Sport.pl

Gra infantylna. Europa za daleko od Legii

Jeśli mistrz Polski miał promować za granicą młode, polskie talenty lub poprawić pozycję i wizerunek ekstraklasy, to wykonał krecią robotę. W czwartek gra z Apollonem ostatni mecz w Lidze Europejskiej.


27 sierpnia 2013 roku Jan Urban pamięta dobrze. Po remisie ze Steauą Bukareszt 2-2 w Warszawie prowadzonej przez niego Legii nie udało się przełamać 17-letniej passy porażek zespołów z Polski w eliminacjach Champions League. Kiedy sfrustrowani piłkarze opowiadali bajki o tym, że zasłużyli na awans, szkoleniowiec uczciwie przyznał, że zabrakło im jakości.

Ale zaapelował do dziennikarzy, by nie wywieszali czarnej flagi i "klepsydry" obwieszczającej śmierć Legii w rywalizacji międzynarodowej. - Dziś nic się nie kończy, ale zaczyna. Cieszę się, że grupa młodych graczy, z którymi pracuję, dostanie szansę rywalizacji w Lidze Europejskiej.

Poza oficjalnymi wystąpieniami Urban nie kryje krytycznego spojrzenia na umiejętności piłkarzy. Nawet on jednak nie był w stanie przewidzieć traumy, która spotyka legionistów w LE. Podczas 450 minut rywalizacji nie zdobyli punktu ani bramki, a ich ostatni mecz z rezerwami Lazio w Warszawie był kompromitacją. Nie pokazali nawet minimum, czyli woli walki. - Mówili, że wychodzą po zwycięstwo, ale od początku bali się nie tylko porażki, ale wręcz ośmieszenia. Na boisku, widząc przewagę przeciwnika, zespół rozpadł się mentalnie. Gracze Legii modlili się o to, żeby nie zaznać kompromitacji, ale ich najczarniejsze obawy się spełniły - uważa Grzegorz Mielcarski, były reprezentant Polski, ekspert NC+. - Są jak pięściarz, który przed walką wychodzi do ringu, ale nawet nie ma odwagi spojrzeć w oczy przeciwnikowi.

Kosecki, Furman, Żyro, Bereszyński, Kucharczyk i kilku innych młodych legionistów aspirujących do reprezentacji Polski odbiera surową lekcję od zagranicznych drużyn średniej klasy. - Czego mogły nauczyć ich te mecze, poza tym, że pogłębiły lub ugruntowały kompleksy wobec Europy? - zastanawia się Mielcarski.

Jego zdaniem Legia ma tylko dwóch piłkarzy mogących aspirować do gry na tym poziomie: 28-letniego bramkarza ze Słowacji Duszana Kuciaka i zbliżającego się do trzydziestki Serba Miroslava Radovicia. Reszta pokpiła sprawę nawet w starciu z zespołem środka tabeli ligi cypryjskiej. - Zespoły ekstraklasy charakteryzuje dziwaczna prawidłowość: z silniejszymi wygrywać nie potrafią, za to umieją przegrać ze słabszymi - mówi Mielcarski.

Pięć przegranych spotkań w LE składa się na jeden z najgorszych epizodów w historii udziału polskich klubów w rywalizacji europejskiej. Mielcarski przypomina Lecha z sezonu 2010-11, kiedy wyszedł z grupy, rywalizując z takimi kolosami jak Juventus i Manchester City. - Tamten zespół miał charakter i kilku wojowników - ocenia.

Gdy zapytać go o szarże Jakuba Koseckiego, Mielcarski widzi w nich raczej przejaw desperacji, a nie wiary we własne siły. - Rzucał się do pojedynku przeciw trzem rywalom, bo nie bardzo wiedział, co korzystniejszego dla drużyny mógłby zrobić - opowiada. Klasyczny atak z szabelką na czołgi przynosząca więcej szumu niż pożytku. Z całej grupy młodych zdolnych wyróżnia Dominika Furmana, który popełniał sporo błędów, ale przynajmniej nie bał się grać, nie unikał odpowiedzialności. Mielcarski współczuje Tomaszowi Jodłowcowi, ośmieszonemu w starciu z Lazio przez rezerwowego napastnika Bryana Pereę. 20-letni Kolumbijczyk przyjął piłkę na głowę, a potem zdążył jeszcze głową zdobyć bramkę. - Teraz wszyscy będą się wyśmiewali z Tomka, ale tak naprawdę to jeden z najlepszych graczy ligi. Jego błąd był spektakularny, mnie bardziej zmartwił jednak Bartek Bereszyński notorycznie przegrywający pojedynki na skrzydle. A przecież latem przymierzaliśmy go do silnego, zachodniego klubu - mówi Mielcarski.

Zdaniem eksperta NC+ problemem Legii jest brak charakteru i stylu. W lidze bazuje na indywidualnych umiejętnościach Kuciaka, Radovicia, Koseckiego, Brzyskiego czy Jodłowca, wyrastających ponad ligę. Na poziomie LE to nie wystarcza. - Nasi ligowcy myślą za wolno, biegają za wolno, przyjmują piłkę za długo. W ekstraklasie jest na to miejsce i czas, w rywalizacji międzynarodowej wszystko dzieje się z ich punktu widzenia w zawrotnym tempie. Umiejętności nie starcza, wzrasta niepewność, spada samoocena. I koło się zamyka - wylicza. Strach przed porażką jest samospełniającą się przepowiednią.

Dwaliszwili? - Uff. Fajnie grał w Polonii, bo miał miejsce pod bramką. W Legii wygląda mi na najsmutniejszego napastnika ligi. Ciągle spięty, zachowuje się, jakby stąpał po rozżarzonych węglach albo co mecz zdawał egzamin przerastający jego możliwości. Nawet po bramkach cieszy się tak jakoś niepewnie, wciąż myśląc, czy w końcu przekonał do siebie trenera - ocenia Mielcarski. A skoro Gruzinowi ciężko idzie nawet w lidze, to co dopiero w międzynarodowej rywalizacji.

Mielcarski uważa, że Legia gra w Europie infantylnie. Biega do przodu bez pomysłu, tak na alibi, że niby chce wygrywać, narażając się na kontry. Wspomina, jak z FC Porto wyjechał na spotkanie z Benficą i ich kapitan obrońca Joao Pinto przemówił do drużyny w szatni już po wyjściu z odprawy Bobby Robsona. - Przekonywał, że jeśli szybko stracimy gola, mamy się cofnąć i przetrwać kolejne minuty, by za wszelką cenę uniknąć nieszczęścia. Zagroził, że każdy, kto będzie grał dla siebie, a nie drużyny, popisując się umiejętnościami indywidualnymi, będzie miał z nim do czynienia. Wygraliśmy, bo szanowaliśmy przeciwnika, ale się go nie baliśmy - tłumaczy Mielcarski. Tymczasem Legia przesadnie bała się Lazio, za to Apollon zlekceważyła. W efekcie przegrała oba mecze.

22-letni Estończyk Henrik Ojamaa, gdy przybył do Polski, zrobił na Mielcarskim wrażenie utalentowanego napastnika. Ale zaczął cofać się w rozwoju. - Mecz z Lazio pokazał, że jego relacje z kolegami są napięte [po jednej z akcji Kuciak wygrażał mu pięściami], a wtedy łatwiej popełnia się błędy. Ojamaa chce zrobić za dużo, więc efekt jest odwrotny od oczekiwanego. Szkodzi drużynie, zamiast pomagać - mówi Mielcarski, podkreślając jednak, iż błędem byłoby robienie z młodego Estończyka kozła ofiarnego.

Mimo piękniejszych stadionów, wyższych budżetów klubów ekstraklasa jest paradoksalnie coraz słabsza. Franciszek Smuda po stracie posady w reprezentacji pracował w niemieckiej II lidze, a po spadku drużyny wrócił do Wisły, przyjął futbolowego rozbitka Pawła Brożka, który stracił dwa ostatnie lata, błąkając się po Europie, i z marszu stworzyli w Krakowie drużynę kandydującą do tytułu mistrza Polski. - To pokazuje ich determinację, Smuda zawsze był trenerem ambitnym i wymagał dużo od graczy. Ale pozycja Wisły i Brożka to także dowód na to, jak łatwo podbija się polską ekstraklasę - mówi Mielcarski.

Więcej o: