FELIETON. Zielono Mi. Święto jak leczenie kanałowe

Legia zagrała z Ruchem najlepszy mecz w sezonie. To, że umie grać z silnymi i się z nimi nie kompromituje, jest oczywistym faktem. Problemy pojawiają się, kiedy przychodzi grać z ?murarzami?, których w polskiej lidze jest zdecydowana większość. Po tym, co pokazał Ruch z Polonią i Legia z Lechem, można było mieć ogromne obawy o wynik spotkania. Tymczasem drużyna Macieja Skorży od początku zagrała tak jak powinna prezentować się co tydzień. Rzuciła się do gardła rywalowi od początku i nie odpuściła do końca. Efektem strategii był najlepszy występ Legii w finale PP od 1980 roku, kiedy wygrała z Lechem 5:0.
Niestety, sceneria, w jakiej rozgrywał się ten mecz, była bardzo smutna. Na stadionie było bardzo dużo wolnych miejsc, a w sektorach, które były zajęte przez grupy obu klubów, dominowała pirotechnika. W stosunku do zeszłego roku zanotowano postęp, bo nikt nie wbiegł na boisko, ale poza tym trudno mówić o jakiejś wielkiej różnicy. Może takiej, że było zdecydowanie więcej petard hukowych. Powodowały one, że oglądanie meczu było wyjątkowo mało komfortowe. Osobiście drugą połowę spędziłem na martwieniu się, czy któryś z miłych ultrasów nie uzna, że "Legia to on", i doprowadzi do przerwania meczu i walkoweru dla Ruchu, bo będzie akurat chciał zaprotestować przeciwko czemukolwiek.

"Omne trinum perfectum" - jak mawiali starożytni. To - po Bełchatowie i Bydgoszczy - był już trzeci taki finał, kiedy największym moim zmartwieniem było to, czy będzie wielka zadyma, czy nie. Czy mecz zostanie dokończony, czy może sędzia go przerwie. Szczerze powiedziawszy - już mi się znudziło. Dla mnie finał Pucharu Polski to takie samo święto jak leczenie kanałowe albo dłutowanie. Nic przyjemnego, tylko wielka obawa. Wystarczy - więcej już się nie będę lękał. Następnego finału oglądać nie będę. Nie kręci mnie "konkretne piro". Wszyscy się bardzo starają, zawierane są porozumienia, "rząd podejmuje zdecydowane działania", a jest dokładnie tak samo, jak było. Radości ze zdobytego trofeum zawsze muszą towarzyszyć jakiś niesmak i troska o konsekwencje, jakie będzie musiał ponieść klub.

Mimo że w Kielcach nie doszło do aktów przemocy, to i tak została przekroczona kolejna bariera. Do tej pory jacy wrogowie klubowi by się spotykali, to hymn państwowy pozostawał nietykalny. W Kielcach niektórzy kibice Ruchu go zbezcześcili, skandując podczas jego odgrywania "Górny Śląsk". Nawet jeśli uważają polski hymn za hymn obcego państwa, to nie powinni go zakłócać, bo tak nakazuje obyczaj. Zresztą artykuł 14 ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej dokładnie definiuje, jak powinno zachowywać się podczas jego odgrywania. To prawo obowiązuje wszystkich znajdujących się na terytorium Polski. Oczywiście u nas nikt czymś takim jak ryki podczas hymnu się nie przejmuje. Zastanawiam się, co by się stało przed meczem NHL, kiedy wykonywany jest hymn USA bądź Kanady, gdyby ktoś zaczął się nagle drzeć: "Montana, Montana". Ile sekund zajęłoby jego uciszenie i jak brutalny byłby to proces. Podczas bywania na stadionach widziałem tyle rodzajów barbarzyństwa, że myślałem, że już mnie nic nie zaskoczy. Myliłem się.

Puchar Polski to rozgrywki, które nie przynoszą niczego oprócz problemów. Powinno się zastanowić nad celowością ich rozgrywania. Frekwencja na większości meczów - żałosna. Nie ma już PZP, więc spokojnie można do Ligi Europejskiej wyznaczać kogoś z kolejnego miejsca w tabeli Ekstraklasy. Jeśli Puchar ma wciąż istnieć, to należy raz na zawsze zapomnieć o rozgrywaniu finału na neutralnym stadionie. Nie pomoże żaden Stadion Narodowy ani jakikolwiek inny. Zawsze znajdzie się spora grupa ludzi, która będzie chciała udowodnić, że nikt im nie zabroni podymić, zrobić huk i przerwać mecz. I zawsze ta grupa będzie sprytniejsza niż siły porządkowe. Rośnie rola samorządów lokalnych i odpowiedzialność polityków. Większość broni się przed finałem PP rękami i nogami. Nie chcą, by społeczności, które reprezentują, musiały przeżywać najazd Hunów.

Dla nich ten mecz jest też takim samym świętem jak leczenie kanałowe.