Mistrzowie z drugiego p(L)anu. Masażysta jak barman, rzeczniczka-kibicka i elektryk przy murawie

Nie piszą o nich media, nie pokazuje ich telewizja, złote medale za mistrzostwo Polski odebrali schowani za plecami rozświetlonych w blasku fleszy piłkarzy. Ale na sukces zapracowali równie mocno, co oni. Niektórzy dołożyli do niego cegiełkę, a niektórzy - cegłę. Rzeczniczka, masażysta, greenkeeper to tylko trójka legijnych mistrzów drugiego planu.


Masażysta musi być jak barman

Paweł Bamber, masażysta. Pracuje w Legii od czerwca zeszłego roku, przyszedł do drużyny razem z doktorem Jackiem Jaroszewskim. Mówi się, że to właśnie on postawił na nogi kontuzjowanego od miesięcy Marka Saganowskiego.

Najfajniejsza rzecz, która spotkała mnie w trakcie mistrzowskiego sezonu? Niesamowity powrót Marka Saganowskiego. Wspólnie wykonywaliśmy żmudną pracę przy rehabilitacji, przyglądałem się z bliska, jak sumiennie pracuje, i wspólnie cieszyliśmy się z tego, że znów może grać w piłkę. Pamiętam ten dreszcz, kiedy wychodził na boisko na mecz z Zawiszą. To był dla niego pierwszy raz od kilku miesięcy. Kibice skandowali jego imię, a ja ściskałem za niego kciuki.

A chwilę później strzelił gola! Trybuny oszalały, a mi mało nie stanęło serce. Marek w szale radości rzucił się na kolanach na murawę i prześlizgnął się po niej. Nikt pewnie nie zwrócił na to uwagi, ale my lekarze inaczej patrzymy na mecz. Serce podeszło mi pod gardło, zastanawiałem się - podniesie się z murawy czy zawoła opiekę medyczną? Ale szczęśliwie nic mu się nie stało.

Coś w tym jest, że masażysta musi być jak barman. Porozmawiać, kiedy trzeba, czasem doradzić, ale zwykle - po prostu być i wysłuchać. Czy piłkarze się żalą? Czasem, ale rzadko. Kiedyś może częściej, dziś wydaje mi się, że to po prostu więksi profesjonaliści.

Zanim trafiłem do Legii, zastanawiałem się nad tym, by trochę odpocząć od piłki, myślałem nad otwarciem własnej praktyki. Akurat byliśmy ze sztabem lekarskim na zgrupowaniu reprezentacji, kiedy odezwał się do nas prezes Leśnodorski. Spytał, czy bylibyśmy zainteresowani pracą w Legii. Pomimo wcześniejszych planów zgodziłem się. Takiej drużynie się nie odmawia. Dzięki temu dziś czuję wielką dumę z mistrzostwa, zresztą mojego pierwszego. Nie ma lepszego uczucia.

Kto nie bywa kapryśny?

Izabela Kuś, rzeczniczka prasowa drużyny. Stanowisko objęła w sierpniu zeszłego roku, choć swoją przygodę z Legią zaczęła dużo wcześniej - dawno temu podczas meczu z Wisłą, a bohaterem był wówczas Jacek Magiera

Jestem rzeczniczką, ale przede wszystkim wielką kibicką Legii. Pierwszy mecz na Łazienkowskiej pamiętam jak przez mgłę. Graliśmy z Wisłą Kraków, ale kiedy dokładnie był ten mecz? Na pewno dawno, dawno temu. Pamiętam tylko, że od razu spodobała mi się gra Jacka Magiery i z miejsca uznałam go za swojego ulubionego piłkarza. Oczywiście już jako rzeczniczka podzieliłam się tym z Jackiem. Niesamowite, że teraz możemy razem pracować. Podobnie jak ze spikerem Legii Wojciechem Hadajem, z którym dzielę pokój. Trudno sobie wyobrazić lepszego przyjaciela.

Miłość do klubu zaszczepił we mnie mój tata, który zarażał mnie wszystkimi swoimi pasjami - przez wędkowanie, aż po piłkę nożną, która - jak widać - stała się dziś moją pracą.

Z początku pomagałam w biurze prasowym tylko w dni meczowe. Potem przez rok asystowałam Michałowi Kociębie, a kiedy on odszedł z klubu, zajęłam jego miejsce. Nie było więc tak, że z dnia na dzień zostałam przedstawiona piłkarzom jako ich rzeczniczka. Może nie byłam z nimi na stopie koleżeńskiej tak, jak jest to dziś, ale kojarzyli mnie. Myślę, że przyjemnie jest im pracować z kobietą, a mi łatwiej w takiej sytuacji na nich wpłynąć.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się jednak, że nie byłam świadoma tego, na jaką głęboką wodę zostałam rzucona.

Najzabawniejsze było to, że właściwie nie miałam czasu, by się tym zamartwiać i zastanawiać nad tym, czy sobie poradzę. Niemal od razu rozgrywaliśmy bardzo ważny mecz w eliminacjach Ligi Mistrzów, trzeba było zakasać rękawy i ciężko pracować. Mój dzień zaczął się o piątej rano, kiedy zbudził mnie telefon z wozów transmisyjnych, które miały problem z wjechaniem na stadion. No i się zaczęło. Telefony, akredytacje i - jak na boisku - sytuacje podbramkowe, czyli takie, których za nic w świecie nie da się przewidzieć, a które mogą wyskoczyć niemal chwilę przed pierwszym gwizdkiem. Tego dnia skończyłam pracę o drugiej w nocy. Maraton. Kiedy usiadłam, już na spokojnie, po całym zamieszaniu byłam zmęczona, ale i szczęśliwa. To jest chyba najbardziej ekscytujące w mojej pracy - kiedy po tych kilkunastu godzinach harówy, dopinania spraw okazuje się, że wszystko wyszło perfekcyjnie. To ten rodzaj adrenaliny, który sprawia, że chce nam się żyć. Wtedy pojawia się ogromna satysfakcja.

Inaczej jest jednak, gdy Legia przegra mecz. Muszę wtedy pełnić rolę mediatora i namawiać piłkarzy, by wyszli do strefy mieszanej z dziennikarzami. Rozumiem jednak tych, którzy nie chcą rozmawiać z mediami - bo co powiedzieć dziennikarzowi, gdy w człowieku buzuje złość po porażce? Na początku to "nakłanianie" zawodników było trudniejsze, ale teraz nie mogę powiedzieć na nich złego słowa. Wydaje mi się, że chłopaki są coraz bardziej otwarci na media, wiedzą, że to ich obowiązek podzielić się tym, co dzieje się w klubie. Nie zamykamy się przed nikim, nie robimy z Legii zamkniętej twierdzy. Oczywiście - my też mamy swoje tajemnice i czasem zamykamy treningi. Ale na co dzień jesteśmy otwarci dla każdego.

Zresztą coraz lepiej wiem, który piłkarz lubi rozmawiać z mediami, a który jest zamknięty w sobie. Wiem, kogo namówić na wywiad przed kamerą, a komu "odpuścić", bo wtedy rozmowa nie byłaby interesująca. Chłopaki mnie znają i wiedzą, że nie wystawię ich na żadną "minę". Na przykład bardzo szanuję ich czas wolny. Mają tak bardzo napięty grafik, że w dni wolne nie umawiam ich na rozmowy z dziennikarzami, chociaż dla prasy to najlepszy czas na wywiad - bo teoretycznie mogą umówić się z takim zawodnikiem o każdej porze. Ale wtedy odmawiam. Muszę grać z piłkarzami w jednej drużynie. Granica między tym, co można przekazać mediom z szatni, jest cienka. Ale myślę, że udaje mi się znajdować złoty środek.

Piłkarze, jasne, są czasem kapryśni, ale kto powiedział, że ja nie bywam? Każdy ma lepsze i gorsze dni, i ja to rozumiem. Wiem, że ciąży na nich niesamowita presja, a media czasem niesprawiedliwie ich oceniają. Tak jak swego czasu Michała Żyrę, którego uważam za wielkiego profesjonalistę i bardzo inteligentnego chłopaka. W pewnym momencie media go zwyczajnie zaszczuły. A dziś ci, którzy wieszali na nim psy, milczą, bo Michał udowodnił na boisku, kto ma w tym sporze rację. Wcześniej powiedział mi, że nie zamierza wchodzić w tę dyskusję, bo uważa, że to walka z wiatrakami. Spodobała mi się jego dojrzałość. Rozumiałam, że odmawia wywiadów i przez pewien czas w prasie było o nim cicho.

Moja najtrudniejsza sytuacja w pracy? Enklawa? Nie, bo wtedy tylko pomagałam Michałowi Kociębie. Stawiam na dzień po meczu z Jagiellonią i awanturach na trybunach. Wszystkim nam, którzy przecież kochają Legię, wydawało się, że sufit runął nam na głowę. Na szczęście powoli, powoli stanęliśmy na nogi. I chyba w zasadzie już nawet o tej sytuacji zapominamy - cieszymy się z mistrzostwa! Po meczu z Ruchem, mimo że przegranym, poczułam wielką satysfakcję, ulgę i spokój.

Kiedy w szatni popsuło się światło

Tomasz Strzyga, greenkeeper Legii. Z klubem związany od 26 lat, a zaczynał pracę w nim jako elektryk. Tamte lata i tamtych piłkarzy wspomina z największym sentymentem.

Na stadionie Legii, pamiętam, po raz pierwszy byłem w 1979 roku. Na Łazienkowską zabrali mnie starsi koledzy, a to było pożegnanie Kazimierza Deyny. Wielki mecz. Pamiętam, że była masa ludzi. Deyna zagrał wówczas jedną połówkę w koszulce Legii, drugą już w barwach Manchesteru City.

Jeszcze za dziecka przyjeżdżałem na stadion sporadycznie, ale już od szkoły średniej jestem, do dziś, praktycznie na każdym meczu w Warszawie. Na wyjazdy też jeździłem, ale przyznam po latach, że troszeczkę się bałem. Wolałem przychodzić na Łazienkowską. Ciężko byłoby to nawet zliczyć, zwłaszcza że od 26 lat jestem praktycznie na każdym meczu, bo od tamtego czasu to moje miejsce pracy.

Jak trafiłem na Łazienkowską? To był wrzesień 1987 roku. Spikerem był wówczas pan Jerzy Czerniakiewicz, który ogłosił, że na Legii potrzeba elektryków do pracy. A ja akurat skończyłem szkołę! Na drugi dzień, z samego rana przyjechałem na Łazienkowską, by złożyć dokumenty. Udało się dostać tę pracę. I tak leci już 27. rok.

Dziś jednak w nieco innej roli. Od marca 2000 roku pracuję jako konserwator murawy, czy - jak kto woli - greenkeeper. Przyznam, że ta praca sprawia mi ogromną frajdę. Jestem spod Warszawy, wychowałem się w domu z ogromnym ogrodem i zawsze lubiłem pracować przy trawie. Hobbystycznie, a teraz i zawodowo.

Robota jest fajna, ale wymagająca. Specyfika tych nowoczesnych stadionów jest taka, że wymaga dużo pracy, by utrzymać boisko w dobrym stanie. A wzrost trawy jest dość trudny. My na Legii mamy dobrą murawę. Czy najlepszą w lidze, to nie wiem, ale na pewno bardzo dobrą.

Czy znam piłkarzy? Znam, i to niejedno pokolenie. Jednak najbardziej emocjonalnie podchodzę do zawodników z czasów, gdy zaczynałem dopiero pracę. Pamiętam jedną taką sytuację sprzed lat. W szatni pierwszej drużyny popsuło się światło. Musiałem się tym zająć. Wchodzę, a tam takie nazwiska, jak Dziekanowski, Wdowczyk, Kubicki, Buncol, Karaś, Kaczmarek. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie i, patrząc z perspektywy lat, to ich najlepiej zapamiętałem. Wielkie przeżycie.

Czy czuję, że dołożyłem cegiełkę do mistrzostwa? Chyba tak. Wie pan, Legia to dla mnie taki drugi dom. Swoją pracę trzeba wykonywać, a my z kolegami staramy się to robić jak najlepiej. I nieważne, czy to mecz ligowy, czy pucharowy, albo i reprezentacyjny. Boisko musi być gotowe na odpowiednią godzinę, na pogodę i niepogodę, a nawet i na porę dnia.