Nowy właściciel Legii: Realizuję swoje marzenia i pasję

Nie kupiłem klubu z kaprysu, nie będę z niego wyciągał pieniędzy dla siebie, chcę dać mu swoje doświadczenie biznesowe, wizję i pasję. Ten klub ma być wizytówką całej polskiej piłki, dla warszawiaków spełnieniem ich marzeń - mówi Dariusz Mioduski, nowy właściciel Legii.


50-letni menedżer i prawnik, absolwent uniwersytetu Harvarda w Massachusetts, razem z prezesem klubu Bogusławem Leśnodorskim (w proporcjach 80/20 proc.) odkupił Legię od koncernu ITI na początku stycznia. Oficjalnie przejął również zadłużenie klubu wobec dotychczasowego właściciela wyceniane na blisko 200 mln zł. Na stałe mieszka w USA, ostatnio współpracował ściśle z najbogatszym Polakiem Janem Kulczykiem, u którego stał za większością udanych operacji finansowych.

Przemysław Iwańczyk: Po co panu klub piłkarski?

Dariusz Mioduski: Trudne pytanie, na które nie ma krótkiej, w pełni racjonalnej odpowiedzi. Jestem - nie chcę powiedzieć fanatykiem - ale wielkim miłośnikiem sportu i osobą będącą od zawsze blisko niego, a od wielu lat jestem także zagorzałym kibicem Legii. To po pierwsze. Ale to nie wszystko. Choć zakup Legii to dla mnie spełnienie marzeń, to nie jest to jednak kaprys ani fanaberia. Oprócz miłości do sportu i piłki nożnej mam przemyślany pomysł, jak tym klubem zarządzać. Naprawdę myślę, że sport w Polsce, a piłka w szczególności, jest miejscem, w którym można zrobić dużo dobrego. Trzeba jej dać to, co akurat mam ja. Nie myślę o pieniądzach, a o wieloletnim międzynarodowym doświadczeniu biznesowym i zarządczym. Mam głęboką wiarę, że to dobry trop, zresztą kilka dotychczasowych zmian w naszym sporcie już wyszło na dobre. Weźmy siatkówkę. Przyszły sukcesy, bo nagle weszli do niej ludzie, którzy się znają na zarządzaniu. Z piłką może być podobnie.

Legia ma też dla mnie wymiar społeczny. Wierzę, że sport ma przełożenie na lokalne społeczności, na to, co dzieje się wokół nas. Potrzebujemy sportowców jako wzorców. Choćby dla dzieciaków, żeby niekoniecznie siedziały przed komputerami albo błąkały się po ulicach. Potrzebujemy modelu, który pokaże, że ciężką pracą można wiele osiągać i spełniać marzenia. I taka Legia, z tym, co już teraz reprezentuje, brandem, pasją, wydaje mi się genialnym do tego miejscem.

Najmniej istotny jest dla mnie aspekt biznesowy, bo nie traktuję legijnego projektu w kategoriach zarobku. Oczywiście, nie można zaniedbać strony ekonomicznej, są przecież wyceny klubów, budżety, które wskazują jednoznacznie, czy ktoś osiąga sukces czy nie. Klub musi działać według zasad jakie obowiązują w organizacjach biznesowych. Podsumowując, chcę jednak przede wszystkim podkreślić emocje, jakie się wiążą z Legią. Realizuję swoje marzenia i pasję.

Musi mieć pan żyłkę biznesowego hazardzisty. Piłka w Polsce to hazard. Nie lepiej było kupić najlepsze miejsce na warszawskiej loży VIP, rozpościerać się co tydzień w fotelu i popijając dobre trunki, emocjonować się meczami. Pan chyba wie, że żeby napić się piwa, nie trzeba kupować całego browaru?

- Zgadza się. Sam nie wiem, dlaczego nie poszedłem drogą, którą pan wskazał. Może dlatego, że przez lata mieszkałem w USA i byłem tam blisko sportu, miałem przyjaciół, którzy w sport byli mocno zaangażowani jako zawodnicy, a później zarządzający klubami. Głównie w koszykówce. Wtedy takie wejście w ten świat od strony zarządczej, właścicielskiej było marzeniem ściętej głowy, wydawało mi się, że trzeba na to pieniędzy z innej planety. Mimo to zawsze myślałem, żeby w przyszłości zostać takim właścicielem klubu i realizować się w nim biznesowo. Pod warunkiem, że będzie to coś, co naprawdę kocham. Tylko wtedy mógłbym spełnić swoje marzenia.

Spełniły się.

- Proszę mi wierzyć, naprawdę lubię przychodzić tu, interesować się wszystkim. Kocham to, chcę to widzieć, czuć. Jednocześnie doświadczenie dziesiątek lat w biznesie i zarządzaniu pozwala mi być realistą, wyznaczać sobie cele, działać w sposób bezemocjonalny, koncentrować się nie tylko na sprawach sportowych. Umiem zrozumieć, że sukces sportowy bierze się z ciężkiej pracy, którą trzeba codziennie wykonać. Bez wszystkich emocji, które towarzyszą nam na boisku.

Pan ma cholernie dużo do stracenia. Może pan stracić reputację świetnego menedżera światowej klasy, a na piłce, szczególnie polskiej, łatwo się wyłożyć.

- Ale to nie jest żyłka hazardzisty, wracając jeszcze do poprzedniego pytania. Naprawdę uwielbiam robić rzeczy, które coś zmieniają. Pewnie dlatego osiągałem sukcesy w przeszłości, bo naprawdę wierzę w to, co robię. Lubię zmieniać, czasem rzucać się na rzeczy, które wydają się szalone i mało racjonalne. Kieruję się przy tym intuicją i do pewnego stopnia także emocjami, choć na ogół jestem bardzo racjonalny.

Zdaję sobie sprawę, bo nie jestem naiwny, z ryzyka, jakie niesie ze sobą to przedsięwzięcie. Z drugiej strony, chcę robić to, co kocham. I tak zestawiając te dwie sprawy, nie wierzę, że mi nie wyjdzie. Moim zdaniem pozostaje jedynie kwestia, ile jeszcze będę musiał zrobić, jaki wysiłek włożyć, jakich ludzi wokół Legii zgromadzić, żeby plan wypalił.

Nie jest tak, że wszystkiego chcę dokonać sam. Zawsze byłem "zespołowcem", starałem się otaczać lepszymi od siebie. Właśnie dlatego chcę ściągnąć do Legii inne właściwie osoby, niekoniecznie jako współwłaścicieli.

A w ogóle rozważa pan powiększenie grona właścicielskiego?

- Nie wykluczam tego w przyszłości. Na przykład, kiedy będzie to konieczne, by zrobić kolejny krok z punktu widzenia sportowego. Jestem otwarty, ale teraz nawet nie warto o tym myśleć, dojście do tego momentu może nam zająć parę lat.

Pan przypomina kogoś, kto dokonywał w wielu miejscach skutecznych odkryć, a teraz zaczyna szukać złota na skamieniałej pustyni. Polska piłka to ugór.

- I właśnie to mnie ciągnie, uważam, że naprawdę mogę zrobić różnicę. Razem z zespołem, a jest nas przecież wielu, mamy tę samą pasję. I nadzieję, że na tym ugorze można dokonać czegoś wielkiego. Ta świadomość mnie po prostu rajcuje. Nie boję się wyzwań. Legia to nie jest po prostu kolejny projekt czy inwestycja w mojej karierze. Mam wobec niej inne, bardziej osobiste oczekiwania.

Od czego pan zacznie?

- Nowi właściciele to szansa na nowe otwarcie pod każdym względem. Warto wykorzystać ten czas do uregulowania wszelkich kwestii z administracją publiczną. Na wyznaczenie nowych strategii. Weźmy miasto. Przecież Legia to wielka marka, która przyciąga do stolicy mnóstwo ludzi, pozwala ludziom w Europie i na świecie skojarzyć nasz kraj poprzez futbol. Dlatego i miasto, i Legia powinny z tego czerpać, wykorzystać do cna siłę klubu, który ma ćwierć miliona kart kibica i rzesze sympatyków w całej Polsce. Już zresztą usiedliśmy do rozmów, niebawem będą ich pierwsze rezultaty. Nie ukrywam, że tematem jest również sprawa czynszu, jaki płacimy za stadion. Chcemy o tym rozmawiać z miastem, bo wierzę, że możemy znaleźć rozwiązania dobre dla miasta, dla warszawiaków i dla nas.

A jak będzie z kibicami. Podkreśla pan, że są oni ważnym elementem układanki, którą pan wymyślił. To duże ryzyko, kibice nie zawsze są przewidywalni.

- Kiedy graliśmy w Lidze Europy z Apollonem Limassol przy pustych trybunach, poczułem, że to jeden z bardziej depresyjnych momentów, jakie przeżyłem w sporcie. Dopiero słysząc odgłosy z boiska, widząc puste krzesła, rozumie się, że ta cała zabawa jest właśnie dla kibiców. Uwielbiam przychodzić na stadion nie tylko, żeby popatrzeć na boiskowe wydarzenia, chcę też poczuć, co dzieje się na trybunach, tę energię stamtąd płynącą.

Jestem przeciwny zabijaniu pewnej żywiołowości, którą kiedyś, tysiące lat temu, wyrzucaliśmy z siebie, biegając po lasach. Dziś tę możliwość daje sport, ludzie tego potrzebują jako uprawiający go bądź jako dopingujący. Nie jest dla mnie problemem żywiołowość kibiców, nie tylko tych z Żylety, bo wszyscy prawdziwi fani są fantastyczni. Są natomiast pewne granice, których przekraczać nie wolno. Jestem absolutnym przeciwnikiem przemocy, wulgaryzmu i chamstwa. To dla mnie nieakceptowalne.

Jako kibice Legii - bo jestem nim także ja - wszyscy musimy mieć poczucie, że nasze zachowanie, szczególnie w barwach na szyi, świadczy o całym klubie. Jeżeli zachowujemy się po chamsku, ktoś się bije, męczy kogoś, źle traktuje itd., czyni szkodę całemu klubowi. Kiedyś miałem zewnętrzny obraz tego, co dzieje się na naszych trybunach, dopiero ostatnie dni pokazały mi, ile ludzi tak naprawdę kocha ten klub. Oni nie boją się wypowiedzieć na ten temat, trzeba to w nich pielęgnować, natomiast wszyscy muszą zrozumieć, że niesie to za sobą także odpowiedzialność. Jeżeli są wśród nas tacy, którzy nie mają problemu z tym, że szkodzą klubowi, niech nie nazywają siebie kibicami.

Co pan zrobi, jeśli przyjdzie panu z własnej kieszeni płacić kary np. za race?

- Tym bardziej mam nadzieję, że kibice zrozumieją wreszcie, jak bardzo takie kary bolą i jakie mają konsekwencje. Nie możemy sobie na nie pozwolić, bo jeśli znów trzeba będzie płacić, zabraknie na dobrego piłkarza, który może dodać drużynie wartości. Idąc dalej, może przez to zabraknąć jednego gola ze Steauą Bukareszt w eliminacjach Ligi Mistrzów.

Wszystko jest kwestią dialogu. Normalni ludzie, choć zawsze znajdą się wyjątki, niezależnie od tego, gdzie siedzą na stadionie, jeżeli tylko identyfikują się z klubem, są w stanie to zrozumieć.

Wierzy pan w to?

- Wierzę w to, ale wiem też, że nie mogę mieć stu procent pewności. Zdaję sobie sprawę z nieprzyjemnej strony sportu, jaką jest np. zła passa, kilka przegranych z różnych względów meczów. Rozczarowanie w złych emocjach może przerodzić się w przemoc, ale mam nadzieję, że tego unikniemy.

Skoro już mowa o trybunach, przy okazji meczu z Lazio rozmawiałem na lunchu z jednym z głównych przedstawicieli europejskiej federacji piłkarskiej (UEFA). Pogadaliśmy trochę i kiedy mówiłem mu, ile robimy dla poprawy bezpieczeństwa, o naszym sposobie postrzegania trybun, otwierał oczy i mówił, że to niemożliwe. Jego wyobrażenie o Polsce, chuligaństwie, zachowaniach rasistowskich było zupełnie inne. W szafach komisji dyscyplinarnej zalegają opasłe teki z wydarzeń, w których brali udział kibice polskich klubów. I to kształtuje nasz obraz.

Zmierzam do tego, że mamy fatalną reputację. Ale to wynika także z tego, że nie mamy w UEFA ludzi, którzy są w stanie tę reputację zmieniać. Startujemy z wiele niższej pozycji niż Rumuni czy Bułgarzy. Tamtejsi działacze załatwiają sprawy na poziomie negocjacji, a nie kar, a przecież na trybunach w ich krajach dzieje się wiele złego. To trochę jak w szkole - jeśli ktoś ma złą opinię, zawsze znajdzie się na niego kara, dobry uczeń może narozrabiać, a i tak ujdzie mu to płazem.

Pana urzędowanie rozpoczął transfer do francuskiej Tuluzy Dominika Furmana, wychowanka Akademii Legii. Co się stanie z blisko 3 mln euro za ten transfer?

- Część pieniędzy przeznaczymy na bieżącą działalność klubu, część na transfery. Bo jeżeli sprzedajemy kogoś za ponad 2 mln euro, to wcale nie oznacza, że za te 2 mln euro kupujemy innych.

Pokaż mi swoje pierwsze decyzje, a powiem ci, jakim będziesz właścicielem.

- Dostałem kilka SMS-ów po transferze Furmana. Spotkałem się z opiniami, że nie powinniśmy, bo trzeba zatrzymywać takich zawodników, jeśli chcemy budować wartościowy zespół. Ale to spojrzenie z zewnątrz. Legia jeszcze długo, długo, a pewnie zawsze będzie klubem, który piłkarzy osiągających pewien poziom i wartość będzie puszczał dalej. Niech spróbują sił w lepszych zespołach i ligach. To nie jest tylko kwestia biznesowa, żebyśmy zarabiali, to też wskazanie młodym piłkarzom drogi. Przychodząc do Legii i osiągając sukces, mają szansę się rozwijać i nie będziemy ich trzymać na siłę. Zasada ta zawsze działa w dwie strony - jeśli Dominik nie chciałby pójść, nie sprzedawalibyśmy go. On akurat czuł, że musi zrobić następny krok. Dla nas celem jest, aby z biegiem czasu piłkarze odchodzili od nas później, żeby większą część kariery mogli rozwijać z Legią i dla Legii. Ale mam świadomość, że to musi być Legia, która gra na europejskich stadionach. Taki mamy cel.

Polska piłka miała kilku prywatnych inwestorów, każdy miał inne motywacje, ale nikomu się nie udało. Zbigniew Drzymała z Grodziska kochał piłkę, ale zachowywał trzeźwość w biznesowych realiach i odpuścił. Antoni Ptak był w Szczecinie wyraźnie zdeterminowany na zarobek, traktował klub bezemocjonalnie, jak swoje hale targowe. A pan?

- Mamy wielkie ambicje. Media relacjonowały po przejęciu Legii, że nie chcemy na niej zarabiać, ale gdyby ktoś rzeczywiście wsłuchał się w moje słowa, wywnioskowałby, że my właśnie liczymy na zarobek, ale poprzez wzrost wartości klubu. Legia musi zarabiać, bo musi być zarządzana jak normalne przedsiębiorstwo. Jej budżet ma rosnąć, pieniędzy ma być jak najwięcej. Mam jednak przy tym komfort, że ja, jako akcjonariusz nie muszę z tego biznesu pieniędzy wyciągać. Chcę zbudować wartość, która za kilka lat będzie wielokrotnością tego co dziś. Legia ma znaleźć się na zupełnie innym poziomie, sięgać po cele, o których na razie tylko marzymy.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z ryzyka, mogą być sytuacje, w których trzeba będzie dołożyć, ale jest różnica między nami a np. wspominanym Groclinem Grodzisk. Legia ma bowiem nie tylko właścicieli, ale i potężnych sponsorów, rzesze fanów, którzy razem zapewniają jej rozwój.

Czyli zakłada pan w niefortunnym wariancie, że otwiera pan skarpetę i z niej wyciąga kasę na klub?

- Jeżeli trzeba będzie, tak. Ale naprawdę nie wierzę w model, w którym nagle otwiera się worek z milionami, kupujemy paru zawodników i to powoduje, że nagle sięgamy po sukces. To droga w perspektywie skazana na porażkę. Niewiele jest osób na świecie, które mogą pozwolić sobie na nieustanne dokładanie wielkich pieniędzy, by utrzymać poziom sportowy. Chcemy to zrobić inaczej. Stworzyć system, tak zorganizować naszą akademię, by spowodowała ona regularny napływ talentów. Do Legii z zewnątrz będą przychodzili tylko zagraniczni piłkarze, którzy dodają realnej wartości. Mogą nas wzmacniać także byli nasi piłkarze, którzy zrobili karierę poza Warszawą, ale chcą wrócić na ostatni rok czy dwa swoich karier. Ta druga grupa ma przy okazji pomóc w szkoleniu młodych, w zapewnieniu im odpowiedniego przywództwa w szatni.

Czyli ani model wschodni, gdzie oligarchowie szastają miliardami, ani zachodni, gdzie futbol sam się broni bez względu na proweniencję pozyskiwanych piłkarzy.

- Nasz model jest bliski modelowi niemieckiemu, gdzie zbierają właśnie owoce swojej strategii sprzed lat. Nie ma tam przecież oligarchów ze Wschodu czy Azji, są za to świetne struktury, w której znaczące miejsce mają sponsorzy i kibice. To dzięki nim budżety klubów Bundesligi są coraz wyższe, drużyny te mogą konkurować na najwyższym poziomie. Nie mówimy o jednym czy dwóch klubach, ale o całej lidze niemieckiej, bo znacząca poprawa widoczna jest na każdym szczeblu.

To jest droga i zadanie nie tylko dla nas, ale całej polskiej piłki. Jeżeli będzie tylko Legia, narazimy się na niebezpieczeństwo, że rozgrywki nie będą atrakcyjne. Jedną z podstawowych rzeczy są kwestie pieniędzy z praw medialnych, które w Polsce stanowią ułamki budżetów, powiedzmy 10 proc. tego, co np. w Holandii. A to przecież podstawowe źródło przyszłych wpływów. Jeżeli nie uatrakcyjnimy całych rozgrywek, a co za tym idzie, nie dostaniemy więcej pieniędzy za ligę jako produkt medialny, kluby nie będą miały skąd brać na utrzymanie. Cała liga musi się poprawić i koniec.

Ale to sprzeczność. Z jednej strony chce pan, żeby Legia miała bardzo mocnych konkurentów, z drugiej - żeby Legia notorycznie zwyciężała.

- Wierzę w to, że dzięki konkurencji będziemy coraz lepsi, zawsze byłem zwolennikiem tego rodzaju wolnego rynku. Legia jest bardziej zaawansowana niż inni - jest w Warszawie, ma dostęp do pieniędzy, ma mnóstwo kibiców, jest bardzo medialnym klubem. I to daje przewagę nad resztą. Jeśli jednak nie będziemy mieli konkurencji, która będzie deptała nam po piętach, nie będziemy rozwijać się tak szybko, jak byśmy chcieli.

Jeszcze raz wróćmy do praw telewizyjnych. Jesteśmy najbardziej medialnym klubem, a dzielimy się wpływami po równo z innymi. Spokojnie moglibyśmy wynegocjować na własną rękę wiele lepsze warunki niż teraz dostajemy od Ekstraklasy. W długoterminowej perspektywie to jednak bez sensu, bo chcemy wygrać jako cała liga.

Jakoś wątpię w tę silną konkurencję, skoro kapitan Śląska Wrocław Sebastian Mila już teraz mówi, że "najlepiej, gdyby mistrzem była Legia".

- Dziękuję mu za te słowa, ma rację. Patrząc na potencjał i szansę zaistnienia w pucharach, promowania naszej ligi. Chodzi o to, żeby nie liczyć na przypadki. W sporcie są dobre tylko na chwilę, rzeczywistość boleśnie je weryfikuje. A że chcemy budować coś więcej niż drużynę na wygrywanie ligi, będę zawiedziony, jeżeli tą wizytówką na Europę Legia z jakichś powodów nie będzie.

Nim został pan właścicielem, był pan w radzie nadzorczej. Miał pan wpływ na ostatnie decyzje personalne?

- Byłem mocno zaangażowany w sprowadzenie do Legii Bogusława Leśnodorskiego. Chodziło o to, by znalazł się ktoś, kto jest w stanie w inny sposób zarządzać klubem, zmieniać go na lepsze. Byłem więc włączony we wszystkie dyskusje i zmiany. Nadal nie zamierzam jednak bardzo angażować się w sprawy sportowe, ale na pewno będę teraz bardziej aktywny jako członek zespołu, który debatuje o poważniejszych transferach i tego typu istotnych sprawach. Nie moją rolą jest jednak, żebym na co dzień wchodził w kompetencje prezesa i jego zespołu.

Nie obudzi się w panu pokusa, jaka rodziła się w głowach właścicieli innych polskich klubów...

- Nie.

Skąd pan wie, co chcę powiedzieć?

- Wiem. Zamierzam schodzić do szatni tylko po to, by mieć kontakt z drużyną. Bo lubię czuć, co się dzieje, uważam, że mogę dodać wartości, zawsze przecież lubiłem grać w zespole. Oczywiście, na końcu miałem decydujące zdanie, ale nigdy nie miałem problemu z otaczaniem się ludźmi, którzy są lepsi ode mnie. Nie znam się na piłce nożnej, ale ją kocham. Będę się uczył, próbował zrozumieć, ale nie zamierzam niczego narzucać.

Dlaczego pan tak bardzo podkreśla swoją zespołowość? Przecież menedżer, biznesmen powinien być egoistą.

- Wierzę w zespoły. Moją rolą jest nakreślić wizję, jak funkcjonować będzie nasz klub jako organizacja i drużyna. Bo ta drużyna jako całość jest ważniejsza i więcej warta niż jakiekolwiek składowe jej części. Chcemy gwiazd, ale nawet gwiazdy muszą razem współpracować. Nie uważam się za najmądrzejszego na świecie, w każdej pojedynczej sprawie są ludzie lepsi ode mnie, a moim zadaniem jest słuchać, a na końcu to - w czym jestem niezły - podejmować decyzję.

Chcę w Legii kultury korporacyjnej. Wchodząc do nas, ludzie muszą być przygotowani, na kogo trafią. Każdy z pracujących tu ludzi jest pasjonatem i prezentuje odpowiedni styl.

Na tle polskiej piłki wyglądacie trochę jak kosmici. Polski działacz sportowy to na ogół brzuchaty pan z wąsem, z korupcyjną przeszłością, któremu trudno zaufać.

- Zaczyna się to zmieniać. A naszym zadaniem jest przyspieszyć te zmiany.

Jak to jest z długiem Legii?

- Nie mogę mówić o szczegółach. Legia miała dług nie w stosunku do zewnętrznych instytucji, tylko do właścicieli. Więc czy to jest dług, czy kapitał, nie ma to aż takiego znaczenia.

Ale klub nie idzie w użyczenie, tylko został sprzedany panu i Bogusławowi Leśnodorskiemu na własność.

- Przejęliśmy również zobowiązanie związane z długiem, natomiast można sobie wyobrazić bez wchodzenia w szczegóły, że ta kwestia była przedmiotem negocjacji, bo bez redukcji tych zobowiązań transakcja ta nie miałaby sensu. Obowiązują nas jednak tajemnice handlowe i nie mogę nic więcej na ten temat powiedzieć.

Udzielił pan kilku wywiadów. Jakie pytanie nie padło, a którego jako biznesmen i menedżer się pan spodziewał?

- Wszystkie padły. Muszę przyznać, że jestem zszokowany, i tym bardziej uzmysławia mi to, jak ważną instytucją dla wszystkich jest Legia. Od wielu lat funkcjonowałem w środowisku sportowym, nigdy nie pchałem się na pierwsze strony gazet, bo to nie leży w moim charakterze. Obawiałem się i obawiam się cały czas, by nie stać się osobą zbyt publiczną. Trochę mnie ostrzegano, że nie mam wyboru i nie doceniłem chyba, jak olbrzymie rzesze interesuje Legią. Jakie emocje się z tym wiążą. Ale to dobrze, dzięki temu czuję na sobie jeszcze większą presję i odpowiedzialność.

A co z pana dotychczasowymi zajęciami, biznesem?

- Mam ten komfort, że mogę zajmować się w życiu rzeczami, które rzeczywiście lubię. A lubię biznes, inwestycje i w jakimś stopniu będę zajmował się tym dalej, bo należy wciąż utrzymywać źródło przychodów. Także po to, by pomóc Legii od strony organizacyjnej, np. mocno angażując się w projekt akademii. Jest on wymagający, trzeba poświęcić na niego dużo czasu, najbliższe miesiące, jeżeli nie dłużej. Mamy wielkie plany z tym związane, jest zbyt wcześnie, by o tym mówić, ale to nasze oczko w głowie.

Wracając do pytania, nie mam żadnej firmy, którą trzeba reklamować, nie mam biznesu, który potrzebuje medialności, moja własna firma inwestycyjna będzie prowadziła projekty w dotychczasowy sposób. Ale Legia jest i będzie najważniejsza.

Jeśli zapytać, kim jest Dariusz Mioduski, wszyscy powiedzą teraz: właścicielem Legii. A poza tym? Biznesmenem, menedżerem, prawnikiem?

- Nie wiem, naprawdę. Po 24 latach w biznesie jestem na innym etapie życia i chciałbym być kojarzony z rzeczami, które są rzeczywiście istotne, powodują zmiany na lepsze w wymiarze biznesowym, społecznym i sportowym. Tylko tyle i aż tyle.

Więcej o Legii na Facebooku Warszawa.sport.pl