanie klapek do podłogi?

- Aż tak źle nie było. Pamiętam, jak pewnego dnia przyszedłem na trening w spodniach, które mówiąc delikatnie, mogłyby zostać uznane za kontrowersyjne. Do nich chłopaki przykleili mi jakieś rzeczy, ale to miało miejsce już po dłuższym pobycie w szatni pierwszego zespołu.

Najśmieszniej było w szkole. Kiedyś Jakub Szumski do plecaka wrzucił mi kilka doniczek z kwiatkami. Ja się kompletnie nie zorientowałem i kiedy w domu otworzyłem plecak i zobaczyłem jego zawartość, byłem w niemałym szoku. Ale kilka dni później się zrewanżowałem.

W pierwszym zespole zadebiutowałeś w listopadzie 2009 roku. Był to tylko epizod, ale w derbowym meczu z Polonią. Jak dowiedziałeś się o tym, że czeka cię pierwszy występ w lidze, i to od razu w takim spotkaniu?

- Dwa dni przed meczem zostałem zaproszony na trening pierwszej drużyny. Przyszedłem jak zwykle bardzo skoncentrowany, a już w klubie zawołał mnie do swojego gabinetu ówczesny kierownik zespołu Ireneusz Zawadzki. Powiedział, że mam nr 33. Kompletnie nie rozumiałem, o co mu chodzi, ale na moje pytanie, o co chodzi, odpowiedział tylko, że mam nr 33 i na razie mam się nie chwalić, ale jestem w kadrze na Polonię. Po treningu zobaczyłem listę powołanych na mecz i było tam moje nazwisko. Niesamowite uczucie - nie byłem na żadnym obozie, na zajęciach pojawiałem się stosunkowo rzadko i debiut w pierwszym zespole wydawał mi się naprawdę odległy.

Od momentu debiutu na regularne występy w ekstraklasie musiałeś czekać blisko dwa lata - zdecydowanie postawił na ciebie trener Maciej Skorża.

- Myślę, że wtedy nie byłem jeszcze gotowy, żeby na stałe zadomowić się w kadrze. Miałem duże wahania formy, co w młodym wieku jest normalne. Dla mnie nie było to nic dziwnego, że na swoje regularne szanse musiałem trochę poczekać.

Na pierwszego gola czekałeś do października 2011 r. Wtedy wpisałeś się na listę strzelców w meczu z Widzewem.

- To sytuacja, którą mogę porównać do tej z pierwszym powołaniem na mecz ligowy. Ładna bramka w prestiżowym dla kibiców meczu. Wspaniałe uczucie, które będę wspominał do końca życia. Na debiutanckiego gola czekałem długo, czasami nawet zastanawiałem się, czy ja kiedykolwiek zdobędę bramkę dla Legii.

W pierwszym zespole grałeś coraz więcej, ale kibiców swoją postawą bardziej frustrowałeś, niż zachwycałeś. Na Facebooku powstał nawet profil "Gram lepiej niż Żyro". Jak do takiej sytuacji podchodził młody zawodnik?

- Nie było mi to obojętne, ale szczerze mówiąc, byłem na to przygotowany. Wiedziałem, że na boisku nie pokazuję wszystkiego, na co mnie stać. Byłem świadom tego, że musi wyglądać to lepiej. Nie miałem do nikogo pretensji i ciężko pracowałem. Przyniosło to efekty, ale nawet dzisiaj po słabym zagraniu od razu pojawiają się głosy niezadowolenia z mojej postawy.

Czego brakowało, żebyś wtedy grał na odpowiednim poziomie?

- Wydaje mi się, że pewności siebie. Z perspektywy czasu uważam, że nie bez znaczenia był też brak wsparcia, o którym mówiliśmy przed chwilą.

Nie zwątpiłeś w siebie, kiedy szydzono, że najlepiej odnalazłbyś się w Żyrardowiance?

- Nie, wręcz przeciwnie, było z tego dużo śmiechu.

Ludzie krytykowali cię w internecie, a jak podchodzili do ciebie na mieście?

- To jest właśnie najciekawsze, bo nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by ktoś powiedział mi coś nieprzyjemnego prosto w twarz. Ostatnio ktoś wyraźnie po alkoholu krzyczał, żebym się wziął za grę, ale to wyjątek. Generalnie ludzie, których spotykałem, byli dla mnie bardzo mili, życzyli powodzenia i podbudowywali mnie, mówiąc, że lepsze chwile na pewno jeszcze nadejdą. To pokazywało mi, że moja praca jednak nie idzie na marne.

Akademia Legii zawsze promowała cię jako największy talent. Może negatywny odbiór twojej gry spowodowany był tymi pochwałami?

- Nie wiem, czego ludzie wtedy ode mnie oczekiwali. Nie ciążyła na mnie żadna presja, te pochwały nie miały wpływu na moją postawę.

Rozwój na pewno spowolniły kontuzje, które cię nie omijały.

- Nie jest to żadne usprawiedliwienie. Paradoksalnie uważam to za wartościowe doświadczenie, które wzmocniło mnie jako zawodnika i człowieka. Na szczęście teraz jestem zdrowy i mogę pokazywać, na co mnie stać.

Nie myślałeś o tym, że gdyby nie te kontuzje, to dzisiaj byłbyś o krok dalej?

- To niepotrzebne gdybanie. Przy innym układzie losów może nie zaistniałbym u trenera Henninga Berga? Gram w Legii Warszawa, co czyni mnie szczęśliwym człowiekiem, więc tragicznie na tym wszystkim nie wyszedłem.

Jak to możliwe, że najlepszą formę osiągnąłeś w momencie, gdy chyba nikt się tego nie spodziewał? W drużynie był nowy trener, a ty dopiero wracałeś po kontuzji. Mimo to Berg postawił na ciebie od samego początku.

- Każdy organizm jest inny i nie da się przewidzieć, w którym momencie wszystko zacznie się układać tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Może pomogła mi ciężka praca na siłowni? I nie fizycznie, a mentalnie, bo byłem głodny gry. Przechodząc żmudną rehabilitację, tylko z zazdrością patrzyłem na chłopaków, którzy trenują z piłką przy nodze. Kiedy ja wróciłem, byłem szczęśliwy i zmotywowany, by utrzymać kondycję i nie oddać miejsca w składzie.

Poza tym w czasie kiedy byłem kontuzjowany, oglądałem bardzo dużo meczów i analizowałem grę różnych zawodników na mojej pozycji. Zabrzmi to trywialnie, ale wyciągnięte wnioski pomogły mi. Do tego doszedł nowy sztab szkoleniowy, nowe treningi i wszystkie te elementy złożone w całość spowodowały, że w końcu "odpaliłem".

Na pytanie, co zmienił trener Berg, że zacząłeś grać na wysokim poziomie, wiosną wskazałeś na przesunięcie na prawe skrzydło. Dzisiaj dodałbyś coś do tego?

- Niezbędne okazało się zaufanie szkoleniowca, które pozwoliło mi całkowicie uwierzyć w siebie.

Henning Berg nazywa cię "jednym z najbardziej utalentowanych zawodników w Europie".

- Nie chodzi nawet o to, co trener mówi o mnie w mediach. Niejeden szkoleniowiec mógłby powiedzieć to samo, a w lidze sadzać mnie na ławce, argumentując, że nie jestem jeszcze gotowy. U trenera Berga czuję się naprawdę ważny - dzisiaj podobnie jak Ivica Vrdoljak czy Duszan Kuciak jestem piłkarzem, który jeśli tylko jest zdrowy, to gra. To ogromny zastrzyk poczucia własnej wartości.

Kiedyś cichy i spokojny, a po drugim meczu z Metalistem powiedziałeś, że zapłaciłbyś za siebie 5 mln euro. Zmiana jest zauważalna.

- Tej odpowiedzi nie należy traktować śmiertelnie poważnie, tak jak ja poważnie nie potraktowałem tamtego pytania. Nieważne jest to, jaki jestem poza boiskiem - z pewnością na początku brakowało mi jaj, ale z wiekiem i nabytym doświadczeniem wiele się zmieniło i należy się tylko z tego cieszyć.

Lepszy jesteś też piłkarsko. W rundzie jesiennej w końcu zdobyłeś bramkę po uderzeniu głową. To efekty indywidualnych treningów?

- Właśnie po to ciężko pracuję z Paco, by efekty ktoś zauważał. Grę głową poprawiłem, ale akurat teraz gramy trochę inną taktyką i tych zagrań mam mniej. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż się doskonalę, i to nie tylko w tym elemencie. Na wideo nagrywane są sytuacje, w których znajduję się najczęściej, i je szlifujemy na treningach.

Czym różnią się zajęcia u trenera Berga od tego, co było za kadencji Jana Urbana?

- Kadra liczy więcej zawodników, a co za tym idzie - więcej jest czasu właśnie na indywidualne treningi. Trener ma komfort pracy, bo może podzielić zespół na grupy. I tak jedni mają regenerację bądź zajęcia indywidualne, kiedy inni odbywają normalny trening, bo są szykowani na mecze ekstraklasy albo drugiej drużyny. Nie da się ukryć, że więcej jest też zajęć teoretycznych i dostosowywania taktyki pod rywala.

Co jeszcze poprawiłbyś w swojej grze w pierwszej kolejności?

- Reakcję po stracie piłki, pierwsze przyjęcie, podejmowanie decyzji, ale to musi przyjść z doświadczeniem, bo to trudno wytrenować.

A zmniejszenie liczby fauli i żółtych kartek? Trener Berg wspominał, że masz problemy z odpowiednim "timingiem" przy odbiorze.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Jestem jednak wysoki i kiedy ktoś puści piłkę z boku, to trudniej jest mi się do niej zebrać. Poza tym w ostatnim czasie gramy na grząskich murawach, co dodatkowo utrudnia mi bronienie nisko na nogach. Uważam jednak, że czasem lepiej jest dostać tę kartkę, niż ktoś ma mi później zarzucić, że przeszedłem obok meczu i nie walczyłem na całego.

Jak podszedłeś do sprawy listu w sprawie twojego transferu, który został rozesłany po Europie?

- To był okres, kiedy dostałem kilka dni wolnego od trenera. Dopiero na trzeci dzień po powrocie dowiedziałem się, że coś takiego miało miejsce. Przyznam szczerze, że nie przejąłem się tym wcale. Sprawę uważam za śmieszną i niepotrzebnie rozdmuchaną.

Czyli na marki pokroju Arsenalu czy Dortmundu tylko się uśmiechasz.

- To nie do końca tak. Bardzo miło jest słuchać takich rzeczy, ale to sygnały od prezesa czy menedżera będę traktował najpoważniej.

Klub wysyła listy, ale trener Berg mówi, podobnie jak prezes Leśnodorski, że lepiej dla ciebie, byś w Legii został. Te sprzeczne sygnały nie robią ci mętliku w głowie?

- Po meczu w Bełchatowie, kiedy to zamieszanie było naprawdę spore, potrzebowałem odpoczynku. Trener dał mi kilka dni wolnego i przyznam, że poskutkowało. Odzyskałem głód piłki i w kolejnym tygodniu prezentowałem się już lepiej.

Plotki transferowe odbijają się na twojej dyspozycji?

- Na pewno tak. Nie da się obojętnie przejść obok takiej ilości informacji. Ale bardzo dobry piłkarz musi być na to gotowy.

A ty jesteś?

- Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Jestem przekonany, że Rafał Wolski i Dominik Furman uważali, że są przygotowani, i co z tego wyszło?

Kibice i część dziennikarzy zwracali uwagę na to, że im więcej było plotek na twój temat, tym gorzej prezentowałeś się na boisku. Zgodziłbyś się z tym?

- Chyba tak. Z drugiej jednak strony należy pamiętać o tym, że rywale w lidze znają nas doskonale, a w europejskich pucharach nie grają przypadkowe drużyny. Miro Radović np. też nie zawsze zagra mecz wybitny, bo jest pieczołowicie kryty. Ja jestem zupełnie inaczej postrzegany i po słabszym występie muszę zebrać swoją porcję krytyki. Nie mówię tego, by się żalić, bo już do tego przywykłem, ale takie są fakty. Dla mnie najważniejsze jest to, że nigdy trener nie powiedział mi, że jest ze mnie niezadowolony.

Jak wyobrażasz sobie swoją dalszą karierę i dobór kolejnego klubu? Krok po kroku czy klubowi z listu byś nie odmówił?

- Nawet jeśli z ofertą zadzwoniłby Real Madryt, to co z tego, jeżeli w zespole nie chciałby mnie Carlo Ancelotti i trzymałby mnie na ławce. To byłoby bez sensu. Przy ewentualnej zmianie klubu będę chciał widzieć nastawienie potencjalnego pracodawcy do mnie. Czy miałbym iść tam jako wzmocnienie, czy jako uzupełnienie kadry i przede wszystkim chciałbym znać swoją rolę, w jakiej widziałby mnie szkoleniowiec. Transfer to trudny krok - na szczęście mam ludzi, którzy mi pomagają i dobrze życzą, i z nimi podejmę odpowiednią decyzję.

A byłeś kiedyś bliski jej podjęcia? Wiele pisało się o twoim odejściu do Hannoveru.

- Było coś na rzeczy, ale ja nie byłem przekonany, czy to odpowiedni klub dla mnie, i uważałem, że lepiej jest jeszcze zostać w Warszawie.

A teraz?

- Nie mogę wykluczyć, że przy Łazienkowskiej zagram w 2016 r. i wypełnię swój kontrakt. Jeżeli wyniki dalej będą tak dobre, klub będzie rozwijał się szybko, a trener na mnie stawiał, to dlaczego tu nie zostać?

Nie uważasz, że w Legii osiągnąłeś wszystko i trudno jest ci się tu już rozwijać?

- Gdybym w każdej kolejce ligowej strzelał gola i po każdym meczu znajdował się w jedenastce kolejki, to może dopiero wtedy bym tak pomyślał. Na pewno jeśli zostanę w Legii na kolejne miesiące, to nie będę ani żałował, ani nie będę czuł się pokrzywdzony.

Nie masz dość spekulacji?

- Męczy mnie to. Czasem zastanawiam się, po co mam odbierać telefon, skoro znowu w ten sam sposób odpowiem na te same pytania. Nic się nie zmienia i nie mam do dodania nic konkretnego w tej kwestii. Poza tym nie wiem, jak to działa, ale w Polsce często dziennikarze wiedzą więcej ode mnie, więc tym bardziej zastanawiam się, po co zadawać te same pytania.

O ile w klubie ostatnio znajdujesz się na fali, tak w reprezentacji idzie ci średnio. Z drużyną do lat 21 przegrałeś decydujący mecz z Grekami, a w seniorach dostałeś czerwoną kartkę w meczu ze Szwajcarami.

- Oba spotkania będę wspominał dość długo. Kiedy sięgam pamięcią do pierwszych występów w kadrach narodowych w różnym wieku, to przypominam sobie, że nie wszystkie z nich były dobre. Początki bywają trudne i tak było ze Szwajcarami. Kiedy za bardzo się chce, to tak czasami wychodzi. Na następnym zgrupowaniu nikt już nie będzie o tym pamiętał, bo wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że chciałem pokazać się z jak najlepszej strony.

Jaką rolę w drużynie widzi dla ciebie selekcjoner Adam Nawałka?

- Jestem w kręgu zainteresowań selekcjonera i to zobowiązuje. Mam być ciągle gotowy do gry i rywalizacji o pierwszą jedenastkę. Kiedy już otrzymam swoją szansę, mam udowodnić, że jestem w stanie dać coś ekstra tej drużynie.

Uważasz, że jesteś gotowy, by regularnie występować w wyjściowym składzie reprezentacji?

- Chciałbym być. Jak już wspomniałem, początki są trudne. Na pierwszych zgrupowaniach poznawałem drużynę, a teraz wkupiłem się do zespołu i ze wszystkimi mam dobry kontakt. Według mnie wszystko idzie w dobrym kierunku i mam zamiar walczyć o miejsce w zespole.

Czujesz się weteranem przy Łazienkowskiej?

- Nie, ale nie da się ukryć, że kiedyś wejście do pierwszej drużyny było trudniejsze. Dzisiaj chłopaki z Akademii czy drugiej drużyny mają łatwiej - w szatni nie ma podziału na starych i młodych. Z jednej strony bardziej doświadczeni piłkarze nie mają takiego poważania u młodszych. Z drugiej jednak wszystkim wychodzi to na dobre - klub się rozwija, drużyna osiąga bardzo dobre wyniki, a przy okazji dzięki częstej obecności w pierwszym zespole młodzież szybciej uczy się seniorskiej piłki.

Postawiłbyś się za wzór młodym chłopakom podążającym twoimi śladami?

- W młodym wieku musiałem sobie wielu rzeczy odmawiać. Imprezy, spotkania, wyjścia z chłopakami często nie były dla mnie, bo wolałem się wyspać na mecz czy zadbać o szkołę. Oczywiście od czasu do czasu wychodziłem, ale musiałem mieć wszystko gotowe na kolejny dzień. Ponadto mieszkałem w Piasecznie, gdzie trudniej było mi popaść w jakieś złe towarzystwo, co uważam za najważniejsze. Bo to z tego powodu część chłopaków odpadła w wieku juniorskim. Trzeba znać swoje priorytety, mieć własne zdanie i wiedzieć, co dla ciebie jest najlepsze.

Twój najlepszy mecz w Legii?

- Oba z Celtikiem. Było w nich wszystko - świetne wyniki, doskonała gra drużyny, no i indywidualnie spisałem się nieźle. Ale trudno mi o tym mówić, bo ja nie jestem zawodnikiem, który mówi o sobie, że zagrał bardzo dobrze, kiedy reszta drużyny była słabsza. Nie jestem jak Miro Radović, który potrafi zrobić różnicę, choć bardzo chciałbym być.

A najbardziej pamiętny?

- Na jedno trudno będzie mi się zdecydować. Wspominam mecz z Widzewem, kiedy strzeliłem pierwszego gola, ale wciąż w pamięci mam finał Pucharu Polski w Kielcach przeciwko Ruchowi Chorzów i każdą wygraną w Poznaniu z Lechem.

W Legii dzisiaj pracują Michał Żewłakow i Tomasz Kiełbowicz. Niedługo dołączy Marek Saganowski, a po nim Miroslav Radović. Widziałbyś siebie w Legii w roli pozasportowej po zakończeniu kariery?

- Z tymi, których wymieniłeś, na pewno tak - byłaby superekipa. Zawodnicy mają często problem ze znalezieniem drogi na nowy etap swojego życia po zawieszeniu butów na kołku. Nie widziałbym siebie w roli trenera, ale pracę skauta uważałbym za odpowiednią. Szukałbym dla Legii nowych Ondrejów na Słowacji. Dominik Ebebenge obiecał mi kiedyś pół żartem, pół serio, że jak on będzie prezesem, to mnie tu przyjmie.

Chyba że skutecznie poleci cię wcześniej listem do innego klubu.

- Wtedy to ja będę takie listy pisał.