Od spaceru w Łazienkach po trzecie mistrzostwo. Dekada Jakuba Rzeźniczaka w Legii [ROZMOWA]

- W meczu z Wisłą Płock dostałem czerwoną kartkę i schodząc do szatni, popłakałem się. Wtedy pan Waldek zawołał mnie do magazynu, gdzie nalał mi setkę wódki i powiedział: "Młody, pij" - wspomina swoje 10 lat w Legii Jakub Rzeźniczak.


W barwach Legii rozegrał 179 meczów w ekstraklasie, zdobył z nią trzy mistrzostwa i cztery razy sięgał po Puchar Polski. Od zeszłego sezonu, kiedy karierę zakończył Tomasz Kiełbowicz i z klubu odszedł Dickson Choto, jest legionistą z najdłuższym stażem. 1 lipca minie 10 lat, odkąd trafił na Łazienkowską.

Bartek Kubiak: Legia jest na topie, rozwija się, jej marka rośnie, klub ma europejskie ambicje. A ty jesteś zawodnikiem, który ma najdłuższy staż w drużynie, wywalczyłeś już swoje trzecie mistrzostwo. Jakub Rzeźniczak, weteran najlepszego klubu w Polsce - jak to brzmi?

Jakub Rzeźniczak: No, patrząc na mój staż, można tak mówić. Jestem tu najdłużej i cieszę się, że udało mi się tyle wytrzymać w najlepszym klubie w Polsce. Kontrakt z Legią przedłużałem już czterokrotnie, ale weteranem się nie czuję. Jeszcze... Mam przecież dopiero 27 lat. Jeśli zostanę w Legii do końca kariery, to wtedy będę się mógł tak tytułować. I fajnie, gdyby tak się stało.

Pamiętasz swój pierwszy dzień na Łazienkowskiej?

- Doskonale! Przyjechałem do Warszawy 30 czerwca 2004 roku. Zacząłem przygotowania parę dni później niż koledzy z zespołu, bo Widzew nie chciał mnie puścić. Pamiętam, że 1 lipca, czyli prawie dokładnie 10 lat temu, do szatni wchodziłem razem z Maćkiem Korzymem. Ja miałem niecałe 18, a "Korzeń" 16 lat. Stresik był. Nawet duży, bo to była dla mnie wielka Legia. Byli w niej zawodnicy, którzy kilka lat wcześniej występowali w Lidze Mistrzów - Jacek Zieliński, Marek Jóźwiak czy Tomasz Sokołowski.

Podziwiałeś któregoś z nich, wzorowałeś się?

- Jacka Zielińskiego, który tak się złożyło, że przez chwilę był moim kolegą z szatni, a później moim trenerem. Drugim takim zawodnikiem był Tomasz Łapiński. Z nim też moje drogi się zeszły, bo jak zaczynałem w Widzewie, to on był asystentem Franciszka Smudy. Na tych dwóch piłkarzach się wzorowałem, a zagranicznym zawodnikiem, którego podziwiałem nie tylko za grę, ale również za przywiązanie do barw klubowych był Paolo Maldini z Milanu.

Przyjechałeś do Warszawy sam czy z kimś?

- Z racji tego, że moja mama nie miała prawa jazdy, to przyjechałem z nią i jakimś znajomym. Już teraz nie pamiętam dokładnie z kim. Wiem, że w Warszawie pojawiliśmy się dzień przed podpisaniem kontraktu - była taka możliwość, bo Edward Socha, ówczesny dyrektor sportowy, załatwił mi mieszkanie. Na pożegnanie dostałem od mamy buziaka na szczęście, no i jakoś to poszło.

Młody chłopak, na dodatek z Widzewa. Nie wahałeś się przed transferem do Legii, nie bałeś się, że ci się nie uda?

- Ja się nie wahałem, ale było wiele osób, które mi ten transfer odradzały. Nie chodziło nawet o animozje międzyklubowe, tylko o famę, że w Legii młodzi zawodnicy po prostu nie grają. Że tutaj stawia się na piłkarzy sprawdzonych z nazwiskiem. Jedyną osobą, która od początku do końca zawsze wierzyła i mówiła mi, że to dobry ruch, był mój trener z juniorów Zbigniew Tąder.

W tym samym czasie interesował się mną też Górnik. Pamiętam, że na stacji benzynowej Statoil - niedaleko stadionu Widzewa - spotkałem się z Markiem Koźmińskim, który namawiał, obiecywał, a przede wszystkim odradzał mi Legię. Ofertę Górnika jednak odrzuciłem. Duża w tym zasługa Edwarda Sochy, który był bardzo przyjacielski i potrafił przemówić do młodych ludzi.

Pamiętasz miejsce, w którym podpisałeś kontrakt? Kto był przy tym obecny?

- Tak, w siedzibie ITI na Wiertniczej. Stało się to przy obecności prezesa Mariusza Waltera, trenera Dariusza Kubickiego oraz - ze względu na to, że nie miałem jeszcze 18 lat - moich rodziców.

Często wcześniej bywałeś w Warszawie?

- No właśnie wcześniej chyba nie. Oczywiście, gdzieś tam człowiek pojawiał się przejazdem w stolicy - jadąc na mecz albo wylatując gdzieś na młodzieżowe reprezentacje. Ale tak, aby coś zwiedzić na mieście, to nie. To była moja pierwsza wizyta. Z takich przebłysków zapamiętałem centrum handlowe Sadyba Best Mall i to, że po podpisaniu kontraktu rodzice zabrali mnie na spacer do Łazienek.

Pierwsze dni w Warszawie - nie miałeś samochodu, prawa jazdy - jak wyglądały?

- Mieszkanie miałem na Bartyckiej, czyli blisko stadionu. Pamiętam, że to wtedy był jedyny nowy blok w okolicy. Teraz, jak tamtędy przejeżdżam, to tych bloków jest mnóstwo, a wtedy był jeden. Początkowo klub proponował mi, abym zamieszkał z kimś, ale ja twardo obstawałem przy tym, że chcę mieszkać sam. Od zawsze byłem samodzielny. Już w wieku siedmiu lat potrafiłem całą Łódź zjeździć autobusem. Dawałem sobie radę. W Warszawie kupiłem sobie mapę i wszędzie z nią jeździłem. Na stadion drogi nauczyłem się jednak szybko. Miałem blisko - cztery przystanki. Do dziś pamiętam, że jeździłem linią 108, która zatrzymywała się na Myśliwieckiej przy radiowej "Trójce".

A mieszkanie, w którym zamieszkałeś, było urządzone?

- Tak, było w nim wszystko. Dla mnie to był w ogóle szok, bo wcześniej z rodzicami i trójką braci mieszkałem w jednym pokoju. Tutaj miałem dwa tylko dla siebie. To był dla mnie bardzo duży przeskok, jeśli chodzi o poziom życia. Wiesz - pierwsza kasa, mieszkanie.

Pamiętasz, co sobie kupiłeś za pierwsze pieniądze?

- Nie. Pamiętam tylko, że przez pierwsze dwa lata połowę swojej pensji oddawałem rodzicom, a połowę zostawiałem sobie na życie. Starczało zazwyczaj tak akurat - od pierwszego do pierwszego.

Co na początku sprawiało ci największą trudność?

- Chyba nie było takiej rzeczy. Rozłąki z rodziną bardzo nie odczuwałem, bo do Łodzi miałem blisko. Jeździłem do niej praktycznie co tydzień. Po meczu wsiadało się w pociąg, dwie godzinki i byłem u rodziców.

A coś zaskoczyło cię w Warszawie?

- To, że była dużo bezpieczniejszym miastem od Łodzi. Przyjechałem tu i patrzę, a wszyscy chodzą z telefonami w ręku czy laptopami pod pachą. W Łodzi to było nie do pomyślenia. Wychodząc na Piotrkowską, zaraz pewnie ktoś wciągnąłby cię w bramę i to wszystko zabrał. Pamiętam, że jak miałem osiem albo dziewięć lat, to od mamy na gwiazdkę dostałem szalik Widzewa. Dumny idę sobie z psem, ale nie zdążyłem nawet wyjść z bramy i już było po szaliku.

Jak wyglądał wtedy stadion Legii, klubowe pomieszczenia, otoczenie?

- To była zupełnie inna era, wszystko było inne. Teraz można przecierać oczy ze zdumienia - obiekt jest nowoczesny, ma kryte trybuny, fajny sklep, restaurację. Ale dla mnie stary stadion też miał swój urok. Przede wszystkim miała go szatnia. Myślę, że każdy, który może porównać obecną do tej poprzedniej, zgodzi się ze mną, że tamta była większa, a dwa - dużo fajniejsza i bardziej klimatyczna.

Co masz na myśli mówiąc "klimatyczna"?

- Tego się nie da opisać słowami. Naprawdę. Po prostu dobrze się w niej czułem. Nie była tak nowoczesna, ale jak tam wchodziłeś, to miałeś wrażenie, że to twój drugi dom.

Pamiętasz, obok kogo siedziałeś w tej starej szatni?

- Doskonale pamiętam. Po prawej stronie miałem Mirko Poledicę, Tomka Sokołowskiego młodszego, Jacka Zielińskiego. A po lewej Veselina Djokovicia, a dalej Tomka Sokołowskiego starszego, Łukasza Surmę, Piotra Włodarczyka, Marka Jóźwiaka i Jacka Magierę.

Co zapamiętałeś najbardziej ze starego stadionu?

- Pana Waldka, magazyniera. To był surowy człowiek dla młodych zawodników. Lepiej było mu nie podpadać. On sam nie przepadał też za czarnoskórymi piłkarzami. Zawsze powtarzał, że czarny zawodnik powinien grać w czarnych butach, a oni zawsze od niego chcieli białe. Ewidentnie miał z tym problem.

Ale mimo, że pan Waldek był surowy, to wspominam go bardzo miło. Pamiętam bardzo dobrze jedną sytuację - w meczu z Wisłą Płock dostałem czerwoną kartkę i schodząc do szatni, popłakałem się. Wtedy pan Waldek zawołał mnie do magazynu, gdzie nalał mi setkę wódki i powiedział: "Młody, pij". Nie powiem, że po wypiciu tej wódki zrobiło mi się lepiej, ale ulga na duchu na pewno była.

Było wkupne do Legii?

- Było, było. Musiało być. W tej drużynie było wielu starszych zawodników i nikomu by nie odpuścili. Akurat pierwszego wkupnego nie pamiętam, ale trochę tych imprez, gdzie się stawiało, było.

Teraz dużo osób nam wypomina, że nie wychodzimy na miasto, ale czasy się zmieniają. Kiedyś po meczu siadało się np. Kaiserze na Chmielnej, przy stoliku z szybą na ulicę i wszyscy wszystko widzieli. Czasami z miasta wracało się o piątej, szóstej nad ranem i nikt nie robił z tego problemu. Teraz byłyby zdjęcia, kary i tym podobne rzeczy. Było inaczej. Atmosfera pozaboiskowa była świetna, ale tak jak mówię - czasy się zmieniają i trzeba się do nich dostosować.

Twitter i Facebook zabiły imprezy na mieście?

- Myślę, że po części na pewno. Do tego dochodzą też paparazzi. Kiedyś tego wszystkiego nie było. A teraz, gdzie nie wyjdziesz, to zaraz ktoś chce ci cyknąć fotkę. Daleko nie trzeba szukać. W dwóch ostatnich latach mieliśmy imprezy mistrzowskie, a na drugi dzień w kolorowych gazetach było pełno zdjęć z opisem, że legioniści balują do rana. Media społecznościowe też to zabijają. Przekaz informacji tam jest błyskawiczny. Wystarczy wspomnieć wypad Danijela Ljuboi i Miro Radovicia do Enklawy, gdzie afera zaczęła się wytwarzać dosłownie pół godziny po tym, jak do tego klubu przyszli. Takie czasy, co zrobić.

Jak przyjęła cię drużyna, kto cię do niej wprowadzał?

- Przyjęła mnie dobrze. Wśród osób, które najbardziej mi pomagały, jak byłem młody, na pewno był Jacek Magiera. Opiekował się mną, Korzymem czy Marcinem Smolińskim. Jak zabrakło kilka stówek do wypłaty, to zawsze coś pożyczył. Drugą osobą, która zawsze służyła radą, był Tomek Kiełbowicz. Jeśli głowa gdzieś tam uciekała poza boisko, to obaj potrafili powiedzieć: "Przystopuj, skup się na tym i na tym". Zawsze można było na nich liczyć i tak jest do dzisiaj.

Chrzest był?

- Miałem farta, bo mnie ominął. Później za trenera Dariusza Wdowczyka chrzty były, ale przechodzili je już inni zawodnicy.

Na czym polegał taki chrzest?

- To tajemnice szatni. Powiem tylko, że za trenera Wdowczyka ostatnim zadaniem było zrobić dziesięć kroków i zjeść pączka. Wydaje się proste, ale prawie nikomu się nie udawało.

Żart z szatni, który najbardziej zapadł ci w pamięć?

- Kurde, było ich tak dużo, że ciężko coś wybrać. Już o klapkach, które z Marcinem Komorowskim przykleiliśmy "Jędzy" do podłogi, opowiadałem. A, przypominam sobie, że kiedyś Bartek Grzelak obciął Jankowi Musze spodnie. Z długich jeansów zrobił mu krótkie. Nigdy wcześniej ani później tak wściekłego Muchy nie widziałem. Ale tych żartów z obcinaniem było więcej. Chyba najczęściej obcinało się komuś palce w skarpetkach.

26 października 2004 roku - twoje 18. urodziny. Jak spędziłeś?

- Akurat na osiemnastkę wielkich baletów nie było. Urodziny spędziłem spokojnie z ówczesną dziewczyną. A rodzice dla znajomych i najbliższych zaplanowali mi imprezę na czas świąt Bożego Narodzenia. Także impreza została trochę przełożona w czasie.

Ówczesną dziewczyną... Trochę ich było, co? Czujesz się podrywaczem? Podobno pierwszy raz oświadczyłeś się w wieku 23 lat.

- Troszeczkę tych dziewczyn się przewinęło, ale to dlatego, że szukałem tej odpowiedniej. Żigolakiem nigdy nie byłem, bo dziewczyn jak rękawiczek nie zmieniałem co tydzień. Po prostu - jeśli, któraś mi nie pasowała, to była zmiana. A patrząc na tendencję, która teraz panuje, to i tak późno się oświadczyłem. Michał Żyro, Kuba Kosecki, Dominik Furman - każdy z nich zrobił to szybciej niż ja.

Z kim chodziłeś na miasto?

- Trzymałem się z młodą ekipą. Na początku najczęściej wychodziłem z Maćkiem Korzymem, później z Darkiem Zjawińskim czy Łukaszem Fabiańskim. Po dwóch latach spędzonych w klubie, jak za trenera Wdowczyka zdobyliśmy mistrzostwo, to ostre balety były z Marcinem Burkhardtem, Łukaszem Surmą i Piotrkiem Włodarczykiem.

Ostre balety?

- No, trwały prawie trzy dni. Zaczęły się po meczu z Górnikiem, który zapewnił nam mistrzostwo. Najgorsze jest to, że trzy dni później był mecz z Wisłą, w którym teoretycznie miałem nie grać, bo do ulubieńców trenera Wdowczyka nie należałem. Pamiętam jednak, że wtedy Moussa Outtara obraził się na wszystkich i trener powiedział mi, że będę grał.

Za co się Outtara obraził?

- Chyba chodziło o jakieś sprawy kontraktowe, ale nie pamiętam dokładnie. W każdym razie moja forma fizyczna na ten mecz nie była najlepsza. Zawaliłem dwie bramki, co skończyło się tym, że trener Wdowczyk stwierdził, że nie nadaję się do Legii i wypożyczył mnie do Widzewa. To świętowanie na dobre mi nie wyszło, ale nie żałuję. Może tak musiało być.

Jak przebywałeś na wypożyczeniu w Widzewie, to zagrałeś przeciwko Legii w meczu, w którym zaatakowałeś Eltona. Pamiętasz?

- Trudno nie pamiętać. Pamiętam, że dziennikarze "Faktu" przed tym spotkaniem namówili mnie na sesję pod tytułem: "Zrobię Legii rzeźnię". Na boisku faktycznie była spinka, ale trochę rozdmuchana. Latynosi akurat mają to do siebie, że jak oni cię szturchają, to ich zdaniem nic się nie dzieje, ale jak ty ich zaatakujesz, to jest płacz. W trakcie tej awanturki kierownik Ireneusz Zawadzki krzyczał do mnie, że już więcej w Legii nie zagram. Ale emocje szybko opadły, wróciłem do Legii, a z kierownikiem Zawadzkim mam bardzo dobry kontakt do dziś.

A to zdjęcie pamiętasz?

Fot. Adam Polak/Legia.com

- Tak. Zdjęcie zrobione na Starówce w czasie prezentacji, jak przychodziłem do Legii. Ale miałem włosy, co?

No właśnie, tych fryzur trochę miałeś.

- Jak przychodziłem do Legii, to miałem fazę, aby być takim typem włoskiego obrońcy, jak Fabio Cannavaro czy Alessandro Nesta, którzy mieli długie włosy. Ale w Legii sam nie byłem, bo wtedy długie pióra mieli też Marek Saganowski i Wojciech Szala. Śmiesznie było. Jakby zebrać te wszystkie moje fryzury, to był jeszcze blond Eminem, później siwy Ravanelli, a po drodze jakieś irokezy czy pasemka. Jest co wspominać, ale takie prawa młodości. Teraz mogę przynajmniej powiedzieć, że wszystkiego spróbowałem.

Blog, Facebook, ślub, bmw - wiesz o co chodzi?

- Nie wiem.

Cztery pierwsze rekordy, które wyskakują w Google po wpisaniu Jakub Rzeźniczak.

- Ciekawe. Myślałem, że wyskoczą jakieś oświadczyny, ale że ślub? Blog i Facebook to wiadomo, a co do bmw, to był to mój pierwszy samochód, który sobie kupiłem, grając w Legii. Wcześniej jeździłem służbowym. Pamiętam, że na początku był to seat cordoba. Później dostałem suzuki ignis. To było takie suzuki już konkretnie podrapane zębem czasu. Ale w klubie został sam szrot i jako jeden z najmłodszych nie miałem wyboru. Potem był seat leon, a jak już podpisałem kontrakt za trenera Macieja Skorży, to w klubie stwierdzono, że stać mnie na swój samochód. Wtedy kupiłem sobie wymarzone bmw, które wziąłem w leasing i jeżdżę nim już czwarty rok.

Służbowy seat z nalepką Legii i podróż do Łodzi. Opowiedz, jak to było.

- To był ten leon z całym bokiem, gdzie był znaczek Legii. Cała sytuacja miała miejsce na skrzyżowaniu przy kościele, jak się wyjeżdża na Warszawę. Pamiętam, że chłopaki jechali dużym fiatem. Ja miałem otwartą szybę, oni tam trochę pokrzyczeli, postraszyli i tyle. Ale to i tak było nic przy historii, którą opowiadał mi kiedyś Kuba Wawrzyniak, który jechał do Szamotuł i go chcieli zepchnąć do rowu.

Legijne koszulki - masz bzika na ich punkcie?

- Trochę tak. Mam wiele koszulek związanych z Legią. Lubię takie, które niosą ze sobą jakiś przekaz. Legia jest bliska memu sercu, dlatego bardzo dobrze mi się w nich chodzi.

Ale to nie tylko koszulki. Widziałem, że niedawno chwaliłeś w internecie butami Nike Air Max w barwach Legii. Ile za nie zapłaciłeś?

- Akurat dostałem je za darmo, bo Nike jest moim sponsorem. Sama umowa tego nie zakłada, ale zakręciłem się i dostałem te buty. Z tego, co wiem, to każdy może sobie zaprojektować własne Air Maksy, taka przyjemność kosztuje 180 euro. Mało to nie jest, ale jeśli ktoś bardzo chce, to jest taka możliwość.

Dieta - teraz, a wcześniej. Jak na początku wyglądało jedzenie w klubie?

- No jak to jak? Bułka i banan, ewentualnie hot dog na stacji benzynowej. Wspólne posiłki w Legii zaczęły się dopiero za pierwszej kadencji trenera Urbana. Początkowo jedliśmy tylko obiady z cateringu, który przyjeżdżał do nas do klubu. Pamiętam, że później przez pewien czas musieliśmy za nie płacić, chyba 13 złotych, i w końcu się skończyły. Jak trener Urban na Łazienkowską zawitał ponownie, to posiłki też wróciły. Od tego momentu są wspólne śniadania i obiady po treningach.

Ile czasu spędzasz dziennie w kuchni - z nożem w ręku, przy talerzach?

- To zależy, ale bardzo lubię gotować. Jeśli tylko mam czas, to staram się gotować samemu. Zaciekawiło mnie to i sprawia mi to przyjemność.

Danie a la "Rzeźnik" to?

- Bardzo lubię śniadania, dlatego wybieram owsiankę, którą jestem w stanie przyrządzić na sto, a nawet więcej sposobów. Najbardziej mi smakuje z dużą ilością owoców i orzechów. Od tego posiłku z reguły zaczynam swój dzień.

"Kiedyś z nią przegiąłem" - to twoje słowa na temat siłowni.

- Tak było. Przychodząc do Legii, ważyłem 68 kg, a po trzech latach już 80. Zachłysnąłem się trochę pakowaniem, bo jak w Widzewie spędziłem pierwszy rok w seniorskiej piłce, to nie mieliśmy w ogóle siłowni. Jak na Legii zobaczyłem klubową "siłkę", to od razu przemknęła przez głowę myśl, że wychodzić z niej nie będę. No i zaczęło się pakowanie - przed treningiem, po treningu. Było to nierozsądne, bo wówczas nie mieliśmy typowego trenera od przygotowania fizycznego. Przesadzałem.

Kiedy to zrozumiałeś?

- Pamiętam taki moment, że na weselu u Jacka Magiery podszedł do mnie Jan Urban, złapał za rękę i powiedział, że przesadzam z tą siłownią. Ja oczywiście na to: "Nie trenerze, spokojnie, wszystko jest pod kontrolą". Ale po meczu z Gaziantepsorem zobaczyłem jednak swoje zdjęcie i stwierdziłem, że trener ma chyba rację. Zacząłem odczuwać to na swojej zwrotności i trochę odpuściłem. Ale też nie za bardzo, bo wiesz jak to jest - jak człowiek ma coś w nawyku, to ciężko z tego zrezygnować. Krytyczny moment przyszedł dopiero półtora roku temu, kiedy naderwałem w dwóch miejscach mięsień dwugłowy. Stało się to przez to, że na plecach byłem za bardzo "pospinany". Pamiętam, że trener Urban powiedział mi wtedy, że jak jeszcze raz zobaczy mnie na siłowni, to dostanę od niego hantlem po głowie. I wtedy już na dobre zluzowałem z tą siłownią. Przez pół roku nie chodziłem na nią w ogóle. A teraz ćwiczę tylko pod okiem Cesara Sanjuana.

Ile bierzesz na klatę?

- Ostatnio, jak sprawdzaliśmy się dla żartów z chłopakami, to podniosłem stówę. Więcej nie próbowaliśmy, ale myślę, że 110 bym wziął.

A wcześniej?

- 115 z Błażejem Augustynem na jednym z obozów.

Jakieś inne rekordy, z których jesteś dumny?

- 22 podciągnięć na drążku. To chyba niezły wynik.

Czujesz się warszawiakiem?

- Nie zapominam, skąd pochodzę, ale trochę tak. W Warszawie spędziłem całe swoje dorosłe życie i te najmilsze wspomnienia z piłką mam właśnie stąd. Nie ukrywam, że wiążę z tym miastem swoją przyszłość.

Co najbardziej lubisz w Łodzi?

- Obecnie wszystkich najbardziej przyciąga Manufaktura, to najładniejsze miejsce. Kiedyś była to ulica Piotrkowska, która teraz przez to centrum handlowe już praktycznie wymarła. Szkoda trochę.

Zanim trafiłeś do Widzewa, to trenowałeś w ŁKS. Ile to trwało, skąd ta zmiana?

- Na trening do ŁKS poszedłem w pierwszej klasie podstawówki. Namówił mnie mój o rok starszy sąsiad. Ale to w ogóle jest niesamowita historia, bo ten sąsiad jest kuzynem mojej narzeczonej Edyty, z którą mnie poznał.

Już wtedy?

- Nie. Jakieś siedem lat później.

No dobra, ale wróćmy do tego ŁKS-u.

- Poszedłem z tym sąsiadem na trening do starszego rocznika, bo mojego jeszcze wtedy nie przyjmowali. Po kilku tygodniach usłyszałem jednak od trenera, że jestem za mały i mam nie przychodzić do niego na zajęcia. Oczywiście była dzika rozpacz. Na szczęście trwała ona krótko, bo kumpel z podstawówki powiedział mi, że są zapisy na Widzew. Pojechaliśmy na ten nabór, a tam szok - lekką ręką - tysiąc chłopaków. Rozgrywaliśmy minimecze i każdy miał kilka minut, aby przekonać sztab trenerski do swoich umiejętności. Załapałem się i zostałem na dłużej.

ŁKS spadł, Widzew spadł. Nie jest ci smutno?

- ŁKS spadł ze względów finansowych, a Widzew ze względów sportowych. Obu klubów szkoda, ale odkąd jestem w Legii, to Widzew już spadał dwa razy. Teraz spadł po raz trzeci, ale myślę, że będzie podobnie, czyli zaraz wróci do ekstraklasy. Życzę mu tego, bo tak duże miasto jak Łódź zasługuje na to, aby mieć klub piłkarski w najwyższej klasie rozgrywkowej. Mam nadzieję, że ten bałagan w Widzewie szybko zostanie uporządkowany. Że w końcu znajdzie się porządny sponsor i pieniądze na nowy stadion.

W Warszawie została tylko Legia - to dobrze czy źle?

- W Warszawie zawsze była tylko Legia, nie? I to właśnie było dla mnie duże zaskoczenie po tym, jak tutaj trafiłem. W Łodzi nie było tak, że ktoś chodził w koszulkach czy szalikach Widzewa czy ŁKS. Tutaj chodzili i chodzą w koszulkach Legii wszyscy. I to jest fajne.

Podobno miałeś kiedyś ofertę z Polonii?

- Jak kończył mi się kontrakt za trenera Skorży, to faktycznie miałem telefon z Polonii. Ale nawet się nad tym nie zastanawiałem. Do konkretów żadnych nie doszło.

Pamiętasz swój pierwszy mecz w Legii?

- Pierwszy mecz, który przesiedziałem na ławce, to była Pogoń Szczecin. Zadebiutowałem trzy tygodnie później w meczu z Zagłębiem Lubin. Było 0:0, a Legia grała wtedy trójką obrońców. Ja byłem tym środkowym stoperem, a obok mnie biegali weterani, czyli Szala i Jóźwiak.

A pamiętny mecz?

- Przez tyle lat trochę się tych meczów pamiętnych uzbierało. Na pewno debiut z Zagłębiem, to było takie spotkanie, które zapadło mi w pamięć. A poza tym kojarzę też kolejny ligowy mecz z Cracovią - wygraliśmy 2:1, a na starej "Żylecie" debiutowała wtedy flaga z panoramą Warszawy. Z sezonu 2004/2005 pamiętam też drugi mecz z Cracovią, który przegraliśmy 0:1 - Łukasz Surma w doliczonym czasie nie strzelił karnego, a Artur Boruc tak niefortunnie wybijał piłkę, że pokonał go Bojarski. Kolejne mecze, to mistrzowski mecz z Górnikiem Zabrze w sezonie 2005/06, kiedy w końcówce wszedłem na prawą obronę. No i te spotkania za trenera Urbana i Skorży, które nam dawały trofea, czyli wszystkie finały Pucharu Polski. I oczywiście mecz ze Spartakiem Moskwa.

W którym momencie sportowego życia pomyślałeś "Kurde, jestem na szczycie, udało się, rządzę"?

- Nie było takiego momentu.

A chwile słabości były?

- I to sporo. Choćby moment powrotu z wypożyczenia do Widzewa. Wróciłem do Legii, miałem 21 lat i byłem piątym środkowym obrońcą - po Dicksonie Choto, Inakim Astizie, Wojciechu Szali i Błażeju Augustynie. Ale jak tak patrzę na to z perspektywy czasu, to zawsze do wszystkiego byłem bardzo pozytywnie nastawiony. Wtedy też. Skończyło się tak, że po odejściu Grzegorza Bronowickiego do Crveny z piątego środkowego, stałem się pierwszym prawym obrońcą. Szczęście dopisywało. Mam wymieniać dalej?

Dawaj.

- Cofnijmy się dokładnie o rok. Zdobywamy mistrzostwo, niby wszystko fajnie, ale ja nie gram od sześciu miesięcy. Na moją pozycję w drużynie jest Bartek Bereszyński, do Legii sprowadzany jest Łukasz Broź, a mój kontrakt kończy się za pół roku. Jakby tak spojrzeć na to z boku, to mówiąc krótko - byłem w czarnej d... Ale nie przypominam sobie momentu, aby się tym jakoś strasznie przejmował. Zawsze powtarzałem sobie, że dam radę. I dałem. Przy odrobinie szczęścia, bo gdyby nie to, że Tomasz Jodłowiec dostał czerwoną kartkę w meczu Śląska z Hannoverem i musiał pauzować w spotkaniu z The New Saints, to pewnie trener Urban jego wystawiłby na środku obrony, a ja na tej pozycji w życiu bym nie zagrał, nie przedłużył kontraktu z Legią i teraz byśmy nie rozmawiali. Ale dopiero teraz się nad tym zastanawiam, wtedy o tym nie myślałem. To pozytywne nastawienie zawsze mi pomagało i, tak myślę, sprawiało, że okoliczności układały się dla mnie dobrze, wracałem do gry. Tak samo jak teraz po przyjściu Henninga Berga. Oczywiście nikomu żadnych kontuzji nie życzę, ale też skorzystałem na tym, że niegotowy do gry był Inaki Astiz.

Łatwo nie miałeś nigdy, choćby jeśli chodzi o akceptację kibiców Legii.

- Zawsze wyrażałem swoje zdanie i przez to mi się czasami obrywało. Taki jestem i to się nie zmieni. Ale chyba powoli ten szacunek zdobywam. To strasznie miłe, jak w tamtej rundzie, po tylu latach, "Żyleta" pierwszy raz skandowała moje nazwisko na meczu z Górnikiem Zabrze. Dla takich chwil warto grać i na nie czekać. Mam w ogóle wrażenie, że ten sezon był dla mnie pod tym względem przełomowy, bo choć to już moje trzecie mistrzostwo z Legią, to w tym mój udział był największy.

Przyszedłeś do Legii, jak klub kupiło ITI. Osłuchałeś się trochę z tym "ITI Spierdalaj".

- Trochę tak i w tym konflikcie byłem bardzo rozdarty. Z jednej strony kibice, dla których grasz, a z drugiej właściciele, którzy byli bardzo w porządku. Prezesowi Walterowi bardzo dużo zawdzięczam. To bardzo ciepły człowiek, którego zawsze jak spotykałem, to pytał, co tam u mnie, u rodziców czy rodzeństwa i zawsze mówił, że trzyma za mnie kciuki. To były dziwne czasy i mam nadzieję, że już nie wrócą. Na ITI złego słowa nigdy nie powiem.

W czym najbardziej czuć różnicę po zmianie właścicieli?

- Prezes Walter nie spędzał tak dużo czasu w klubie, jak prezes Leśnodorski. Myślę, że właśnie tutaj najbardziej czuć tę różnicę. Teraz lepiej wygląda też marketing i kontakty z kibicami. Duża w tym zasługa właśnie nowego prezesa, który wielokrotnie podkreślał, że kibiców zna nie tylko z zewnątrz, ale sam też jest kibicem.

Legia 2004 a Legia 2014 - umiesz je porównać?

- Kiedyś jak graliśmy mecz u siebie, to nie zastanawialiśmy się, czy wygramy, a ile. Z czasem to się zatarło, ale teraz koło się zatacza. Znowu jesteśmy wielką Legią. To widać nie tylko po nas, ale też po rywalach, którzy nawet na własnym terenie nie atakują nas takim wysokim pressingiem, tylko raczej "do jamy i z konterki". Bardzo się cieszę, że doczekałem znowu takich czasów.

Która Legia piłkarsko była lepsza?

- Trudno powiedzieć. Futbol idzie do przodu. Nie chciałbym wydawać złych opinii ani nikogo skrzywdzić, ale uważam, że jakby tamta i ta Legia spotkały teraz na boisku, to byłby zacięty mecz.

Kogo w Legii najbardziej ceniłeś z byłych piłkarzy?

- Za umiejętności piłkarskie Rogera Guerreiro, a za charyzmę i jaja - Artura Boruca i Aleksandara Vukovicia. Trzech kozaków.

Jedenastka "Rzeźnika"?

- Legijna?

Tak, z twojej dekady.

- W bramce Boruc, na prawej...

Rzeźniczak.

- Nie, siebie wolałbym wystawić na środku... Ale też nie do końca, bo tam powinien znaleźć się Jacek Zieliński. Tylko że z Jackiem zagrałem tylko w jednym sparingu, bo gdy przyszedłem do Legii, to on miał problemy z achillesem i zakończył karierę. Dlatego w tej jedenastce już go nie umieszczę.

Na prawej będzie "Jędza". Albo nie... Zacznijmy od ataku - zagramy na dwóch napastników, czyli "Sagan" i "Włodar". Na lewej pomocy Edson, w środku "Vuko" i Roger, na prawej "Rado". A w obronie na prawej "Jędza". Albo nie. Na prawej jednak ja, a w środku "Jędza" i Dickson Choto. Na lewej "Kiełbik". No i w bramce Boruc.

Najfajniejsze zgrupowanie w Legii?

- Zapamiętałem pierwsze w Austrii. A to dlatego, że ten obóz kosztował mnie jak wczasy. Pamiętam, że cały czas wisiałem z mamą na telefonie. Dwa tygodnie po powrocie przyszedł rachunek, który pochłonął prawie moją całą pensję. Poza tym obozem jakichś szczególnych wspomnień nie mam. Wszystkie te zgrupowania wyglądają podobnie, czyli treningi i ciężka praca.

Kim chcesz być po zakończeniu kariery?

- Oj, tych planów było już dużo. Na początku myślałem, że zwiążę się z jakąś giełdą, bo studiowałem finanse i rachunkowość. Potem chciałem zostać menedżerem albo trenerem. A teraz pewnie chciałbym zostać dietetykiem. Ale to jeszcze poczekajmy. Mam nadzieję, że parę lat gry w piłkę na dobrym poziomie jeszcze mi zostało. Później się będę zastanawiał.

Wyobrażasz sobie siebie pracującego w Legii?

- Jak najbardziej. To jest klub, z którym się utożsamiam, w którym mógłbym pracować przez całe życie.