Ostatnie gole Deyny, czyli kiedy Legia zmarnowała prowadzenie 2:0 do przerwy

Porażkę 2:3 z Widzewem w 1997 roku, kiedy Legia na minuty przed końcem prowadziła 2:0, pamiętają wszyscy kibice. To być może najbardziej bolesna porażka w historii klubu. Ale i niedzielne 2:2 z Wisłą pozostawiło niesmak. Kiedy po raz ostatni Legia roztrwoniła u siebie prowadzenie 2:0 do przerwy?


Mecz z Widzewem wymyka się kryteriom wpadek, my skupiliśmy się na odnalezieniu spotkania, w którym legioniści - tak jak z Wisłą - prowadziliby po 45 minutach 2:0, a mimo to nie zdobyli kompletu punktów. W kwietniu 2011 roku Legia prowadziła u siebie 2:0 z Ruchem, ale Arkadiusz Piech jeszcze przed przerwą zmniejszył straty gości, a w drugiej połowie dołożył dwa gole. Porażka bolesna, ale do przerwy było jednak 2:1.

Okazuje się, że szukając meczu bliższego scenariuszowi z niedzieli, trzeba cofnąć się aż do 1978 roku, kiedy Legia prowadziła po 45 minutach 2:0 z Odrą Opole, ale przegrała aż 3:5. Wcześniej trzykrotnie remisowała 2:2 z GKS Katowice (1968), Wisłą (1957) i ŁKS (1956), wygrywając 2:0 do przerwy przy Łazienkowskiej. W 1949 roku z AKS Chorzów wynik z 2:0 zmienił się w drugiej połowie na 3:3.

Ale na osobną opowieść zasługuje wspomniany mecz z Odrą. Był 28 października 1978 roku. Na Łazienkowską przyjechała drużyna prowadzona przez Antoniego Piechniczka, która po pięciu kolejnych wygranych była czwarta w tabeli. Ale Legia, mimo że tydzień wcześniej odpadła w 1/8 finału Pucharu Polski z Zagłębiem II Lubin (1:2), to w lidze - mając tyle samo punktów, co lider Ruch - zajmowała trzecią lokatę.

- Mieliśmy solidny zespół, ale to legioniści byli zdecydowanym faworytem - mówi Józef Młynarczyk, który stał wtedy w bramce drużyny gości. - Do Warszawy z Odrą przyjechaliśmy w roli chłopców do pokarania - dodaje wielokrotny reprezentant Polski.

W Legii wtedy aż roiło się od gwiazd, a największą był kapitan drużyny z Łazienkowskiej Kazimierz Deyna. To właśnie on w 8. minucie dał Legii prowadzenie. A kilka minut przed przerwą podwyższył Marek Kusto (asysta Deyny).

Legioniści - podobnie jak w niedzielę z Wisłą - schodzili do szatni z podniesionymi głowami. Po przerwie kontaktową bramkę strzelił Alfred Bolcek, ale kilkadziesiąt sekund później Deyna zdobył swoją ostatnią bramkę w ekstraklasie i zrobiło się 3:1 dla Legii. Młynarczyk tego gola wspomina do dziś.

- Pamiętam, że wyszedłem z bramki może na trzeci, czwarty metr. Kazio był z lewej strony pola karnego i sprzedał mi za plecy taki "kapelusz", że do dzisiaj nie wiem, jak on to zrobił - opowiada. - Byłem tą bramką bardzo rozczarowany. Mam wrażenie, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Nie potrafię sobie do dzisiaj wytłumaczyć tego strzału. Ale Kazio, jak to Kazio - jego repertuar zagrań był tak bogaty, że człowiek czasami łapał się za głowę - wspomina Młynarczyk.

Na Łazienkowskiej nic nie zapowiadało katastrofy. Kilkanaście tysięcy kibiców czekało na kolejne gole, ale te strzelała już tylko Odra. Dwa razy Bolcek, a do tego po jednej Wiesław Korek i Wojciech Tyc. Gościom, aby zmienić oblicze tego spotkania, wystarczyło zaledwie osiem minut.

- Legionistów zgubiła pewność siebie. Po wyjściu z szatni było to po nich widać - opowiada Młynarczyk. - Obrazek, który utkwił mi w pamięci, to trener Strejlau. Pamiętam, jak długo po zejściu piłkarzy do szatni siedział na ławce rezerwowych - głowę wsadził między ręce i zastanawiał się, jak mogło do tego dojść.

Dlaczego legioniści stanęli i przegrali, tracąc cztery bramki w kilka minut? Starsi kibice właśnie po niedzielnym remisie z Wisłą wspominali to spotkanie i pisali na forach, że wpływ na to mogły mieć wypadające dzień przed meczem imieniny legijnych Tadeuszów - Cypki i Nowaka. W samej drużynie nikt teraz tego potwierdzić nie chce. - Przyznam szczerze, że samego meczu nie pamiętam. Ale jak przed nim byłyby huczne imieniny Tadeusza, to imprezę kojarzyłbym na pewno - uśmiecha się Lesław Ćmikiewicz.

- Nie poznawałem mojej drużyny. Ale czasami tak to w piłce bywa. O żadnej imprezie przed meczem jednak nie słyszałem. Dowodów nie mam - dodaje Strejlau.