Deobson - raper, który Legię ma w kodzie DNA: Pierwszy mecz i nie było odwrotu

- Miłość do Legii przyszła do mnie sama, jakby w naturalny sposób. Wszyscy koledzy z podwórka kibicowali Legii. Nie było dla nas innego klubu. Po pierwszym meczu, który zobaczyłem na własne oczy, nie było już powrotu - mówi Deobson, autor utworu ?Mamy to w kodach DNA?.


"Jak Legia gra w sobotę, w czwartek mi się pocą ręce, czuję się jak narkoman, głód się wżera w serce" - rapuje w utworze "Mamy to w kodach DNA" Deobson - raper i kibic Legii z 20-letnim stażem. W rozmowie z warszawa.sport.pl opowiada o muzyce dedykowanej Legii, pierwszym meczu, który widział z "Żylety", drużynie, szansach na Ligę Mistrzów, no i o kibicach - jest w końcu jednym z nich.

Piotr Wesołowicz: Wielu raperów nagrywa utwory, które są hołdem dla ich miasta, ale o miłości do klubu - mówimy konkretnie o Legii - zarapowałeś chyba jako pierwszy.

Deobson: Nie, nie byłem pierwszy. Wcześniej "Czarną Elkę" nagrał Zjednoczony Ursynów, swój numer o Legii ma też Dixon37. "Mamy to w kodach DNA" nie był więc pierwszy, natomiast wydaje mi się, że przyjął się dosyć dobrze. Słucha go dużo ludzi, często można usłyszeć go przed meczami na stadionie Legii.

Skąd się wziął taki pozytywny odbiór tego utworu?

- Kiedy rozmawiam o tym z kibicami, mówią mi, że wcześniej takiego utworu nie było. Nawet jeśli raperzy nagrywali coś o klubie, to nie w takim stylu. Może dlatego tak dobrze się przyjął, bo każdy, kto jest kibicem Legii może się z nim w jakiś sposób utożsamiać. Bywa, że spotykam kibiców, którzy kibicują z innych niż "żyleta" trybun i kiedy dowiadują się, że to ja jestem autorem "Mamy to w kodach DNA", gratulują i cieszą się, że taki numer powstał. Miło słyszeć takie rzeczy.

Jak ludzie reagują na ten utwór na koncertach?

- Rap to dla mnie hobby, gram niewiele koncertów, więc ciężko mi ocenić. Raz jednak zagrałem ten kawałek w Warszawie i odbiór był naprawdę konkretny. Ludzie wchodzili na scenę i rapowali ze mną. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja zagrać to na żywo. Była nawet niedawno taka opcja, mieliśmy zagrać na mistrzowskiej fecie na Agrykoli, ale jak wiemy, klub się z niej w ostatniej chwili wycofał. Szkoda. Choć i tak ciężko byłoby mi zagrać, bo niedawno nabawiłem się kontuzji, zresztą grając w piłkę. Ale na Legię chodziłem oczywiście do ostatniego meczu sezonu.

Czyli można cię spotkać na Łazienkowskiej?

- Jestem praktycznie na każdym meczu.

Skąd wzięła się twoja miłość do Legii?

- Mam wrażenie, że tak jak u większości chłopaków, którzy kibicują - do mnie przyszło to samo, jakby w naturalny sposób. Wszyscy moi koledzy z podwórka kibicowali Legii. To było naturalne, nie było dla nas innego klubu w Warszawie, była tylko Legia. Będąc dzieciakiem, patrzyłem na starszych kolegów, którzy jeździli na mecze i zazdrościłem im. Mnie rodzice długo nie chcieli puścić samego, ale w końcu udało się ich przekonać i... nie było już powrotu.



Pamiętasz swój pierwszy mecz Legii, który widziałeś na własne oczy?

- Jasne. Pogoda nie była najlepsza, to był październik albo listopad 1993 roku. Graliśmy derby z Polonią i wygraliśmy, chyba 2:1. To było dla mnie wielkie przeżycie. Zwłaszcza w porównaniu z moim pierwszym spotkaniem z piłką nożną. Jakiś czas wcześniej tata zabrał mnie na mecz młodzieżowej kadry, która grała w Ursusie z Belgią. Wtedy wydawało mi się, że to wielkie wydarzenie, w końcu gra reprezentacja, mimo że młodzieżowa, to dla mnie i tak dorosła. A kiedy po latach sprawdziłem w statystykach, ilu wówczas było kibiców, okazało się, że mecz oglądało 500 osób. Czyli w porównaniu z Legią - bardzo mało. Tym bardziej te jesienne derby zapisały mi się w pamięci.

Liczyłeś kiedyś na ilu meczach byłeś?

- Nie. Moi koledzy zbierali bilety, liczyli wyjazdy, ale ja nigdy nie przywiązywałem do tego wagi. Choć pewnie się trochę tego zebrało. Jeździłem za Legią i po Polsce, i po Europie. Pamiętam jeszcze mecze ze Stalą Mielec czy w Olsztynie ze Stomilem. Kiedyś częściej jeździłem na wyjazdy. Teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Wiadomo - jeśli mecz jest w niedzielę o 18, w Warszawie byłbym w poniedziałek o szóstej rano, a rano trzeba być gotowym do pracy. Staram się jednak nie omijać najciekawszych spotkań - w Krakowie czy Poznaniu jestem właściwie co roku.

Uzbierała się pewnie masa anegdot.

- Jasne, dużo ciekawych sytuacji, wielu poznanych ludzi. Momenty, których nigdy nie zapomnę, takie jak mecz ze Spartakiem w Moskwie.

Przejdźmy do Legii z sezonu 2013/14. Jak oceniasz ostatni sezon - pytam pod kątem ewentualnej gry w Lidze Mistrzów. Czy to jest już zespół na awans?

- Wydaje mi się, że tak, zresztą podobnie było rok temu. Kiedyś z tym awansem problem był większy. Póki Michel Platini nie przeprowadził reformy, trafiało się na Arsenal, Manchester. Teraz trafiamy na mistrzów, ale z lig podobnych do naszej. Nikt mi nie wmówi, że liga rumuńska jest mocniejsza od polskiej. Czasem jeżdżą tam polscy piłkarze, jak np. niedawno Łukasz Szukała, i są wyróżniającymi się graczami. W porządku - Steaua miała może jednego czy dwóch graczy na świetnym poziomie, ale to nie był zespół którego nie można było pokonać. Zadecydowały detale. Gdyby Vrdoljak się nie poślizgnął, gdyby Furman nie odpuścił, to uważam, że była szansa, by awansować.

To kwestia szczęścia. Pamiętam świetnie mecz ze Spartakiem Moskwa, widziałem go z trybun. Gdyby wówczas sędzia odgwizdał w końcówce faul Kuby Wawrzyniaka, ten mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej i Legia nie awansowałaby do fazy pucharowej Ligi Europy. Moim zdaniem poziom drużyn, które walczą o Ligę Mistrzów w eliminacjach jest tak zbliżony, że nie widzę powodów, dla których nie mielibyśmy szans znaleźć się w Lidze Mistrzów.

Henning Berg ma większe szanse w pucharach niż Jan Urban?

- Janek Urban nie był kozakiem, jeśli chodzi o europejskie puchary. Za pierwszym razem, kiedy pojawił się w Legii, to w tych pucharach słabo to wyglądało - zwłaszcza w debiucie w Wilnie...

Byłeś wówczas na meczu?

- Byłem. Po pierwsze, moim zdaniem to spotkanie w ogóle nie powinno się odbyć. Stadion nie był zabezpieczony, a bilety na spotkanie sprzedawane z bagażnika samochodu...

Ale to, co tam się działo, to żaden powód do dumy. Wychodzę z założenia, że my jako kibice Legii powinniśmy trzymać poziom. Wiadomo, że piłka nożna to nie teatr, ale kiedy jedziemy do Europy, to powinniśmy się zachowywać tak, by nie było powodów do wstydu. Tak, jak pokazaliśmy teraz, przy okazji świętowania mistrzostwa. Choć niektóre media nie mogły odmówić sobie pokazania negatywnego obrazka, np. bałaganu po fecie. Akurat to normalne, że po fecie, gdzie bawiło się tyle tysięcy ludzi, zostanie bałagan. Ale wracając do kibiców - pokazaliśmy, że można. I teraz trzeba zaprezentować podobną postawę w Europie.

To chyba się udawało, aż do meczu z Jagiellonią.

- Oczywiście, że się udawało, to jedno z bezpieczniejszych miejsc w Warszawie i jedna taka sytuacja nie może tego zmienić. Osobiście nie chciałbym, by takie rzeczy działy się na naszym stadionie. Niedaleko był sektor rodzinny, komuś mogła stać się krzywda. Wolę, by takie sprawy załatwiane były poza stadionem. Natomiast uważam też, że - nie może być tak, że na naszym stadionie kibice gości w okolicach sektora rodzinnego rzucają racami i próbują wyłamać bramę. Skoro nie zdążyła zareagować na czas policja czy ochrona, to ktoś musiał to zrobić.

Mam jednak żal do mediów za nagonkę, jaką często uprawiają. Czytam o tym, że ktoś się pobił czy odpalił racę, ale mało kto pisze o tym, ile dobrego robią kibice Legii - opiekują się domami dziecka, pomagają sprzątać groby powstańcze czy masę innych wspaniałych akcji. Tego mi brakuje w mediach, ale przecież to nie jest chwytliwy temat. Wydaje mi się, że czasem chce się wmówić niezorientowanym osobom, że w Polsce mamy problem z kibicami, a przecież każdy, kto chciałby poświęcić pięć minut na przejrzenie internetu, stwierdzi, że na tle Europy mamy tutaj naprawdę spokój. Ludzie z zagranicy przyjeżdżają i przecierają oczy ze zdumienia, widząc, jaki potrafimy zrobić show, a w Polsce kibic to często zwykły bandyta. Na "Żyletę" przychodzi cały przekrój społeczeństwa. Są prawnicy, lekarze, piekarze, studenci, prezesi firm... Media powinny być obiektywne, tylko i aż tyle od nich oczekuję.

Ale jeszcze raz podkreślam - wolałbym, by takie sytuacje, jak na meczu z Jagiellonią, nie miały miejsce, bo to są też spore kary dla klubu, który potrzebuje pieniędzy, by się wzmacniać.

Co do pieniędzy - pobawmy się w menedżerów. Jako Henning Berg otrzymujesz od właścicieli woreczek pieniędzy. Na jakie wzmocnienia je przeznaczasz?

- Jeśli chodzi o pozycje, to najbardziej brakuje mi zawodnika w stylu Leszka Pisza, który jak ustawiał piłkę do rzutu wolnego, to z dużym prawdopodobieństwem mogłeś przewidzieć, że piłka wpadnie do siatki. Brakuje mi zawodników, którzy potrafią dośrodkować z rzutu rożnego. Wydaje się, że to powinna być prosta sprawa, natomiast z tym Legia ma problem. W Legii nie ma też napastnika z prawdziwego zdarzenia, takiego, który potrafiłby strzelić w sezonie 20-25 goli. Marek Saganowski jest świetnym graczem, ale wiadomo, że nie jest już w tym wieku, by rządzić w ataku i grać po 90 minut. Może Orlando Sa się odblokuje? Widać, że jest w nim potencjał. Zresztą - jeśli Legia chce być mocniejsza, musi sprowadzać coraz mocniejszych graczy.

A młodzież z Akademii czy rezerw?

- Podejrzewam, że Berg nie stawia na nich nie dlatego, że są młodzi, a dlatego, że nie gwarantują odpowiedniej jakości. Spójrz - z Warszawy wyjechał Patryk Mikita, ale w Łodzi się nie przebił. Cichocki? Też próbowali go w Legii, skończył na wypożyczeniu i teraz pewnie znów gdzieś wyjedzie. Podobnie Michał Efir, na którego długo liczyliśmy, a dziś słyszę, że ma zostać wypożyczony do Ruchu Chorzów. To nie jest proste. Dominik Furman czy Daniel Łukasik rzeczywiście weszli do tej drużyny przebojem, ale później gdzieś ich rozwój się zatrzymał. Trzeba wierzyć trenerom, którzy są w klubie na co dzień i widzą, kto się nadaje do zespołu, a kto nie. W Legii ciężko jest się przebić.

Uda się Mateuszowi Szwochowi?

- Mam nadzieję, że pokaże się z dobrej strony. Jak Duda, który przyszedł do Legii i bez żadnych skrupułów przebił się do drużyny i zaczął w niej grać i odgrywać ważną rolę. Pytanie, jak będzie prezentował się nowy Brazylijczyk z Fluminense. Jak on się nazywa?

Ronan.

- Właśnie. Byłem niedawno w Brazylii i oczywiście obejrzałem kilka meczów, m.in. widziałem na żywo spotkanie Fluminense z Flamengo. Moim zdaniem to nie jest jakaś super mocna liga. Oni grają tam zupełnie inny futbol, mniej siłowy niż w Polsce. Patrząc np. na liczbę niecelnych podań, nie widziałem tam wielkiej różnicy w porównaniu z naszą ekstraklasą. Więc jeśli Ronan był tam rezerwowym - to czy on przyjdzie do Legii i sobie poradzi?

Zresztą Brazylijczykom trudno jest przebić się w Polsce. Ilu było takich, którzy wybili się w Legii? Roger i Edson. A ilu odpadło po drodze? Żeby nie sięgać daleko, dwaj młodzi z Flumunense Alan i Raphael Augusto są już z powrotem w Brazylii. Słyszałem, że ten drugi na treningach prezentował się świetnie, ale na meczach nie było tego jednak widać. Widać jest tu zupełnie inny futbol, trudny dla Brazylijczyka.

Masz jakiegoś ulubionego piłkarza w obecnej Legii?

- Zdecydowanie Marek Saganowski. Za serce do gry. Ja jestem w stanie wybaczyć piłkarzom wiele. Wiem, że niektórzy nie przeskoczą pewnego pułapu jeżeli chodzi o umiejętności. Ale nie wybaczę, jeśli nie walczą i nie zostawiają potu i krwi na boisku. Natomiast Marek jest takim graczem, po którym widać, że jemu zawsze zależy. Dlatego ma taki szacunek wśród kibiców Legii. Rzadko się zdarza, że w Legii tak mocno szanowany jest piłkarz, który deklaruje przywiązanie do innego klubu. "Sagan" natomiast zasłużył na szacunek sercem, które zostawia na boisku.

Podoba mi się również Tomek Jodłowiec. Widać, że środek pomocy to jego pozycja. Na środku obrony - cóż, jesteś jak saper, a jemu zdarzały się pomyłki i nie było po nich już co zbierać. Kiedy widziałem go w kadrze czy w barwach Śląska, kiedy grał na środku obrony, to już wiedziałem, co się wydarzy. Natomiast jako defensywny pomocnik radzi sobie świetnie.

Duda to też niezły transfer, szybko się zaaklimatyzował, dobrze współpracuje z Rado, który jest świetny od lat. Tak samo jak "Rzeźnik", po którym widać, że zawsze mu się chce. Może mu czasem coś nie wyjść, ale to jest gość, który wkłada w to serce, a przecież nie miał z nami łatwo. Po pierwsze przyszedł z Widzewa, po drugie miał po drodze rozmaite przejścia z kibicami, a jednak doszedł do etapu, gdzie "Żyleta" skanduje jego nazwisko - co nie jest takie naturalne, szczególnie dla kogoś, kto przyszedł z innego miasta i z innego klubu.

Swoją drogą zauważyłem, że coraz łatwiej przychodzi nam skandować nazwiska piłkarzy, którzy jeszcze nic dla Legii nie zrobili. Jak np. Dudy, który dostał brawa już na pierwszym meczu. Powiem szczerze - byłem zaskoczony, że tak szybko ten krok został zrobiony, ale z drugiej strony w jego przypadku zadziałało. Może to jest dobra metoda, by podbudować nowego gracza?

A z dawnych lat?

- Leszek Pisz. Zresztą cała drużyna z tamtych lat. Ja w ogóle trafiłem na Legię w świetnym momencie, bo lada moment pojawiła się w Warszawie Liga Mistrzów. Cała tamta drużyna - Pisz, Mandziejewicz, Ratajczyk, który był takim twardym "przecinakiem", Robakiewicz... Było kilku tych zawodników. Choćby Wojtek Kowalczyk, który wchodził do drużyny i od razu pokazywał, na co go stać. To drużyna, która najbardziej utkwiła mi w pamięci.

Z kolejnych lat byli Jacek Zieliński, ostoja w defensywie, Edson i jego rzuty wolne, Roger... Ale to był taki typowy Brazylijczyk - ani siły, ani szybkości. Też nie dziwię się, że nie zrobił kariery w Europie. No ale w Legii błyszczał. Nie mógłbym zapomnieć o Arturze Borucu - związany w końcu z Legią na dobre i na złe.

Odwiedzasz inne sekcje?

- Oczywiście - przede wszystkim kosza. Chłopaki robią dużo dobrego, staram się wspierać ich jak mogę. Świetnie, że drużyna awansowała do wyższej ligi. Aktualnie dopinane są transfery na nowy sezon, liczę na kilka pozytywnych niespodzianek. Fajnie, że znalazły się pieniądze na remont hali, jest więc szansa na większą frekwencję, nawet do 1400 osób. Serdecznie wszystkich zapraszam na mecze, pomóżmy w odrodzeniu potęgi!

Rapujesz w utworze, że na dwa dni przed meczem już pocą ci się ręce. Mimo upływu lat to się nie zmienia?

- Może przed niektórymi meczami trochę mniej, przed niektórymi bardziej, ale nadal tak jest. Tak, jak teraz. Minęły dwa tygodnie od końca sezonu, a ja nie mogę się doczekać kolejnego. Mam nadzieję, że jak najdłużej będę czuł się tak, że każdy mecz będzie wzbudzał we mnie takie emocje. Każdemu tego życzę.

Dyskutuj z autorem na jego Twitterze