Legia - Wisła. Emocje wystukane na kalkulatorze

W napiętych zazwyczaj stosunkach krakowsko-warszawskich nastąpiło ostatnio odprężenie. W niedzielę Legia i Wisła znów walczą o tytuł, a ściślej - o dobrą pozycję wyjściową przed rundą mistrzowską.
W latach 1998-2011 nazywaliśmy te mecze hitami, bo obie strony nie miały wątpliwości, że grają o całą pulę. Dzisiaj Legia musi zdobyć tytuł, Wisła chciałaby, ale krakowianie nie mają odwagi tego przyznać. Nie wiedzą, czy wypada. Nie dość, że latem niektórzy wieszczyli zasłużonemu klubowi spadek z ligi, to jeszcze tydzień temu mocnymi ciosami okładał ich Ruch, który z powodzeniem zakończył wielomiesięczną pogoń za Legią i Wisłą.

- Gdy słyszę, że gramy o mistrzostwo, to z jednej strony jestem wzruszony, ale z drugiej zastanawiam się, czy to rzeczywiście możliwe. Gdy zaczynaliśmy sezon, mówiło się o czymś zupełnie innym - mówi trener Wisły Franciszek Smuda.

W dawnych czasach w obu drużynach roiło się od zawodników, którzy się znali i uwielbiali ze sobą rywalizować. Ostatnio spotkania stopniowo traciły magię, a w napiętych stosunkach krakowsko-warszawskich przyszedł czas odprężenia, bo obie drużyny dotykało zbyt wiele zmian. W Wiśle od sezonu 2011/12 zagrało 44 piłkarzy. I w niedzielę w jej jedenastce będzie prawdopodobnie ledwie trzech, którzy wystąpili w poprzednim meczu w stolicy, z jesieni 2012. I ani jednego pamiętającego potyczkę z jesieni 2011. Łazienkowskiej nie zna jeszcze bramkarz Michał Miśkiewicz, defensywny pomocnik Ostoja Stjepanović, skrzydłowy Donald Guerrier, ledwie raz wystąpił tam Michał Chrapek. Od lipca 2012 roku do Wisły i Legii przyszło aż po 17 piłkarzy, drużyny są w stanie permanentnej budowy.

- Wisła ma problem z równowagą w pomocy. Po doczepieniu Semira Stilicia ginie Michał Chrapek, a Łukasz Garguła stracił na znaczeniu. Nie wiadomo, kto ma prowadzić grę. Legia ma problem w ataku. Nie znalazła piłkarza, który pełniłby podobną funkcję do Pawła Brożka, potrafiącego przytrzymać piłkę, obrócić się, wykorzystać sytuację - mówi Grzegorz Mielcarski.

Kibicom najmocniej zapadł w pamięć właśnie Brożek. W wieku 20 lat po raz pierwszy pojawił się na Łazienkowskiej, szarpnął po skrzydle i miał asystę przy golu brata bliźniaka Piotra, później było jeszcze lepiej. Snajper Wisły strzelał gole w każdym z ostatnich pięciu meczów na Łazienkowskiej, uzbierał ich aż 7. Czuł się tam tak pewnie, że w 2008 roku chciał ośmieszyć bramkarza Legii, wykonując rzut karny podcinką w stylu Antonina Panenki, ale się pomylił. Gdy w maju 2010 po raz ostatni zagrał w stolicy w barwach klubu, strzelił hat tricka. Tak było na starym stadionie Legii, na nowym spędził w koszulce reprezentacji Polski nieco ponad dwie godziny, ale Argentyńczykom i Meksykanom też strzelił po golu. To jego stadion. - Jeśli obrońcy Legii zostawią mu dwa metry swobody w okolicach szesnastki, to przy jego wyrachowaniu i doświadczeniu może być za dużo - przewiduje Mielcarski.

W normalnych okolicznościach w niedzielę moglibyśmy poznać mistrza Polski. Legia na cztery kolejki przed końcem ligi ma szansę osiągnąć 9-punktową przewagę nad Wisłą, co oznaczałoby koniec wyścigu. Po reformie ekstraklasy obejrzymy jednak mecz, dzięki któremu oba zespoły mają szansę wypracować sobie lepszą pozycję startową przed siedmiomeczową dogrywką o tytuł. W niej punkty zdobyte do tej pory zostaną podzielone na pół. Niedzielny hit wzbudza letnie emocje nie tylko dlatego, że do ich obliczenia potrzebujemy stukania na kalkulatorze. Piłkarze będą grać na pustym stadionie, to kara za burdy w trakcie meczu z Jagiellonią.

Mielcarski: - Prawdziwy hit obejrzymy dopiero w rundzie mistrzowskiej, teraz to przetarcie. Dopiero gdyby Wisła odzyskała stabilność, hit odzyskałby dawny blask. Faworytem jest Legia. A jeśli ofensywny środek pomocy Wisły znów zdecyduje się otworzyć mecz, to na własnym stadionie mogą jej wystarczyć kontry.