Zdaniem Marmara: Pokaz zarządzania kryzysem przy Łazienkowskiej

- W ekstremalnej sytuacji wywołanej tym, co działo się na trybunach podczas meczu z Jagiellonią, dwaj nowi właściciele Legii musieli działać. Z jakim skutkiem? Wydaje się, że nie mogli osiągnąć więcej - pisze Marcin Żuk z serwisu Legia.com.pl.


"Kiedy pojawiają się pytania, na które nie ma odpowiedzi, to znaczy, że nastąpił kryzys" - napisał Ryszard Kapuściński i cytat ten dobrze pasuje do wydarzeń podczas meczu z Jagiellonią. Dlaczego właśnie wtedy w takiej skali ujawniły się złe emocje? Przecież dla przeciętnego kibica Legii klub z Białegostoku był do tej pory obojętny (był, bo już nie jest, a po walkowerze orzeczonym przez Komisję Ligi przesunął się na liście wrogów o wiele miejsc w górę). Dlaczego tak wolno i nieudolnie reagowały obecne na stadionie służby? Dlaczego piękny, nowoczesny obiekt, który z definicji miał zminimalizować ryzyko zamieszek, stanowił tło dla scen wyjętych z "dzikich" lat 90., kiedy na trybunach dominowała szarość i drewniane ławki?

W tej ekstremalnej sytuacji dwaj nowi właściciele Legii musieli działać. Z jakim skutkiem? Wydaje się, że nie mogli osiągnąć więcej - walkower był pewny od początku, a jeden mecz przy pustych trybunach to minimum w świetle pomysłów, o których informowały media. Kto wie, czy nie zasłużyli nawet, żeby jakiś łebski student zapukał za kilka tygodni do klubu i grzecznie poprosił o materiały do pracy pod tytułem "Zarządzanie kryzysem - analiza przypadku".

Duet Mioduski - Leśnodorski dał bowiem pokaz tego, co należy robić, kiedy finansowy i wizerunkowy byt spółki jest zagrożony. Dla doświadczonych biznesmenów, jakimi są właściciele Legii, takie pojęcia jak "strategia ograniczania strat", "odbudowa wizerunku" nie mogą być obce, ale co innego teoria zarządzania, a co innego życie, w którym po ataku z wewnątrz organizacja musi sobie poradzić ze zmasowaną krytyką płynącą z otoczenia.

Po pierwsze - komunikacja

Bogusław Leśnodorski nie chciał rozmawiać z dziennikarzami bezpośrednio po przerwanym meczu, i niezależnie od motywów była to decyzja rozsądna. Właściciele dali przemyślany komunikat nazajutrz. Wyglądali jak z krzyża zdjęci, zmęczeni, załamani, ale byli w tym tak autentyczni i wiarygodni (nic dziwnego - stracili pieniądze), że wzbudzali współczucie. A my, Polacy, uwielbiamy współczuć. Opinia publiczna usłyszała: "ubolewamy, ukarzemy i podejmiemy działania, żeby nie było powtórki".

Za słowami poszły czyny: zwolnienie dyrektora ds. bezpieczeństwa, zakazy stadionowe, zamknięcie sektora dla kibiców gości, zgoda na brak flag sektorowych, w przyszłości prawdopodobnie zmiana firmy ochroniarskiej, a nawet pożegnanie z jedną z klubowych legend - wieloletnim spikerem, który znowu dał się ponieść emocjom. To żadna magia, ale profesjonalny, konsekwentny przekaz mający pokazać, że będzie lepiej.

Po drugie - Mioduski

Wiadomo dlaczego. Wystarczy lektura komentarzy w internecie, w których niejeden kibic Legii dostrzegł związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy liberalną polityką Leśnodorskiego wobec zorganizowanych grup kibicowskich a bójką na sektorze Jagiellonii.

A Dariusz Mioduski do tej pory trzymał się w cieniu, choć przecież to on jest właścicielem większościowego pakietu akcji. W sytuacji zagrożenia usiadł obok kolegi, poszedł do wojewody, udzielił kilku wywiadów. Jego ekspozycja była logicznym ruchem nie tylko ze względu na wspomnianą wyżej skazę drugiego wspólnika (prawdziwą czy przesadzoną - to temat skomplikowany i na inne opowiadanie), ale też odbiór - bardziej spokojny, zrównoważony, wzbudzający respekt.

Po trzecie - pokora

Nie tylko ostatni tydzień karnawału spowodował, że przy Łazienkowskiej obficie sypano popiół na głowy. Klub na płaszczyźnie prawnej próbował co prawda powalczyć o uniknięcie walkowera, ale bez powodzenia. Po usłyszeniu wyroku oznajmił, że kary przyjmuje bez protestu, co zasługuje na podkreślenie w kontekście wątpliwości dotyczących logiki jednostronnego walkowera. Oto z dwójki klubów, których kibice uczestniczyli w zadymie, Jagiellonia została sowicie nagrodzona. Dostała trzy punkty i przez pół roku ma z głowy udział w organizacji wypraw swoich kibiców w Polskę, a to przecież czysty marketingowy zysk.

Równolegle Mioduski w siedzibie wojewody zapewnił, że klub będzie współpracował ze wszystkimi służbami mającymi wpływ na bezpieczeństwo. To zwrot w stosunku do grudnia, kiedy Leśnodorski współpracę z wojewodą uznał za daremną. Pokorna postawa na pewno nie zaszkodziła, a zapewne pomogła w tym, że Jacek Kozłowski wrzucił do kosza wniosek policji o zamknięcie stadionu do końca rozgrywek. Tym samym straty finansowe Legii zostały ograniczone.

Po czwarte - kampania pozytywna?

Zgodnie z podręcznikiem po zażegnaniu kryzysu należy wdrożyć kampanię pozytywną, żeby powrócić na wcześniej zajmowaną pozycję. To konieczność, ale nie teraz, lecz w perspektywie kilku miesięcy. Najlepiej - po zdobyciu przez piłkarzy mistrzostwa. Pod takim warunkiem trauma związana z meczem z Jagiellonią będzie tylko przykrym wspomnieniem.

Dlatego do Mioduskiego i Leśnodorskiego muszą dołączyć piłkarze, którzy przed meczem ze Śląskiem korzystali z przywileju przebywania na marginesie wydarzeń. Kryzys kryzysem, ale mimo braku trzech punktów są nadal liderem i faworytem do tytułu.

Co dalej?

Według niektórych komentatorów straty finansowe po meczu z Jagiellonią dobiją do 10 milionów, czyli 10 proc. rocznego budżetu. Tak źle być nie musi. W krótkim terminie Legia straciła 100 tys. zł, z tytułu kary nałożonej przez Ekstraklasę, oraz wpływy (na pewno wysokie) z meczu z Wisłą Kraków, który zostanie rozegrany bez kibiców. Klub prawdopodobnie zyska na ogłoszonej właśnie podwyżce cen biletów na "Żyletę". Prawdopodobnie, bo nie wiadomo, czy w kontekście wyższych cen, obostrzeń dotyczących opraw, czy nawet zamknięcia sektora gości grupy kibicowskie nie "strzelą focha" i nie ogłoszą jakiegoś protestu.

Tak czy inaczej, podwyżka to kolejny punkt logicznego przekazu z Łazienkowskiej, decyzja wyglądająca na racjonalną w obliczu faktu, że kibic z tej trybuny (przepraszam za skrajne uogólnienie) płaci najmniej, oczekuje niemało, a kosztuje - z powodu hurtowo prowokowanych kar - relatywnie najwięcej. Algorytm jest jednak bardziej złożony, skoro to dzięki "Żylecie" na stadionie jest "atmosfera", a ta przekłada się na frekwencję w innych częściach widowni. Ta trybuna to serce stadionu, to tam na równi z boiskiem rodzi się kontent imprezy sportowej. Problem w tym, że "Żyleta" to jednocześnie dobro i zło, żywioł, którego do tej pory żadna rządząca Legią ekipa nie opanowała. Przykręcisz śrubę - skończysz jak ITI, odpuścisz i zaufasz - skończysz jak Leśnodorski.

Oprócz myślenia nad nową formułą współpracy z grupami kibicowskimi priorytetem dla klubu pozostaje pozyskanie sponsora do nazwy stadionu. Targi trwają od dawna, a nie trzeba mieć szklanej kuli, żeby stwierdzić, że pozycja przetargowa Legii w negocjacjach znacząco osłabła. Pozytywny komunikat w tej sprawie byłby najlepszym dowodem, że klub odrobił straty wizerunkowe i jest na dobrej drodze do dalszej poprawy finansów. Bo, jak oznajmił już nie Kapuściński, a Henry Ford: "Każda porażka jest szansą, żeby spróbować jeszcze raz, tylko mądrzej".

Podyskutuj z autorem na Twitterze