Sport.pl

Czy ITI wykorzystało szansę, czyli jak wyglądała ostatnia dekada w Legii Warszawa

Nowy stadion, rozwój akademii i miliony euro ze sprzedaży piłkarzy, ale też konflikt z kibicami, niewiele sukcesów sportowych, pompowanie pieniędzy w klub. Jak minęło 10 lat ITI w Legii?


- Legia nie jest nam niezbędna do życia. Można powiedzieć, że szukamy guza, bo mamy marzenia. A człowiek, który nie ma marzeń, już nie żyje. Naszym jest udział w Champions League. Nie interesuje nas Legia szósta w tabeli czy broniąca się przed spadkiem. Interesuje nas Legia mistrz Polski. Do osiągnięcia celów potrzebny jest bardzo porządny stadion z komercyjną infrastrukturą, którą klub będzie się żywił - mówił Mariusz Walter dekadę temu, niedługo przed przejęciem Legii.

Ówczesny szef ITI marzeń nie spełnił. Legia nie dostała się do Ligi Mistrzów, tylko dwa razy grała w decydującej rundzie eliminacji. Jej największym europejskim sukcesem jest udział w 1/16 finału Ligi Europejskiej.

Walter zostawia jednak klub w lepszym stanie, niż go zastał. W 2004 r. finanse Legii były w katastrofalnym stanie, każdego miesiąca dług rósł o 1 mln zł. Piłkarze nie dostawali pensji, grali na obiekcie niespełniającym wymogów PZPN i UEFA. Za czasów ITI powstał nowoczesny stadion, a Legia wyrosła na przedsiębiorstwo generujące prawie 100 mln zł przychodu rocznie (drugi pod tym względem Lech Poznań zarabia 37 mln zł mniej).

Dekady rządów ITI

jednoznacznie ocenić się nie da

Nie ma wątpliwości, że w porównaniu do początku 2004 r. sytuacja Legii jest znakomita, ale wiadomo, że mogłaby być dużo lepsza. Firma Mariusza Waltera przyniosła do klubu biznesowe know-how, którego w wielu polskich klubach brakuje do dziś. Drużyną kolejni szefowie klubu z Łazienkowskiej zarządzali natomiast w stylu prezesów innych klubów ekstraklasy.

Przypomnijcie sobie wszystkie pomysły na budowę wielkiej Legii. Miała być to drużyna oparta na Brazylijczykach, a później na Hiszpanach. Zanim szefowie warszawskiego klubu postanowili stawiać na wychowanków akademii, próbowali podbijać Europę piłkarzami bez kontraktów ściąganymi na testy przez dyrektora sportowego Marka Jóźwiaka i sprowadzonymi za grube pieniądze "chłopcami z plakatu". Nawiasem mówiąc, latem 2010 r. - tuż przed otwarciem nowego stadionu - ITI zmarnowało bodaj największą szansę na sportowy sukces. Klub przeznaczył wtedy na transfery ponad 2,5 mln euro. Nigdy wcześniej ani nigdy później klub ekstraklasy nie wydał jednego lata tak dużo. Z sześciu kupionych wówczas zawodników klęską nie okazał się tylko Ivica Vrdoljak. Inna sprawa, czy za przeciętnego - na skalę europejską - defensywnego pomocnika trzeba było płacić aż 1 mln euro.

Legia mogłaby ograniczyć ryzyko transferowych wpadek, gdyby zbudowała profesjonalny skauting. Nie zbudowała, więc dobrych piłkarzy (Moussa Ouattara, Roger, Edson, Jan Mucha, Inaki Astiz, Danijel Ljuboja) znajdowała przypadkiem i bardzo często się myliła (Marijan Antolović, Alejandro Cabral, Srdja Kneżević, Bruno Mezenga czy Inaki Descarga i Tito). Symbolem pomyłek, które zwyciężają nad trafieniami, było podpisanie kontraktu z Mikelem Arruabarreną i zła ocena możliwości Roberta Lewandowskiego, który odszedł z Legii za darmo, z kartą zawodniczą wydaną przez sekretarkę.

W taki sposób nie da się zbudować drużyny, która będzie regularnie zdobywała mistrzostwo Polski. Dwa tytuły, cztery puchary kraju i jeden Superpuchar to niemało, jeśli spojrzy się na historię Legii, ale zdecydowanie za mało, by czas ITI ogłosić dekadą sportowych sukcesów.

Planu i konsekwencji brakowało również szefom klubu

w relacjach z trybunami

Niefortunny był już sam początek, kiedy przepychanki między właścicielami a posiadającym niewielki procent akcji spółki CWKS o prawa do herbu zakończyły się zarejestrowaniem nowego logo, które fani zbojkotowali. Dodatkowo klub drastycznie podwyższył ceny biletów, a współwłaściciel ITI Jan Wejchert nazwał kibiców "klientami", co jeszcze pogorszyło sytuację. A potem było tylko gorzej, bo władze Legii poruszały się od ściany do ściany.

Przez lata samotnie, bez wsparcia władz państwowych wojowali z tymi, którzy łamią na meczach prawo, by po otwarciu stadionu zawrzeć z nimi ugodę. Zdecydowali się, choć nic nie wskazywało, że druga strona będzie zasady respektować. Już na nowym stadionie przywódca "Żylety" "Staruch" uderzył w twarz Jakuba Rzeźniczaka. Ten sam "Staruch", który kilka lat wcześniej zaintonował "Jeszcze jeden!" po śmierci Jana Wejcherta i miał nigdy nie zostać wpuszczony na trybuny. Ten sam "Staruch", którego Bogusław Leśnodorski - ostatni prezes za czasów ITI, dziś współwłaściciel Legii - ogłosił "prowadzącym doping najlepiej w Polsce, a może w całej Europie".

Owszem, ITI wchodził do Legii zdegenerowanej, w której fani mieli wpływ nie tylko na to, co dzieje się na trybunach, ale też na funkcjonowanie klubu. Dziś jest inaczej, ale sytuacja wciąż daleka jest od normalnej. Leśnodorski do "Żylety" się przymila, z jego wypowiedzi wynika, że wręcz nadaje na tych samych falach. Na Łazienkowską wrócił doping, ale też permanentne łamanie przepisów i idące w setki tysięcy euro kary finansowe. Walcząca kiedyś z kibolami Legia dziś jest klubem pod specjalnym nadzorem UEFA. - Ma fatalny wizerunek, europejska federacja wysyła na jej mecze specjalnego oficera bezpieczeństwa obserwującego, co dzieje się na trybunach - mówił "Wyborczej" delegat UEFA.

Gdyby tyle samo błędów władze Legii popełniły przy

budowie nowego stadionu

ten pewnie nigdy by nie powstał. Ale w tej sprawie determinacji im nie zabrakło i odniosły sukces. W 2004 r. wejście w Legię uzależniały właśnie od budowy nowego obiektu. Początki były trudne - z powodu formalnych błędów w dokumentach miasto trzykrotnie musiało unieważniać przetargi. - Sprawa nabrała tempa dopiero, gdy zapłaciliśmy kilkanaście milionów złotych za projekt i położyliśmy go na stole w ratuszu - wspominał Mariusz Walter.

Potem radni wahali się, czy utrzymywać 100-proc. finansowanie inwestycji, mimo że szacowany wstępnie na 180 mln koszt budowy wzrósł ostatecznie aż do 465 mln. Pierwszy etap budowy rozpoczął się w listopadzie 2008 r., gdy w atmosferze awantury i oskarżeń o sprzyjanie prywatnemu koncernowi radni przyznali dodatkowe 102 mln zł na modernizację stadionu.

Drugim celem Mariusza Waltera było powstanie klubowej szkółki. Właściciel klubu chciał oglądać w zespole - jak sam mówił - "chłopców z Powiśla" - od małego kibicujących Legii i przez nią wychowanych. Plan zakładał, że dobrze wyszkoleni piłkarze będą zasilać pierwszy zespół, a później, po sprzedaży, kasę klubu. Ostatnio zaczęło się to udawać, akademia dała Legii m.in. Daniela Łukasika, Michała Żyro, Rafała Wolskiego i Dominika Furmana. To sukces. Ale jest i porażka - akademia wciąż nie ma ośrodka treningowego z prawdziwego zdarzenia. Dziś jest to tylko jedno pełnowymiarowe boisko ze sztuczną nawierzchnią. Szefowie Legii snuli plany budowy ośrodka (obiekty Hutnika, Sulejówek, gmina Stare Babice), ale rozbijały się one o cenę gruntów. Niezależnie od tego Legia ma dziś jedną z najlepszych szkółek w Polsce.

Tam, gdzie ITI mogło korzystać z doświadczenia zdobytego w innych branżach, odnosiło sukces. Tam, gdzie potrzebna była wiedza o tym, jak zarządzać specyficznym piłkarskim biznesem, ponosiło porażkę. - Cieszymy się, że sprzedajemy klub, który ma zbilansowany budżet, dysponuje zapleczem w postaci nowoczesnego stadionu i jednocześnie osiąga sportowe sukcesy, będąc liderem polskiej ekstraklasy - skomentował sprzedaż klubu Dariuszowi Mioduskiemu i Leśnodorskiemu Wojciech Kostrzewa, prezes i dyrektor wykonawczy ITI.

Ale budżetem, zapleczem, frekwencją i dobrymi wynikami koncern mógł się pochwalić dopiero w 2013 roku. Wcześniej, przez lata, Legii wciąż czegoś brakowało.

Dekada ITI w Legii była dekadą...
Więcej o: