Michał Żyro: Nikt się nie grzeje. W głowach mamy tylko Szkocję [ROZMOWA]

- Jak wygramy ze Szkocją, wrócimy ze zgrupowania i otworzymy gazety, to pewnie do nas dotrze, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty - mówi Michał Żyro, 22-letni skrzydłowy Legii Warszawa, powołany przez Adama Nawałkę na najbliższe eliminacje mistrzostw Europy.


W sobotę reprezentacja Polski odniosła historyczne zwycięstwo z Niemcami (2:0). We wtorek zagra ze Szkocją. Jeśli wygra, to po pierwszych trzech meczach grupowych będzie miała na swoim koncie komplet zwycięstw. Początek spotkania o 20.45, transmisja w Polsacie i Polsacie Sport, relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl Live.

Bartek Kubiak: Przed meczem z Niemcami mówiłeś, że wygracie 1:0. Dużo się nie pomyliłeś - przeczucie czy pewność siebie?

Michał Żyro: Bardziej przeczucie. Tyle lat nie potrafiliśmy wygrać z Niemcami, że w końcu musiało się udać. Przed meczem dużo trenowaliśmy schematów w defensywie i wychodziły nam dobrze. Ten plan - przy odrobinie szczęścia - wypalił też w sobotę na Stadionie Narodowym.

Do przerwy remisowaliście 0:0. Co powiedzieliście sobie w szatni?

- Mnie akurat w szatni nie było. Ale podejrzewam, że trener i piłkarze studzili swoje głowy. Wszyscy wiedzieliśmy, że z każdą minutą Niemcy ruszą na nas coraz bardziej i to może być dla nas szansa. Udało się. Pierwszy gol padł po naszej kontrze, którą rozprowadziliśmy w przewadze. Po nim drużyna Joachima Loewa przeszła na ustawienie trójką w obronie, a nam wyszła kolejna kontra. Za tę akcję duże brawa dla Roberta Lewandowskiego, którzy dobrze zabrał się z piłką.

Potrafisz wskazać bohatera sobotniego spotkania?

- No to może po kolei. Dobrze bronił Wojtek Szczęsny. Przed nim doskonale radzili sobie Glik z Szukałą. Akcję na 1:0 rozpoczął Kuba Wawrzyniak. Przy dwóch bramkach duży udział miał Łukasz Piszczek. W środku pola waleczni byli "Jodła" i Krychowiak. Na skrzydłach Maciek Rybus potrafił zmieniać ciężar gry, a Kamil Grosicki szarżował nie tylko do przodu, ale też w defensywie biegał za Erikiem Durmem. Do tego "Lewy" z Arkiem Milikiem często potrafili przetrzymywać piłkę i uspokajać grę całego zespołu. O kimś zapomniałem?

Z podstawowego składu wymieniłeś wszystkich.

- Bo każdy z nich, ale też rezerwowi - Sebastian Mila, który strzelił gola na 2:0, Waldek Sobota i "Jędza" dołożyli cegiełkę do tego zwycięstwa.

Po meczu widać po was było, że jesteście szczęśliwi, ale bez przesadnej euforii - dlaczego?

- To dopiero nasz drugi mecz w eliminacjach i to jest chyba zrozumiałe, że grzać się nie możemy. Jeśli uda się wygrać ze Szkocją, to plan wykonamy w 100 proc. Wtedy, w środę albo w czwartek, jak już wrócimy ze zgrupowania, otworzymy gazety, to pewnie do nas dotrze, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Ale na razie się nad tym nie zastanawiajmy. W głowach jest tylko Szkocja.

Mecz z Niemcami poprawił wyraźnie atmosferę w kadrze?

- Na pewno cieszy nas, że pokonaliśmy mistrzów świata, ale wesoło w kadrze było już przed meczem. Jesteśmy pomieszaniem młodości z doświadczeniem. Taki zlepek funkcjonuje bardzo fajnie, co widać też na boisku.

Nie traktujecie tego meczu jako przełom?

- To, czy to jest przełom, okaże się we wtorek. Na pewno ani trener, ani my czy kibice nie będziemy zadowoleni, jeśli ze Szkocją zagramy słabe spotkanie, które nie przyniesie punktów.

Po sobotnim spotkaniu posypały się z Legii gratulacje?

- Wszystko w normie. Myślę, że "Jodła" musiał więcej odpisywać na SMS-y niż ja.

Czyli imprezy po meczu nie było?

- Nie, to nie czas na zabawy.

Jak w takim razie spędziłeś niedzielę, która była waszym dniem wolnym na zgrupowaniu?

- Głównie w hotelu na odpoczynku. Na chwilę tylko zajrzałem do domu i spotkałem się z rodziną.

Siedmiu piłkarzy, którzy zagrali z Niemcami, jest lub kiedyś grało w Legii. Czujesz w kadrze "legijną spółdzielnię"?

- Faktycznie jest nas sporo, a pewnie mogłoby być jeszcze więcej. Ale to tylko świadczy o tym, że Legia to dobry klub. Podziałów na legionistów i nielegionistów nie ma. Wszyscy tworzymy fajny kolektyw.

Z którym z legionistów jesteś w pokoju?

- Zaskoczę cię - z żadnym. Mieszkam razem z Filipem Starzyńskim, co tylko pokazuje, że o żadnej "legijnej spółdzielni" nie ma mowy.

Z Niemcami zagraliście dobrze taktycznie. To duża zasługa analityka Huberta Małowiejskiego?

- Na pewno, choć odpraw taktycznych wcale dużo nie mieliśmy. Właściwie to była jedna. Każdy z nas i tak wiedział, kto jest naszym rywalem, oglądał mistrzostwa świata w Brazylii i widział, jakim systemem grają Niemcy. Bardziej chodziło o to, aby trener przedstawił nam konkretne nazwiska, które wystąpią przeciwko nam, i przygotował nas do tego nie tylko taktycznie, ale też mentalnie.

W czym są od ciebie lepsi Kamil Grosicki i Maciej Rybus?

- Konkretnie wskazać nie potrafię, ale na pewno są bardziej doświadczeni. Są w tej drużynie dłużej niż ja i lepiej się rozumieją z Łukaszem Piszczkiem i Kubą Wawrzyniakiem.

Twoi koledzy włożyli w to historyczne zwycięstwo dużo wysiłku. Spodziewasz się, że wystąpisz ze Szkocją?

- Jestem gotowy. Ale spokojnie, dopiero stawiam pierwsze kroki w tej reprezentacji. O tym, czy zagram, pewnie dowiem się dopiero po poniedziałkowym treningu albo we wtorek rano.

Reprezentacyjna gorączka trwa. Już nie tylko dziennikarze na co dzień zajmujący się sportem chodzą za wami krok w krok. To przeszkadza?

- Grając w Legii, mieszkając w Warszawie, można się przyzwyczaić nie tylko do tego, że na każdym treningu są dziennikarze, ale nawet jak wyjdziesz na miasto, to latają za tobą paparazzi. Dla mnie to coś normalnego. Myślę, że nikt z tej kadry specjalnie sobie tym głowy nie zaprząta.