Liga Mistrzów. Legia - Real 3:3. Miroslav Radović, piłkarz który otwiera pochód

Najlepiej w piłkę gra dziś w Legii Vadis Odidja-Ofoe. Najwięcej zmienia powrót do gry Michała Pazdana. Ale do gardła wielkim nadal najlepiej rzuca się Miroslav Radović. W dwumeczu z Realem był bezcenny
Wychodził po 3:3 jako ostatni, już po północy. Podekscytowany jak wszyscy w Legii, opowiadał o esemesach z gratulacjami od Radomira Anticia, Serba który trenował Real, Barcelonę i Atletico. W Madrycie Miroslav Radović też był jednym z zamykających pochód do autobusu. Taka dola tych którzy mówią ciekawie. To on w podziemiach Santiago Bernabeu, po wypracowanym i wykorzystanym karnym, odważył się powiedzieć, że Legia jeszcze w tym sezonie Ligi Mistrzów jakieś punkty ugra. - My się dopiero zgrywamy w ataku, razem z przyjściem nowego trenera to ruszyło, zaraz złapiemy power. Mam przeczucie że punkty przyjdą - mówił wtedy. Przypomniał to w Warszawie pod szatnią. I słusznie, bo tych dwóch meczów z Realem nie da się rozdzielić.

Jak Legia przestała pytać o drogę

Bez 1:5 w Madrycie nie byłoby 3:3 w Warszawie. Tam mimo lania piłkarze Legii udowodnili sobie, że coś jednak potrafią. Przegrali wysoko, ale tak właśnie mówili wtedy wychodząc ze stadionu: "Coś jednak potrafimy". Znaleźli w graniu w Lidze Mistrzów jakąś przyjemność, wreszcie. Nie wytrzymali wymiany ognia z Realem, ale jednak zrzucili z pleców wielki ciężar. Tam przestali być tą drużyną, która tylko pyta o drogę (jak z Borussią) i nie jest w stanie wytrzymać nawet pół godziny intensywnej gry (jak ze Sportingiem). Tam strzelili pierwszego gola w Lidze Mistrzów, a to dla małych w LM jest wielka ulga. Bo drużyn które nie zdobyły choćby punktu w rundzie grupowej było w jej historii aż 17. Ale tych które nie zdobyły gola, tylko dwie. Teraz to już problem Dinamo Zagrzeb, czy będzie trzecią, nie Legii. I problem Dinama i Club Brugge, czy zdobędą jakiś punkt.

Co innego strzelić Realowi gola, co innego - trzy

Akurat tego, że ze wszystkich rywali w grupie właśnie z Realem będzie się Legii najlepiej grało w piłkę, można się było spodziewać. To jest drużyna, która na wiele rywalowi pozwala, bo jest bardzo pewna swojej potęgi w ataku. Zostawi miejsce, odda piłkę za darmo po jakimś nonszalanckim zagraniu, nie oblega pola karnego rywala bez przerwy, nie dając oddechu, tylko wchodzi w wymiany ciosów. Bo wie że niewiele jej trzeba, by strzelić gola. Dlatego gra się z Realem przyjemnie. Można mu strzelić gola i podpompować ego. Od ponad półtora miesiąca każdy rywal Realu strzelał mu co najmniej jedną bramkę. W całym sezonie mecze bez straty gola udały się Realowi tylko dwa razy. Ale co innego strzelić gola, a co innego wyrwać Realowi choćby punkt. Przez ostatnie pół roku zrobiło to tylko siedem drużyn, wliczając Legię. I każda wyrwała tylko po punkcie. Co innego też strzelić Realowi gola, a co innego strzelić mu trzy. Tyle bramek ile z Legią w Warszawie Real stracił przez całą ubiegłoroczną rundę grupową. Wszystkie strzelił mu wtedy Szachtar Donieck. Ale w meczu przegranym 3:4.

Real się nie starał? Jego problem

Strzelić Realowi co najmniej trzy i zapunktować udało się ostatni raz Barcelonie (4:0) i Sevilli (3:2). Rok temu. W międzyczasie Real rozegrał wiele meczów, w których sprawiał wrażenie, jakby się nie starał, i jakby równowaga w drużynie była zaburzona. Taki jego urok. W Madrycie przecież było podobnie, a skończyło się pięcioma. Real się nie starał, Niemcy mieli pecha na Narodowym, Juventusowi i Manchesterowi City się nie chciało w Lidze Europy - zawsze się coś znajdzie. Mecz był o punkty, Real nie jest jeszcze pewny awansu. Nie starał się, jego problem. Sukces to sukces.

Hasi miał żyć z Vadisa. Ale nie doczekał

Ojców ten sukces będzie miał wielu. Jacek Magiera pokazał, że drużyna pod jego ręką rośnie w LM. Michał Pazdan - że koledzy bronią pewniej, gdy wiedzą że gra z nimi i jest stuprocentowo przygotowany (w Madrycie nie czuł się gotowy, nie chciał rozczarować i nie zagrał). Arkadiusz Malarz - że takie mecze go nakręcają, a nie peszą. Vadis Odidja-Ofoe - że nie ma w Legii piłkarza, u którego piłka jest bezpieczniejsza niż u niego, choć akurat jego decyzje w ofensywie aż do strzelenia gola pewien niedosyt zostawiły, mógł przynajmniej w dwóch sytuacjach przyspieszyć atak. - Za sprowadzenie Vadisa podziękowania należą się głównie Besnikowi Hasiemu. To przede wszystkim on nalegał na ten transfer, upierał się, mimo że Vadis był zapuszczony fizycznie. Mówił, że to jest piłkarz, z którego on jako trener będzie żyć. No, ale nie doczekał - słyszeliśmy wczoraj po meczu od człowieka wtajemniczonego w transferowe decyzje Legii.

Tak się przeskakuje bariery

Ale w tym wszystkim niech też nie umkną zasługi piłkarza, którego Legia sprowadziła po awansie do Ligi Mistrzów jakby mimochodem, który jeszcze w eliminacjach europejskich pucharów grał w Partizanie Belgrad przeciw Zagłębiu Lubin i wydawał się być, jeśli chodzi o wielki futbol, już po drugiej stronie rzeki. Jedynego piłkarza z letniego zaciągu, który może po golu pokazać "eLkę" i nie będzie to wyglądało tanio. Jedynego, który mógł zostać z miejsca ważną postacią i na boisku i w szatni. Może i wracał jako syn marnotrawny, ale - zdaje się - nie bardzo się tym przejął. Może i byli lepsi od niego w tym dwumeczu, ale to Miroslav Radović pokazał, jak się przeskakuje bariery w takich meczach. Że możesz mieć dwa zwody, ale jeśli jesteś w nich mistrzem, to i Real się nabierze. Że musisz mieć pomysł i pewność siebie. Nawet bezczelność, jak przy strzale na 2:2. I dobre przeczucia. Radović z Realem pochód na boisku otworzył, pod szatnią zamknął. Może wypinać pierś. Choć akurat do tego zachęcać go nigdy nie było trzeba.



Wielkie widowisko przy smutnych trybunach. Nawet gwiazda zawiedziona