Legia zderzyła się z czołgiem, czyli bolesna lekcja z Ligi Mistrzów [SPOSTRZEŻENIA]

Legia Warszawa przegrała z Borussią Dortmund 0:6 w pierwszym meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów. Spostrzeżeniami po spotkaniu dzieli się Konrad Ferszter z Legia.sport.pl.
Pressing, który zabijał Legię

Za kadencji Stanisława Czerczesowa mistrzów Polski chwalono za wysoki, agresywny pressing w ekstraklasie. Legioniści rzucali się na przeciwników i albo odbierali im piłkę, albo swoim zachowaniem wymuszali na nich błędy w rozegraniu. Czym jest prawdziwy pressing warszawiacy przekonali się jednak dopiero w środę.

Borussia Dortmund w Warszawie od pierwszej minuty pokazała, że przy Łazienkowskiej nie będzie się oszczędzała. Niemcy zepchnęli gospodarzy do głębokiej defensywy i praktycznie nie wypuszczali ich z własnej połowy. Drużyna Thomasa Tuchela bez przerwy skoncentrowana była na piłce i szansach jej odbioru. Ofensywni piłkarze - Pierre-Emerick Aubameyang, Christian Pulisić, Ousmane Dembele czy Mario Goetze byli pierwszymi obrońcami Borussii. Ich szybki, niezwykle agresywny atak kompletnie dezorganizował jakikolwiek pomysł Legii na rozegranie piłki. Zawodnicy Hasiego zmuszani byli do szybkiej wymiany podań, do której są kompletnie nieprzyzwyczajeni. Praktycznie zawsze kończyło się to błędem lub stratą.

Kosmiczne tempo Borussii

Goście grali kapitalnie pressingiem, ale równie świetni, zwłaszcza w pierwszych 30 minutach, byli też w ataku. Z tak szybkimi atakami, wymiennością pozycji i dokładnością w rozegraniu Legia nie spotkała się chyba nigdy. Obrońcy stołecznej drużyny wyglądali jak dzieci wrzucone na karuzelę. Od tempa ataków Dortmundu nie raz zakręciło im się w głowach.

Sytuację na boisku dobrze oddają statystyki meczu z 29. minuty. Posiadanie piłki 79 proc. do 21 proc. na korzyść Borussii. Strzały? 10 (osiem celnych) gości, jeden (zero celnych) Legii. Musiało boleć.

Ekonomiczny tryb Dortmundu

Po strzeleniu trzeciego gola i upływie 30 minut Borussia spuściła z tonu. Niemcy przestali atakować Legię agresywnym pressingiem, w ich grę wkradła się minimalna niedokładność. Ile na tym skorzystali warszawiacy? Niewiele, bo piłkarze Hasiego musieli zadowolić się wyjściem z własnej połowy, a o sytuacjach strzeleckich mogli tylko pomarzyć.

To, że Dortmund nie strzelał seryjnie kolejnych goli wynikało też z luzu, który wkradł się w poczynania zespołu. Niemcy częściej wchodzili w pojedynki z legionistami, momentami wręcz z nimi się bawili. Borussia, na szczęście dla gospodarzy, nie chciała utrzymać narzuconego w pierwszym kwadransie tempa. Gdyby tak jednak było, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że na koniec na telebimach widniałby wynik dwucyfrowy...

Stałe fragmenty wciąż do poprawki

Największym problemem Legii w lidze jest obrona przy stałych fragmentach gry. W ekstraklasie warszawiacy w ten sposób tracą gole notorycznie. Co było do przewidzenia, problem ten jeszcze bardziej uwypuklił się w starciu z Borussią. Przy trafieniach Sokratisa Papastathopoulosa i Marca Bartry legioniści wyglądali jak dzieci we mgle. Ich dezorganizacja w defensywie mogła zakończyć się jeszcze kilkoma bramkami dla Dortmundu, jednak czasami piłkarzom Tuchela brakowało dokładności w wykończeniu.

Spokój Besnika Hasiego

W ekstraklasie Albańczyk przyzwyczaił do tego, że całe mecze spędza przy linii bocznej boiska i dyryguje swoim zespołem. Hasi w trakcie gry prowadzi własne spotkanie. Wścieka się, irytuje na piłkarzy, często dyskutuje z sędzią technicznym. Zupełnie inną twarz trenera Legii zobaczyliśmy w środę. Albańczyk niemal całe spotkanie przesiedział na ławce rezerwowych, podnosił się z niej bardzo rzadko. Szkoleniowiec warszawiaków wyglądał na człowieka, który w żaden sposób nie jest w stanie pomóc swojej drużynie w starciu z niemieckim czołgiem. Pytanie czy będzie w stanie poprawić grę Legii i jej wyniki w ekstraklasie. Bo o tym, że Liga Mistrzów będzie dla warszawiaków bolesną lekcją futbolu już wiemy.

Czy rozpoznasz piłkarza Legii po rysunku w paincie? [QUIZ]