Sport.pl

Paweł Podobas o fecie na Legii: Dla takich chwil warto żyć, nawet jak się ma rozwaloną nogę

- Bardzo byłem wzruszony. Zresztą przez te kilka dni przeżyłem takie wahania nastroju, że trudno było powstrzymać emocje, a nawet łzy. Nie spodziewałem się takiego przyjęcia. To trzeba przeżyć, by wiedzieć, co to znaczy - mówi kapitan koszykarskiej Legii Paweł Podobas, który w piątek doznał poważnej kontuzji kolana.


Była ostatnia minuta pierwszej kwarty, gdy 28-letni rzucający zderzył się z rywalem i przewrócił na parkiet. Od razu było wiadomo, że sytuacja jest zła. Podobasa odwieziono do szpitala, w poniedziałek okazało się, że w lewym kolanie ma pozrywane więzadła rzepki, poboczne i krzyżowe.

Ale w sobotę kapitan koszykarskiej Legii, a także bywalec "Żylety", był razem z drużyną przy Łazienkowskiej, gdzie przed meczem z Zawiszą zespół został zaprezentowany publiczności. W rozmowie z Warszawa.sport.pl Podobas opowiada o trudnych ostatnich dniach.

Łukasz Cegliński: Czy można sobie wyobrazić większy pech? Kapitan drużyny, który przez kilka lat odbudowuje zespół od zera, doznaje paskudnej kontuzji w najważniejszym meczu.

Paweł Podobas: Psychicznie czuję się już lepiej, choć fizycznie ciągle słabo. W kolanie mam rozwalone wszystko, w najgorszych koszmarach nie wyobrażałem sobie tego, co mnie spotkało. Od 2010 roku ciężko pracowałem na boisku i poza nim, żeby Legia pięła się do góry, i w takim momencie... Zawsze układam sobie różne scenariusze, zastanawiam się, co będzie w przypadku porażki itp., ale o czymś takim nawet nie pomyślałem. To najgorsze, co mogło mnie spotkać.

Od razu wiedziałeś, że kontuzja jest poważna. Twój wrzask przedzierał się przez doping kibiców.

- Kiedy zobaczyłem, że rzepkę kolana mam prawie w połowie uda, to wiedziałem, że jest bardzo źle. Ogromny ból, nienaturalnie wygięta noga, której nie mogłem wyprostować... To było straszne, nie chciałem na to patrzeć, dopiero później rzepka przeskoczyła na miejsce.

Diagnoza jest fatalna - zerwane więzadła rzepki, poboczne, krzyżowe...

- Pierwsza, jeszcze w trakcie meczu, tuż po przyjeździe do szpitala, gdzie zrobiono mi rezonans i prześwietlenie, mówiła o tym, że zerwane jest więzadło rzepki i może poboczne. Ale w poniedziałek, dzięki uprzejmości prezesa Bogusława Leśnodorskiego, skontaktowałem się z lekarzem piłkarzy Jackiem Jaroszewskim. On zbadał całą nogę jeszcze raz, przeanalizował wyniki i powiedział, że zerwane jest wszystko. Pierwotnie miałem być operowany dzisiaj, ale doktor Jaroszewski uznał, że trzeba ściągnąć specjalistę od rekonstrukcji więzadła rzepki. Sytuacja jest zbyt skomplikowana, by robić operację na chybcika. Ale od doktora usłyszałem też, że zrobią wszystko, co mogą, bym za sześć miesięcy mógł wznowić treningi.

To świetna informacja.

- Dokładny grafik rehabilitacji i powrotu dostanę po poniedziałkowej operacji, bo w jej trakcie może się okazać, że uszkodzone są także jakieś chrząstki czy rzepka, ale wstępnie taki jest plan. Mnie zależy na tym, żeby wrócić jak najszybciej, ale też, żeby kolano było jak najlepiej wyleczone. Ale wiem też, że prezes Leśnodorski powiedział, że lekarze mają zrobić wszystko, aby mnie postawić na nogi. Bardzo jestem wdzięczny za taką pomoc, bo bez niej chyba bym już nie myślał o graniu.

Kiedy prezes zaoferował ci pomoc?

- Od razu jak przyjechałem do szpitala, to odebrałem SMS-y od różnych osób, które pisały, że prezes i Legia zajmą się moim leczeniem i rehabilitacją, że mam się niczym nie martwić. Można powiedzieć, że pomoc Legii miałem od początku, od pierwszego badania.

Doznałeś kontuzji w momencie, gdy drużyna przegrywała. Potem leżałeś obok boiska, a koledzy odrabiali straty. Można powiedzieć, że wygrali dla ciebie.

- I tak mówili, gdy po meczu przyjechali do mnie do szpitala. Byli w szoku, że coś takiego stało się akurat mnie, bo wiedzieli, ile czasu i pracy poświęciłem tej drużynie. Wszyscy mi powtarzali, że dedykują mi zwycięstwo, że są ze mną. Kiedy przyjechałem do szpitala sam, a mecz jeszcze trwał, było mi ciężko. W internecie śledziłem wynik, potem oglądałem fetę, a leżałem sam. Ale potem cały zespół mnie odwiedził, zrobiło mi się lepiej, a następnego dnia urządzono nam fetę przy Łazienkowskiej.

To musiało być wielkie przeżycie - kibice wywiesili dla ciebie transparent, skandowali twoje nazwisko.

- Bardzo byłem wzruszony. Zresztą przez te kilka dni przeżyłem takie wahania nastroju, że trudno było powstrzymać emocje, a nawet łzy. Nie spodziewałem się takiego przyjęcia. To trzeba przeżyć, by wiedzieć, co to znaczy. Widziałem pod jakim wrażeniem byli koledzy z drużyny, jak przeżywali brawa i śpiewy. A ja dostałem wyjątkowe wsparcie. I ono zmobilizowało mnie do tego, by wrócić i podziękować im na parkiecie za wszystko, co w ostatnich dniach z ich strony mnie spotkało.

Samo przyjście na stadion wymagało od ciebie wielkiego wysiłku.

- Założono mi tzw. łuskę, początkowo szedłem po kulach, ale się poślizgnąłem i oddałem je koledze, decydując się na włóczenie nogi za sobą. Adrenalina zabiła ból, ale potem, wieczorem, noga bolała mnie bardzo. Dlatego teraz już tylko leżę i się oszczędzam. Ale fety na Legii nie chciałem, nie mogłem opuścić. Dla takich chwil warto żyć, nawet jak się ma rozwaloną nogę.



Więcej o: