Orlando Magic, twardy jak skała Jodłowiec i inne spostrzeżenia po meczu Legii z Górnikiem

Ivica Vrdoljak był najbardziej aktywnym piłkarzem Legii. Tomasz Jodłowiec dzielił i rządził w środku pola, a bramki zdobywał Orlando ?Magic? Sa - spostrzeżeniami po wygranej Legii z Górnikiem Łęczna (5:0) dzieli się Piotr Wesołowicz z Legia.sport.pl.


Kapitanie, prowadź

Czy po takiej huśtawce nastrojów, pokonaniu Celticu, a potem wyrzuceniu z Ligi Mistrzów, można w ogóle zmobilizować się na mecz z Górnikiem Łęczna? Piłkarze Legii przyznali, że po decyzji UEFA odbyli wiele rozmów - wewnątrz drużyny bądź indywidualnych.

Czy próbował podnieść ich na duchu także Ivica Vrdoljak? Kibice, którzy oglądali sobotni mecz, mogli odnieść wrażenie, że kapitan Legii skumulował w sobie wszelką złość i frustrację i wylał ją na ligowego rywala - a że akurat trafiło na Łęczną...

Vrdoljak pokazał swoim kolegom, jak powinni zareagować w obliczu wydarzeń ostatnich kilku dni. Zwieszenie głowy? Nigdy. Ambicja i sportowa rozwścieczenie? - Frustrację najlepiej odgonić na boisku - przyznał chorwacki pomocnik.

Kapitan Legii nie tylko był najbardziej aktywnym piłkarzem drużyny, ale i strzelił dla niej dwa gole - zdarzyło mu się to po raz drugi, odkąd gra w Warszawie. Najpierw, w 46. minucie, wyskoczył do główki niczym koszykarz do bloku i wbił piłkę pod poprzeczkę. Niecałe 20 minut później wykorzystał rzut karny - czy można wyobrazić sobie piękniejsze odkupienie?

Nie zadzieraj z Jodłowcem

Na jego tle (równie) potężnie zbudowany Przemysław Kaźmierczak wyglądał jakby marzył o szybkim prysznicu i posłusznym powrocie do Łęcznej. Tomasz Nowak, gdy tylko widział w okolicy "Jodłę" i wyczuwał ewentualność pojedynku siłowego, robił krok do tyłu.

Jeśli do Tomasza Jodłowca można było mieć (czy uzasadnione?) pretensje o to, że w europejskich pucharach zjada go trema, tak po sobotnim występie wydaje się, że to zawodnik o stalowych nerwach i ciele. Defensywny pomocnik był w sobotę nie do przejścia. Odbierał piłkę rywalom tak, jak gdyby kończył pojedynek na rękę jednym ruchem ramienia. Łęcznianom nie dawał nawet szans na reakcję. Przepychał się z nimi i właściwie tylko raz, przez 90 minut, dał sobie odebrać piłkę. To Jodłowiec w 64. minucie podał prostopadle do Miroslava Radovicia, który w tej samej akcji wywalczył rzut karny. To także on w 80. minucie zaliczył asystę przy bramce Orlando Sa.

Ponoć zainteresowany jest nim hiszpański Betis. Jeśli "Jodła" opuściłby Legię, byłaby to strata porównywalna do tej, gdy drużynę zostawiał Dominik Furman. Albo i większa.

Zagubiony Pinto

Ciężko w zasadzie znaleźć argumenty, które usprawiedliwiałyby mizerną grę Portugalczyka. W spotkaniu z Górnikiem znów nie dał powodów Bergowi, by ten postawił na niego w europejskich pucharach - a przecież to właśnie on miał być przepustką Legii do lepszego, piłkarskiego świata

Norweg po raz kolejny wystawił Pinto na nietypowej dla niego pozycji prawego skrzydłowego. Efekt był jednak taki, że prawą stroną szarżował (z bardzo przyzwoitym skutkiem) Bartosz Bereszyński, a Pinto dublował pozycję z Miroslavem Radoviciem. Portugalczyk próbował pokazywać się skrzydłowym, rozkładał ręce w środku pola, sugerując, że jest wolny i chętny do rozegrania akcji, ale ci najczęściej wybierali inne rozwiązania.

I o ile w poprzednim spotkaniu ligowym z Górnikiem Zabrze Pinto wnosił do gry nieco technicznego zmysłu, zagrał kilka niekonwencjonalnych piłek, o tyle z Górnikiem Łęczna rozegrał bezbarwną godzinę i szybko został zmieniony za Ondreja Dudę.

Orlando Magic

W końcu! - chciało się krzyknąć po tym, gdy Orlando Sa po raz pierwszy wpakował piłkę do siatki łęcznian. Dla Portugalczyka sprowadzonego w lutym za 450 tys. euro był to dopiero drugi gol w barwach nowego zespołu - pierwszy od 119 dni. Ale za to jaki! W 70. minucie, cztery minuty po wejściu na plac gry, wyskoczył do dośrodkowania Tomasza Brzyskiego w stylu Patricka Kluiverta czy Mario Jardela i wbił ją pod poprzeczkę bramki Rodicia.

Pierwsze, co zrobił po golu, to wykonał gest do Henninga Berga. Ten odpowiedział. Po spotkaniu Sa przyznał, że dedykuje trafienia właśnie sztabowi szkoleniowemu, który cały czas wierzy w jego umiejętności i przydatność dla zespołu.

Sa mógł brylować dalej, miał bowiem dużo miejsca wobec czerwonej kartki dla środkowego obrońcy Bożicia. Wykorzystał to w 80. minucie, kiedy w zamieszaniu wbił piłkę do siatki gości po raz drugi. Mógł co prawda ustrzelić hat-tricka, ale cierpliwości. Oby to była zapowiedź lepszych dni dla portugalskiego napastnika Legii.

Twardy charakter Bereszyńskiego

Choć to nie on jest winien za niedawne zamieszanie i walkower, to jednak miał prawo chodzić struty. Kibice po cichu z niego dowcipkowali, może chcąc w jakiś sposób oswoić się z niesłychaną i bolesną stratą. "Bereś", choć sporo już w przygodzie z piłką przeszedł - przejście z Lecha do Legii, debiut w kadrze, nieudany transfer do Benfiki - to jednak wciąż to jest bardzo młody, zaledwie 22-letni człowiek.

W sobotę zachował się jednak niezwykle dojrzale. Berg rzucił go na głęboką wodę, wystawił z Łęczną od pierwszej minuty. Nie było po nim widać, jaką wstrząs przeszedł w ciągu kilkudziesięciu ostatnich godzin. Zagrał z pasją, biegał niezmordowany wzdłuż linii, a jego dośrodkowania z prawej strony znów były bardzo groźne. - Jesteśmy grupą ludzi z charakterem - podsumował po spotkaniu Ivica Vrdoljak. "Bereś" jest jednym z nich.