Zachodny: Najważniejszym argumentem Legii w Europie jest jej styl

Chociaż przypomnienie poprzedniego sezonu w Lidze Europy będzie Legii jeszcze ciążyło, to sygnałów, że zespół Henninga Berga pisze zupełnie inny rozdział jest coraz więcej.
Przypomnijmy - Legia trafiła do fazy grupowej Ligi Europy po nieudanym dwumeczu ze Steauą Bukareszt, a zwłaszcza mocno rozczarowującym, obnażającym braki w jakości otwarciu drugiego spotkania. Później nie było lepiej, bo z mistrzem Polski wygrywały rezerwy Lazio, Apollon z Cypru i Turcy z Trabzonsporu. Przez pięć pierwszych spotkań Legia nie potrafiła strzelić gola - na osiemdziesiąt sześć strzałów do siatki wpadły ledwie dwa, po 458 minutach futbolu prymitywnego. Rywale nawet nie musieli specjalnie się wysilać, ich plan za każdym razem był prosty: oddawali piłkarzom Jana Urbana piłkę, a ich jedynym pomysłem, po ślamazarnym rozegraniu, były fatalne dośrodkowania bocznych obrońców. Efektem stu osiemdziesięciu wrzutek był ledwie jeden gol.

Legia Henninga Berga nie mogła być inna, choć jeszcze w pierwszym spotkaniu z St Patrick's wydawało się, że męki będą podobne. Jednak od drugiego meczu w Irlandii każdy kolejny rywal bał się oddać mistrzom Polski piłkę. Ta Legia, bez napastnika, po przejęciu posiadania już nie klepie ostrożnie od Kuciaka, przez Rzeźniczaka, do Vrdoljaka i na skrzydło. Wręcz przeciwnie - pierwsze podanie jest niemal zawsze do przodu, a jeśli nie ma takiej możliwości, to jeden z graczy próbuje błyskawicznego dryblingu. Maksymalne skrócenie fazy przejścia z obrony do ataku ma być najbardziej skuteczną bronią Legii, bo wtedy rywal jest najsłabszy: źle ustawiony, bez asekuracji, zaskoczony.

Wydawałoby się, że taka taktyka Henninga Berga po prostu nie może się udać polskiej drużynie. Bez klasycznego napastnika, w najprostszym 4-4-2, z bardzo ofensywnymi skrzydłowymi, z zawodnikami nastawionymi głównie na indywidualne akcje. To jest chyba największym zaskoczeniem tej Legii - prosta, bezpośrednia taktyka rozwinęła wydawałoby się ograniczonych graczy. Nagle Michał Żyro fantastycznymi prostopadłymi podaniami odnajduje kolegów, nagle Michał Kucharczyk wkładany w mecze wysiłek potrafi zamienić na realne efekty. Tomasz Jodłowiec zamiast pozostać defensywnym pomocnikiem na miarę rozbijania rywali w Ekstraklasie stał się wszechobecnym i wielozadaniowym liderem drugiej linii.

Legia nie jest pozbawiona wad - boczni obrońcy postawieni przeciwko lepszym skrzydłowym będą potrzebowali dużo większego wsparcia swoich kolegów, a Ivica Vrdoljak pozostaje pewną niewiadomą, piłkarzem ryzykownie, niemal brutalnie odbierającym piłkę i nie zawsze odpowiedzialnie ją rozgrywającym. Jednak wysoki pressing, asekuracja oraz narzucane przez Legionistów tempo do tej pory pozostawało w europejskich pucharach bez odpowiedzi. Tylko dwa stracone gole w sześciu dotychczasowych meczach pokazują, że poprawa gry ofensywnej pozytywnie wpłynęła także na defensywę Legii.

Dlatego do tegorocznej przygody Legii nie ma potrzeby dorabiać teorii o "moralności" jej zwycięstw, "złości piłkarzy" czy chęci "pokazania sprawiedliwości" ludziom z UEFA. Najważniejsze, że w tym sezonie to futbol jest najmocniejszym argumentem mistrzów Polski. Oby tak pozostało, oby wszystkim w klubie starczyło do tego cierpliwości, a odczarowanie tego kuriozalnego i zarazem przeklętego fatum Ligi Mistrzów naprawdę będzie kwestią czekania ledwie dwunastu kolejnych miesięcy. Z tak grającą w Europie Legią okażą się one wyjątkowo krótkie i przyjemne.

Czy Legia wyjdzie z grupy w LE?